#ntKHV

Mieszkam w pewnym odległym państwie. Raz wracałam z pracy około północy, w parku, przez który muszę przejść, by trafić do punktu zamierzonego, minęłam kilku chłopaków, którzy w ciągu kilku sekund okrążają mnie i bardzo uprzejmie proszą o pieniądze, telefon i całą resztę wartościowych artefaktów. Przerażona wyciągam z plecaka portfel i wiem, że poległam. Podaję i mruczę:
- Ja pier%^&ę.
- Polka? - pytają.
Odpowiadam, że tak. W tym momencie zauważam, że próbują wprowadzić w pracę resztę swoich szarych komórek. Patrzą po sobie.
- E, to swoich nie ruszamy.
I poszli sobie, a ja jeszcze szybciej.

#ZAp1Q

Opowiem Wam dzisiaj historię, którą zrozumieją wszyscy ci, którzy są singlami. Owa historia wydarzyła się kilka lat temu.

Był długi zimowy wieczór, wybrałem się z młodszą siostrą na komedię romantyczną do kina, jako starszy brat zawsze rozpieszczałem swoją księżniczkę i uczestniczyłem w jej życiu jak najlepiej potrafiłem, chciałem być jej przyjacielem i autorytetem, od kiedy pamiętam rodzice uczyli mnie szacunku do kobiet.

Wracając do sedna. Czas minął nam znakomicie, mimo że nie byłem fanem tego typu filmów, po zakończonym seansie ustawiliśmy się w kolejce do wyjścia, obok mnie stała pewna samotna ciemnowłosa dziewczyna. Na jej twarzy widać było zmieszane, kiedy dobrze przyjrzałem się spostrzegłem, że obok niej stoi uśmiechnięta para i nawiązuje się dialog:
- Cześć, Kasia, to miłość mojego życia, moja narzeczona Iza. Iza, to moja BYŁA dziewczyna - Kasia.

Od razu zrozumiałem niewygodne położenie nieznajomej mi Kasi, która spotyka swojego szczęśliwie zakochanego byłego w miejscu publicznym, postanowiłem więc działać, widziałem takie sytuacje na filmach, więc stwierdziłem, że to dla mnie bułka z masłem. Chwyciłem Kasię mocno za rękę i zapytałem:
- I jak, kochanie, podobał ci się film? - spojrzałem na zdziwione miny pary obok. - O, kotek, widzę, że znajomych spotkałaś?

Wszystko wyszło prawie idealnie, tylko że zza moich pleców wyłoniła się postać mocno zbudowanego mężczyzny, który - jak się okazało - był chłopakiem Kasi, a ja źle zinterpretowałem sytuację. Na szczęście mężczyzna był pokojowo nastawiony i sądzę, że zrozumiał moje intencje, bo już się bałem, że skończę wgnieciony przez pięść mięśniaka niczym popcorn w fotel.

#FKAau

Mam 16 lat, troje rodzeństwa i rodziców. Kiedyś moi rodzice nas bili. W szkole nie miałam przyjaciół, było parę osób, które wyśmiewało między sobą każdy mój ruch. Mam w swojej kartotece ucieczkę z domu, gdzie policja mnie aresztowała, a której bałam się podać powodu. Później przez wiele lat spędzałam całe dnie na bronieniu młodszego rodzeństwa, aż do wyczerpania. I mój ojciec przestał być taki. Po prostu z wiekiem się zmieniał. Nie zmienił osobowości, ale swój sposób patrzenia na rzeczy. I żałował. Moja matka jednak z wiekiem jest coraz bardziej znerwicowana i dosłownie wpada w histerię z płaczem przy zwróceniu jej uwagę na cokolwiek. Też była jego ofiarą, słyszałam w nocy zmuszanie do seksu, krzyki i uderzenia, ale nie powiem, że nie była naszym oprawcą na równi z nim, często śmiejąc się, gdy nas bił.

Pamiętam wykręcanie rąk, rwanie włosów, podduszanie. Jak targał moją wówczas 3-letnią siostrę, bo popuszczała. Jak rzucał mojego starszego brata po meblach, aż się rozwalały. Jak przy przepytywaniu mojej drugiej siostry z historii zwracał uwagę na każdy nic nieznaczący szczegół, nazywając ją debilem. "Złamana szczęka goi się długo" - do mojego 14-letniego brata, gdy ten chciał go powstrzymać przed biciem mnie. "Nie lubisz przemocy? Ja kocham" - gdy dusił 11-letnią mnie, a potem zostawiał na podłodze i jeszcze targał za włosy, bym wstawała i sprzątała cały dom.

Dziś nic takiego się nie dzieje. Tuli mnie, mówi, że kocha. Chce wychodzić na miasto, dzieli się książkami i filmami. A ja zawsze jestem przy nim czujna. W sumie to go nienawidzę. Tak samo jak mojej matki. Naprawdę mocno nienawidzę. Wcześniej ciągle miałam przebłyski wspomnień. Koszmary senne. Głosy w głowie. Starałam się medytować, przerabiać to sama ze sobą, że to się już nie dzieje. I wychodziło. Potrafiłam być szczęśliwa.

Ale mój ojciec przyjeżdża niedługo i to we mnie odpaliło takie uczucia, których nie czułam dawno. Boli mnie, że mieszkam z nimi, mimo że nienawidzę. I to się nie zmieni już nigdy. Brat mi mówi, bym opuściła dom, gdy skończę 18 lat, że przeprowadzę się do niego. Żebym urwała kontakt. Ale ja kocham swoje młodsze siostry. Mocno. One mają 13 i 4 lata. I nie chcę ich zostawiać, nawet jeśli nic im już nie grozi.

Każdego dnia staram się znów medytować, uspokajać siebie. Staram się myśleć o pozytywach. "Co było to było, co będzie to będzie, co jest - jest dobre, jeśli ty tego chcesz''. I działa aż do czternastej, gdzie napada mnie smutek. To, czy dostanę przebłysku wspomnień to loteria. Jeśli tak, stanę się rozdrażniona, będę chciała wszystko zniszczyć. Zamknę się i będę ryczeć i jęczeć jak wariatka w kaftanie. Będę brzmieć potwornie i szalenie. Tak się stało wczoraj. Potem moje serce zaczęło mocno bić, zaczęłam tracić oddech, moje żyły "pękały", aż krew mnie zalewała, dostawałam bolesne skurcze od napinania mięśni i tylko krzyczałam ze strachu, że wszystko zawsze będzie takie samo.

Boję się kolejnych dni, ludzi, rutyny, domu. Wariuję. Nie mam nad sobą kontroli.

#4fmXW

Nie pies, nie kot, nie chomik i nie żółw. Moim ukochanym zwierzątkiem domowym był kurczak. Kura go odrzuciła, baliśmy się, że reszta rodzeństwa go zadziobie lub zadepcze, bo to zawsze taka pierdoła była (gorzej się rozwijał).

Dostał na imię Cipciok, bo uparłam się, że kurczaki nie piszczą, nie robią "koko", tylko cipciają (nie mylić z ciupcianiem). Jak się wsłuchacie w stado kurczaków, to nie usłyszycie "pi, pi" tylko "cip, cip".

To był najlepszy kurczak ever. Cipciok spał w domu koło mojego łóżka, na pokrywce od pudełka po butach miał gazety i słomę, z biegiem czasu okazał się silnym i mądrym Cipciokiem. Co mam na myśli mówiąc, że był "mądry"? Przybiegał, gdy wołało się go po imieniu. Kiedy grałam na komputerze i zakładałam nogę na nogę, to on na wyższą stopę wskakiwał i się na niej huśtał. Chodziliśmy na spacery, Cipciok niedaleko lub za mną. Czasami spał w nogach naszego psa, który go uwielbiał. Oglądał telewizję i jadł popcorn, gdy mieliśmy wieczór filmowy.

Po jakimś czasie, gdy był już sporawy, daliśmy go do stada. Niebawem zdobył pozycję alfa koguta i najlepsze laski w kurniku. Dożył fajnego wieku i zmarł ze starości. Tęsknię, Cipcioku!

#DOzdZ

Historia z czasów studenckich, sprzed kilku ładnych lat.

Swoją przygodę z uczelnią wyższą rozpocząłem wyjeżdżając na drugi koniec Polski. Wiadomo, jak to przy takiej wyprowadzce, tym bardziej do akademika, trzeba przemyśleć, co zabrać, by później rodzice pocztą dosyłać nie musieli albo nie kupować w sklepie.
Mama się śmiała, że zabrałem ze sobą pół domu, w tym pół jej kuchni. Ale nie narzekałem, nie musiałem niczego pożyczać.

Za to sam stałem się wypożyczalnią. Żelazko, suszarka na pranie, suszarka do włosów i wiele innych sprzętów. Z racji, że zdarzało się to dość często, wprowadziłem opłaty, w zależności od rodzaju i częstości pożyczanej rzeczy. Liczyłem, że zarobioną walutę, czyt. piwo albo czekolady, przehandluję na jakieś przysługi . Ale zapasy rosły, a ja niespecjalnie miałem z nimi co robić. Wprawdzie piwo się piło, ale za czekoladami nie przepadałem, więc zapełniały coraz to nowsze luki w półkach.

Któregoś dnia, na akademik wpadła moja koleżanka z grupy, pożyczyć jakieś notatki. I tak od słowa do słowa wyszło, że zaraz jedzie jeszcze na onkologię, bo kupiła jakieś słodycze dla maluchów. I wtedy mnie olśniło, co zrobić z tymi łakociami zachomikowanymi w szafkach. Wprawdzie nie zabrałem wszystkiego od razu, ale systematycznie, co jakiś czas, wybierałem się na oddział, by przehandlować kilka tabliczek czekolady na chwilę uśmiechu dla maluchów.

Ale to nie koniec. Nie wiem jakim cudem, ale większość pożyczających zaczęła mi z czasem przynosić więcej tych czekolad. W końcu się wydało, bo ktoś rozpowiedział, co z nimi robię, to skubańcy postanowili, że o ile sami się z różnych powodów na onkologię nie wybiorą, o tyle mogą wesprzeć moją małą "akcję". I tak oto zostałem stałym, cotygodniowym bywalcem oddziału onkologii, w mieście, w którym studiowałem.

W prawdzie teraz już tam nie mieszkam, bo wróciłem w rodzinne strony, ale za to staram się, w miarę czasu i możliwości, wpadać z małą słodką paczuszką do pobliskiego szpitala, gdzie również takowy oddział się znajduje. Uwierzcie mi, to nie kosztuje zbyt wiele, a widok tych uśmiechniętych, pochłaniających czekolady i inne łakocie twarzy jest bezcenny.

#PRC4n

Dzień jak co dzień, 23:42, wychodzę z łazienki owinięty ręcznikiem. W salonie siedzi mama, poprosiła mnie o ściągnięcie kloszy z lamp w związku z planowanym nazajutrz malowaniem. Coby nie tracić czasu od razu wziąłem się za robotę. I to był błąd...
Pierwsza lampa - poszło szybko, sprawnie, idealnie.
Druga lampa - stoję na stołku trzymając ręce w górze, kiedy mój ręcznik się zsunął, klosz zahacza o bolec go trzymający, a ja nie wiedząc, czy zasłaniać siebie czy trzymać lampę panikuję, widząc duszącą się ze śmiechu mamę. Klosz rozbija się o flizy, ja z ręką na swoim skarbie stoję na środku korytarza i czuję ogromne zakłopotanie. Wtenczas z sypialni wybiega zaspany tata z wszechobecnym tekstem "A cóż wy tu robicie?".
Kątem oka zauważył co się stało i włączyło mu się śmieszkowanie i pojechał tekstem "Jedną ręką sobie całego zakryjesz?".
A ja... odwróciłem się ukazując im swoją dupę i śpiewając po drodze "...moje ciało tamtej nocy oszalało..." udałem się do pokoju odpocząć przed kolejnym dniem wrażeń :D

#7EG3h

Chcę, żeby mój tata rozwiódł się z mamą i odszedł do kochanki.

Mam 15 lat, a mój młodszy brat 3. Moja mama jest dla nas bardzo dobra, troszczy się o nas, nawet próbuje interesować moimi znajomymi i spędzać ze mną wolny czas. Kocham ją, ale mama znęca się psychicznie nad tatą. Przez cały czas powtarza mu, że nie jest dość dobry dla nas i nie spędza z nami wystarczająco dużo czasu, że to przez niego choruje (mama ma przewlekłą chorobę płuc i raz czuje się lepiej, a raz gorzej, ale choroba nie ma nic wspólnego z tatą), wyzywa go, kiedy tata spóźnia się z pracy albo nie mówi jej dokładnie gdzie i z kim wychodzi. Kiedyś jak pojechał w delegację, mama spakowała mnie i brata i pojechała akurat wtedy do tego samego miasta "zrobić mu niespodziankę". Czasami kiedy tata się z nią nie zgadza, mama dzwoni do dziadków (swoich rodziców) i zaczyna płakać tak długo, aż babcia albo dziadek przyjedzie i zacznie ją wspierać przeciw tacie. Tata zwykle na to nie reaguje, tylko zwykle idzie do innego pokoju, bo mówi, że nie chce się kłócić przy dzieciach (przy nas).

Przez przypadek (chciałam sprawdzić coś w internecie w komputerze taty i zobaczyłam jeden z jego maili, bo zapomniał wyłączyć pocztę) dowiedziałam się, że tata ma kochankę. Przejrzałam jego maila (tak, wiem, że to było złe, ale byłam w szoku) i dowiedziałam się, że miał ją prawdopodobnie jeszcze zanim mój brat się urodził. Co najgorsze, mój tata podejrzewa, że mama celowo przestała brać antykoncepcję, żeby zajść w ciążę (i to może być prawda, bo pamiętam jak się o to kłócili, kiedy brat miał się urodzić). Oczywiście nie powiedziałam tacie, że się o wszystkim dowiedziałam.

Z tego co wiem, mama nie wie, że tata ma romans (jest wobec niego bardzo podejrzliwa i mocno go sprawdza, ale ona ma tak "od zawsze"). Tata nie chce rozwieść się z mamą, bo boi się, że mama ograniczy mu kontakty z nami (i znowu - myślę, że może mieć tu rację, bo mama i tak parę razy mu tym groziła nawet bez wspominania o rozwodzie). Kochanka taty chciałaby się z nim związać na stałe, ale powtarza mu, że to jego decyzja i ona jest gotowa poczekać.

Chciałabym, żeby tata patrzył też na swoje szczęście i rozwiódł się z mamą. Ja jestem na tyle dorosła, że raczej i tak sąd pozwoliłby mi się z nim spotykać, prawda? A skoro mi, to bratu na pewno też? Kocham i mamę, i tatę i wiem, że z którymkolwiek z nich byśmy zamieszkali, i tak oboje byliby dla nas dobrzy. Tata na pewno byłby szczęśliwszy z tamtą kobietą (skoro ma romans od kilku lat, a z maili wydawała się raczej miła). Mama byłaby wściekła, ale myślę, że mama robi tacie więcej krzywdy niż dobrego i chociaż tata zachował się paskudnie, w tym przypadku nie umiem współczuć mamie.

Boję się powiedzieć tacie, że wiem o wszystkim i że ja nie mam problemu z tym, żeby się rozwiódł. Ale może powinnam.

#CKCPX

Jedyny powód, dla którego nie zerwałam ze swoim chłopakiem (wkrótce mężem), to jego rodzina.

Zaprzyjaźniłam się z "Jankiem", kiedy zaczęłam liceum. Dość szybko poznałam jego rodziców i rodzeństwo. Sama pochodzę z może nie patologicznej, ale dość dysfunkcyjnej rodziny. Mama ma problem z alkoholem, zresztą i tak niemal nigdy nie ma jej w domu. Tata po powrocie z pracy zwykle od razu idzie spać albo grać i tak naprawdę mam z nim zerowy kontakt. Odkąd pamiętam wychowywałam się praktycznie sama; wcześniej była jeszcze babcia, ale umarła. To w rodzinie Janka pierwszy raz zobaczyłam, że rodzice mogą troszczyć się o dzieci i - w miarę jak moja znajomość z ich synem stawała się coraz bliższa - z czasem zaczęli mnie traktować niemal jak własne dziecko.

To jego mama, nie moja, pomogła mi wybrać sukienkę i przyszykować się na studniówkę; to z nią mogę przegadać długie godziny o tak naprawdę niczym. To z jego tatą, nie z moim, mam wspólne zainteresowania i zbliżony gust muzyczny. To jego siostra podpowiadała mi, jak znaleźć pierwszą pracę. Mogę im zaufać, wiem, że w przeciwieństwie do moich rodziców będą mieli czas i chęci by mnie wysłuchać i w miarę możliwości pomóc. To podłe z mojej strony, ale kocham ich bardziej niż moją rodzinę.

Krótko po maturach Janek oznajmił, że mnie kocha i spytał, czy nie chcę się z nim spotykać. Od początku wiedziałam, że nic do niego nie czuję w "ten" sposób, ale też wiedziałam, że nie damy rady wrócić do wcześniejszego bycia przyjaciółmi, jeśli mu odmówię. Wiedziałam, że to oznaczałoby utratę jego rodziny. Doszłam do wniosku, że może jeszcze zaiskrzy - i się zgodziłam. Nigdy nie zaiskrzyło.

I tak to się ciągnie od niemal dziesięciu lat. Za kilka miesięcy bierzemy ślub. Nie kocham Janka, ale - jakkolwiek to brzmi - jestem do niego przywiązana. Troszczę się o niego, szanuję, wspieram. Nie muszę nawet udawać, naprawdę zależy mi na jego dobru. Tylko z seksem mam problem, bo czuję się, jakbym spała z własnym bratem, ale i do tego można przywyknąć. Nigdy nawet nie pomyślałam o zdradzeniu go - mogę być złym człowiekiem, ale niektórych rzeczy się nie robi.

Nadal mam moją "zastępczą rodzinę", coweekendowe wspólne obiady, wyjścia, kogoś, do kogo w każdej chwili mogę zadzwonić i kto może zadzwonić do mnie. Mam nadzieję, że tak już będzie zawsze - ja stworzę ich synowi dobry dom, a oni za to pozwolą mi udawać, że jestem ich córką i siostrą.

#JCklL

Sytuacja miała miejsce jakieś 3 lata temu.
Na weekend przyjechał do mnie mój chłopak, z którym byłam od niedawna. To była jego pierwsza wizyta w moim domu. Pochodzimy z przeciwnych stron Polski (ja jestem ze Śląska, a on mieszka nad morzem). Wówczas nie mieliśmy częstych okazji do spotkań, głównie ze względu na odległość, więc cały jego pobyt gruchaliśmy jak te dwa gołąbki. Wszystko ładnie, pięknie... aż do dnia jego wyjazdu.

Siedzieliśmy akurat w salonie z moimi rodzicami i jedliśmy niedzielny obiad. Wszyscy rozmawiamy, śmiejemy się, kiedy nagle tąpnęło. Meble się zabujały dosyć mocno. Muszę przyznać, że był to jeden z silniejszych wstrząsów, ale byłam już do tego przyzwyczajona. W mojej miejscowości znajduje się kopalnia, więc taka sytuacja to nic nowego.

Zaczęłam więc kontynuować z rodzicami rozmowę jak gdyby nigdy nic. Dopiero po chwili spojrzałam na mojego chłopaka i oświeciło mnie - będąc pierwszy raz na Śląsku, pewnie nigdy nie miał z takim czymś do czynienia. Siedział wręcz sparaliżowany, a jego mina była bezcenna. Patrzył na nas z przerażeniem, nie wiedząc co się dzieje. Kiedy z mamą zaczęłyśmy się śmiać, mój tata próbował go uspokoić słowami „Ee... to jeszcze nie koniec świata, takiego tam bączka sobie puściłem”...
Dodaj anonimowe wyznanie