Pewnego razu dostałam wiadomość, że w pracy czeka na mnie długo oczekiwana premia. Ucieszyłam się i na cały dom krzyknęłam "JEEEEEEST". Moja mama nie mogła pozostać spokojnie na fotelu, tylko od razu przyleciała i zapytała co się stało. Odpowiedziałam prosto, że idę po hajs. Na pytanie gdzie i za co (był to środek miesiąca, a strasznie nie lubię się tłumaczyć) powiedziałam, że po haracz, a gdzie to wiedzieć już nie musi.
Jakie było moje zdziwienie, gdy mama odpowiedziała, że od dawna się domyśla, że gdzieś biorę haracz, tylko miała nadzieję, że się myliła.
Nie, nie wyprowadzam jej z błędu. Do teraz myśli, że jestem gangsterską z marginesu.
Pojawiało się tu kilka wyznań facetów z naczyniakiem.
Przedstawię to trochę z innej strony.
Mam niespełna dwadzieścia lat, urodziłam się z naczyniakiem na pół twarzy i wiecie co?
Nie przeszkadza mi on wcale.
Kiedyś nie potrafiłam wyjść bez tapety (około kilogram szpachli XD ) z domu, ale to się zmieniło - tylko dlatego, że zaakceptowałam siebie!
Jestem oryginalna!
Nie mam sobowtóra!
Podobno nie jestem głupia i charakter też nie najgorszy, uwielbiam się śmiać - to się liczy!
Więc, chłopaki: trzymajcie się i wierzcie w siebie! Tylko to uczyni was szczęśliwymi!
Mój kolega był gejem. Znaliśmy się od parunastu lat, tylko ja o tym wiedziałem. Nie mógł pogodzić się z faktem, że "był inny", chociaż wciąż powtarzałem mu, że wcale nie jest. Oglądam średnio co drugi dzień film z dziewczyną. Tym razem też tak było, gdy napisał do mnie, bym wpadł do niego, bo musi ze mną porozmawiać. Odmówiłem, napisałem, że wpadnę jutro (wiecie, ciężko zrezygnować z zapowiadającego się seksu).
Niestety, na drugi dzień okazało się, że popełnił samobójstwo. Nie mogę sobie wybaczyć tego, że go wtedy olałem, nie wiem, o czym chciał porozmawiać, a najgorsze w tym wszystkim jest to, że gdybym wtedy poszedł do niego, prawdopodobnie wciąż by żył.
Byłem fatalnym przyjacielem.
Dwa lata temu długo nie mogłam znaleźć pracy, aż w końcu załapałam się do szpitala jako salowa. Nie była to robota moich marzeń, ale byłam pozytywnie nastawiona na zdobycie nowego doświadczenia i sprawdzenie jak to wszystko wygląda „od środka”. Trafiałam na różne oddziały, ponieważ pań sprzątających było stosunkowo mało i trzeba było to jakoś równomiernie rozplanować. Pech chciał, że spędziłam tydzień na oddziale ortopedycznym, który był zdecydowanie najgorszym ze wszystkich, na których dane mi było przebywać.
Do moich zadań należało sprzątanie sal, podawanie obiadów i innych posiłków (przynoszenie ich na stolik, ponieważ na tym oddziale większość osób jest leżących), utrzymanie czystości na korytarzu i w toalecie. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że wyżej opisane obowiązki były tylko teorią, w praktyce wyglądało to znacznie gorzej. Od samego rozpoczęcia dwunastogodzinnej zmiany biegałam z kaczkami i podsuwaczami, na korytarzu było słychać dzwonek za dzwonkiem, a panie pielęgniarki miały, krótko mówiąc, wyje*ane. W porach posiłku chodziłam od sali do sali i pomagałam starszym ludziom zjeść. W wielu przypadkach nie potrafili oni nawet utrzymać widelca czy łyżeczki, a mi było ich po prostu żal. Pielęgniarki w tym czasie zajmowały się swoim posiłkiem, nie interesowało ich to, że ktoś może zostać głodny, bo sobie najzwyczajniej w świecie nie poradzi. Często gdy nie zdążyłam komuś pomóc, zabierały po prostu pełną tacę jedzenia, jak gdyby nigdy nic, i udawały, że nic się nie stało. W wielu sytuacjach nie były skłonne podać pacjentce nawet wody, żeby mogła się napić, czy telefonu, żeby zadzwoniła do rodziny. Wiecznie zabiegane, zmęczone, a najczęściej po prostu siedziały w dyżurce i oglądały telewizor albo zajmowały się plotkowaniem. Kiedy ktoś z rodziny przyszedł pytać o stan zdrowia kogoś bliskiego, datę zabiegu albo czy nie potrzeba czegoś donieść, to wskakiwały na człowieka, że wieczne pytania, ile razy mają mówić, one nie są informacją turystyczną itd. Za to gdy po wypisaniu pacjenta rodzina przychodziła z kawą i ciastem – uśmiech od ucha do ucha. Średnio co dwie godziny potrafiły kogoś zrównać z ziemią bez przyczyny, a gdy wchodziły podać leki, szybko się zmywały, żeby nikt nic od nich nie chciał.
Z tym oddziałem wiążę swoje najgorsze doświadczenia i mam żal, że takie osoby nazywają siebie pielęgniarkami. Oddział ortopedyczny posiadał maksymalnie 3 pielęgniarki z powołania, miłe i uczynne, pozostałe to te opisane wyżej. Na innych oddziałach nie spotkałam się z czymś takim, panie były uśmiechnięte, sympatyczne i to one odwalały największą robotę. Ja wiem, że to praca męcząca i wymagająca, a także bardzo odpowiedzialna. Tylko że zawsze trzeba być człowiekiem i wykazywać trochę empatii, niektórzy po prostu nie sprawdzają się w tej roli.
Moja dziewczyna podczas okresu popłakała się, bo "mamy w domu tyle dobrego jedzenia, a ja nie jestem głodna".
Ostatnio pojawiła się tutaj historia z perspektywy dziewczyny o tym, jak wychował ją brat, bo zginęli ich rodzice. U mnie było podobnie, też pochodziliśmy z bogatej rodziny. Ja miałem wtedy 18 lat, a moja młodsza siostra Aga skończyła 3 lata. Nasi rodzice pojechali na 3 dni odpocząć, wracając, zginęli w wypadku. Czołówka z tirem.
W jednej chwili ja i moja siostra zostaliśmy sami. Nie mieliśmy nikogo. Żadnych dziadków ani bliskich ciotek czy też wujków, rodzice byli jedynakami. Moja młodsza siostra nie rozumiała co się dzieje. Przez pierwsze 4-5 dni od wypadku widziała tylko, że mamusi ani tatusia nie ma, a jej braciszek codziennie beczy po 2-3 godziny. Płakałem więcej, ale ona tego nie widziała, bo była w przedszkolu.
Gdy się ogarnąłem, po paru dniach niechodzenia do szkoły, załatwiania spraw pogrzebowych oraz bardzo słabej opieki nad siostrą (ograniczało się to do tego, że prowadziłem ją do przedszkola i dawałem jeść - czyt. karmiłem ją fast foodami) postanowiłem uporządkować życie.
Pieniędzy nam nie brakowało. Odziedziczyłem prawie 70% udziałów w firmie taty oraz połowę kliniki okulistycznej Mamy. Udziały w firmie sprzedałem dla wspólnika taty za spore pieniądze. Utworzyłem specjalny fundusz z prawie 90% środków, które otrzymałem z sprzedaży firmy dla mojej siostry, coby po 18 roku życia miała zapewnione bardzo godne życie. Za resztę pieniędzy kupiłem nieduży samochód dla mnie i dla siostry, a to co zostało oddałem na cele charytatywne. Z kliniki mamy i tak dostawaliśmy połowę przychodu miesięcznego, a nie sprzedałem jej, bo od zawsze planowałem zostać okulistą. Mieszkaliśmy w dużym mieście, więc nie było potrzeby sprzedaży domu i przeprowadzki.
W sądzie na całe szczęście siostrę powierzyli mnie, mimo że ośrodek próbował mi zabrać moją kochana siostrzyczkę. Nie pozwoliłem na to. Powiedziałem sobie, że najbliższe kilka lat poświęcę jej, a jak podrośnie pójdę na medycynę.
Najgorszy w tym wszystkim nie był fakt, że sobie czasami nie radziłem, że nie miałem nikogo prócz Agi. Najgorsze było to, gdy 8-letnia dziewczynka podchodzi do ciebie i prosi cię, byś dokładnie powiedział jej jak zginęli nasi rodzice. Wcześniej, jak była młodsza, powiedziałem jej, że rodzice poszli do nieba z misją i że już nie wrócą. Z czasem sama domyśliła się co to znaczy.
Ze łzami w oczach powiedziałem jej co się stało. Aga nie płakała, przytuliła mnie i powiedziała, że jestem jej drugim tatą i że mocno mnie kocha. Ech... znów beczałem cały dzień.
Dziś Aga ma lat 16 i jest w 1 klasie liceum. Ja skończyłem studia medyczne i pracuję w klinice mamy.
Morału nie będzie, jedyne co mogę napisać to to, że jestem szczęśliwy. Przez wiele lat otrzymałem ogrom miłości od mojej siostry za to, że się dla niej poświęciłem. Dla mnie jednak to nie było poświęcenie, to był mój braterski obowiązek.
Miałem wtedy 22 lata. Moja dziewczyna miała 17.
Prawie nie pamiętam tamtego dnia. Śpieszyłem się do domu i nie zauważyłem nadjeżdżającego samochodu. Obudziłem się w szpitalu - jak się okazało, po dość skomplikowanej operacji - obok siedziała moja dziewczyna. Była zapłakana i po jej minie już wiedziałem, że chodzi o coś więcej. Chwilę później zrozumiałem. Nie czułem nóg... Nie mogłem nimi poruszyć. Potem usłyszałem ten wyrok "nie wiadomo, czy będzie pan chodził".
Załamałem się. Kilka lat wcześniej również miałem wypadek i wiedziałem, jakie są konsekwencje. Słabsza psychika, strach przed otoczeniem, "zaległości" we wszystkim, a teraz jeszcze mam być kaleką?
Z moją ukochaną byłem wtedy już ponad rok, jednak wiedziałem, że nie mogę zniszczyć jej życia w ten sposób. Była młoda, powinna się bawić, a nie martwić i opiekować się kolesiem, który w tamtym czasie nawet do kibla sam nie poszedł...
Zerwałem z nią leżąc na szpitalnym łóżku. Nie wiedziałem, jak sobie bez niej poradzę, ale wtedy to było najlepszym rozwiązaniem. Ona przyjęła to ze spokojem. Powiedziała krótkie "nie ma sprawy". Nie wypytywała o nic, jakby jej nie zależało. Tylko że... dalej siedziała na miejscu obok mojego łóżka i dalej patrzyła na mnie z troską. Chamsko kazałem jej odejść, "bo przecież z nią zerwałem". Wtedy ona spojrzała na mnie i powiedziała coś, co wstrząsnęło mną tak, że zapamiętam te słowa do końca życia:
- Dobrze, zerwałeś ze mną, i co z tego? Ja cię kocham i zamierzam być przy tobie i wspierać cię, dopóki nie wyzdrowiejesz. Jeśli potem będziesz chciał, żebym odeszła, zrobię to.
Zaniemówiłem. Łzy stanęły mi w oczach. Poprosiłem, żeby przyniosła mi wodę, bo nie chciałem się przy niej popłakać. Zdążyła zamknąć drzwi, kiedy pielęgniarka znajdująca się na sali powiedziała "Trzymaj się tej kobiety, bo to skarb".
Jak obiecała, tak zrobiła. Wspierała mnie do końca. Codziennie zarażała mnie swoim promiennym uśmiechem i optymizmem. Zabierała na spacery do parku, gdzie pokazywała mi świat z innej perspektywy. Jeździła ze mną na rehabilitacje. Po kilku trudnych miesiącach czucie w nogach zaczęło wracać.
Dzisiaj uczę naszego syna grać w piłkę. Bez wątpliwości mam najlepszą żonę na świecie. Wszystkim Wam życzę takiej miłości :)
Kanapa w salonie. Popołudnie. Ja oglądający kolejny odcinek "Przyjaciół", mama czytająca kobiece pisemko i tata próbujący naprawić korektor "myszkę". Nic specjalnego. Wtem drzwi domu otwierają się z hukiem i wpada mój przygłupi brat.
- Mamo! Tato! Będę miał dziecko! - oznajmił z dumą.
Ja szok, rodzicie szok, nawet ogrodowy krasnal był w szoku. Wyciszyłem głos w telewizorze i czekam na jakąś reakcję.
- A co ze studiami? - zaczął tata.
- Rzucę - odpowiedział brat z uśmiechem od ucha do ucha. - Już byłem pytać o pracę mechanika.
- Z kim? Z kim to dziecko?
- Z Kamilą.
Gdy padło to imię czułem jakby żołądek zamienił się miejscem z płucami. Tata rzucił korektor na podłogę, czyniąc go niemożliwym do naprawy, u mamy pojawiły się łzy.
Spytacie dlaczego?
Kamila (imię zmienione) - znana na naszym osiedlu naciągaczka. Daje się zapłodnić imbecylom z "bogatszych" rodzin, a potem doi z hajsu. Jest on oczywiście przeznaczany na alko i magiczne proszki. Niektóre dzieciaki zabrali ojcowie, reszta poszła do domu dziecka. W skrócie: patologia, niedoj##anie mózgowe, tępa dzida, która niszczy życia niewinnym dzieciakom. A na jej uroki łatwo jest się nabrać bo nie ma co kłamać, to piękna kobieta, która potrafi manipulować.
Wracając, w powietrzu pojawił się swąd rodzinnej tragedii.
- Nie wierzę, synu, jak mogłeś być taki głupi? - szlochała mama.
- Mamo, to jest prawdziwa miłość! Powiedziała, że się zmieni, że mnie kocha! Ja jej wierzę! Uczucie wymaga poświęcenia, a ja jestem na to gotowy.
- Chyba mam zawał - rzuciłem z niedowierzania.
- Alkohol to nie jest rozwiązanie, ale muszę się napić.
- Kochanie, mi też przynieś.
- Wino?
- Wolę wódkę.
I wtedy braciak wybuchł śmiechem.
- Nie no familio, żartowałem. Jestem gejem.
Pierwszy raz dostał po mordzie za takie wystraszenie rodziców. Drodzy homo - nie bierzcie z niego przykładu na coming out.
Na wieść, że chcę wyjechać z dziewczyną, moja matka zażądała numeru telefonu do jej matki, żeby się upewnić, że tamta o wyjeździe wie oraz żeby dogadać szczegóły wycieczki.
Mam 32 lata i ta „wycieczka” to wyjazd do pracy za granicę...
Jestem w klasie matematycznej. Radzę sobie dobrze, nawet bardzo. Funkcje, ciągi i trygonometria mi niestraszne. Jednak do tej pory nie umiem tabliczki mnożenia. 7x9 liczę na palcach, bo pamiętam ile to 7x7 :")
Dodaj anonimowe wyznanie