Będzie krótko – postanowiłam raz zaryzykować. Gdy ksiądz po zakończonej spowiedzi zapukał w ścianę konfesjonału, zapytałam: „Kto tam?”.
Odpowiedział: „Hipopotam”...
Rok temu zmarł mój brat. Tego dnia wysłał mi SMS-a, prosząc żebym do niego zadzwonił, bo ma prośbę. Kiedy zadzwoniłem bez przekonania, zapytał mnie, czy mógłbym mu dać parę drobniaków, chciał sobie kupić parę bułek i jakiś serek do smarowania, bo od tygodnia zjadł tylko kilka posiłków. Ścisnęło mnie w żołądku i łzy napłynęły mi do oczu, w domu nigdy się nie przelewało, ale nie wiedziałem, że chodzą głodni. Kazałem mu przyjechać najszybciej jak może, odpowiedział mi, że będzie za 20 minut, bo musi dopompować powietrze w rowerze. Kiedy on się zbierał do drogi, ja pakowałem do plecaka praktycznie wszystko, co miałem w lodówce, żeby mógł zabrać do domu. Zamiast uśmiechu mojego brata zobaczyłem przejeżdżającą na sygnale karetkę, a chwilę później dostałem telefon od znajomego, że to chyba mój brat miał wypadek na skrzyżowaniu. Okazało się, że tak, to mój brat. Kiedy przejeżdżał przez skrzyżowanie (miał zielone światło i odblaskowe elementy, nie było ciemno), kierowca z naprzeciwka uznał, że nie będzie się zatrzymywać na czerwonym świetle, bo i tak nikogo nie ma na skrzyżowaniu.
Stówę, którą wtedy chciałem mu dać, włożyłem mu do kieszeni garnituru, w którym był chowany.
Kilka dni później śniło mi się, że jak zawsze gdy mieliśmy cięższe chwile jeździliśmy samochodem bez celu, powiedział mi, że mam nie płakać, mówił, że tutaj nikt nie jest głodny, on też nie.
Mam nadzieję, Młody, że jeszcze kiedyś pojeździmy bez celu.
Jako nastolatek próbowałem popełnić samobójstwo. Podchodziłem do tego kilkakrotnie, ale zawsze ostatecznie się wycofywałem. W końcu udało mi się przełamać. Zaczepiłem linkę w domu na poddaszu i wszedłem na taboret. Założyłem pętlę na szyję. Powoli zsuwałem się z taboretu. Linka zaciskała się na szyi, ale nic mnie nie bolało, tylko ciemniało mi przed oczami. Pomyślałem, że mam jeszcze wybór, że mogę się jeszcze wycofać...
Obudziłem się na podłodze. Całe moje ciało przeszywały dreszcze. Miałem wrażenie, że tysiące igieł wbija się w każdy kawałek mojego ciała. Ból był przeraźliwy. Nie miałem siły wstać ani wezwać pomocy. Nie wiedziałem co się dzieje. Nie mam pojęcia, ile czasu minęło, zanim doszedłem do siebie, zanim zrozumiałem, co się stało – linka się zerwała... Ja już musiałem być nieprzytomny.
Poza odciskiem na szyi nie odniosłem żadnego uszczerbku. Trochę podchodziłem w golfie, później wymyśliłem jakąś wymówkę (bójka czy coś). Nikt nic nie podejrzewał; nikt się nie dowiedział. Minęło kilkanaście lat. Wciąż pamiętam każdy szczegół. Wyznaję to po raz pierwszy w życiu.
Jestem po trzydziestce, mam męża, dobrą pracę, przyjaciół i wkrótce zostanę mamą, ale nikt oprócz męża nie wie, że mam brata starszego o dwa lata i że zamknęłam go w domu opieki. Ale od początku.
Gdy urodził się mój brat Michał, okazało się, że cierpi na MPD, później doszły jeszcze inne zaburzenia. Od zawsze wiedziałam, że urodziłam się, aby móc opiekować się bratem po śmierci rodziców. Tato pracował ciężko na nasze utrzymanie, ale i tak na wszystko brakowało, bo rehabilitacja itp. Matka miała zasady, przede wszystkim nauka, bo w przyszłości miałam dużo zarabiać, by móc pomagać bratu. Umiałam ugotować obiad w wieku dziesięciu lat, pranie czy sprzątanie należało do moich obowiązków, od kiedy skończyłam siedem lat. Tato nigdy się z mamą nie kłócił, bo zawsze powtarzał, że i tak ma ciężko. Pamiętam trzy razy prawdziwe awantury, i to o mnie.
Pierwsza, gdy nie zgodził się, bym zmieniała pampersy bratu, matka chciała, bym to robiła, gdy miałam dziesięć lat. Dzięki tacie nigdy tego nie robiłam. Uczyłam się i pomagałam w domu. Po liceum chciałam iść na medycynę, matka nie pozwoliła, bo nie mogłabym poświęcić dużo czasu bratu. Michała nigdy nie kochałam, bałam się go i byłam przemęczona. I to ciągłe przypominanie o moim obowiązku opieki nad nim... Druga awantura, gdy tato uparł się, że przynajmniej na akademik będę dostawać pieniądze od nich. Na studiach mimo nauki i pracy odżyłam i nikomu nie mówiłam o Michale. Do domu jeździłam bardzo rzadko. Janka pokochałam całym sercem, po trzech latach związku oświadczył mi się i chciał poznać moja rodzinę. Bałam się, że jak pozna Michała, to ucieknie. Został, tylko postawił warunek – Michał nigdy z nami nie zamieszka, teraz to dorosły, agresywny, chory chłop.
Trzecia awantura, gdy matka nie zgodziła się dać Michała do opiekunki na kilka godzin, by być na moim ślubie. Tato przyjechał sam, tylko do kościoła, ale był.
I stało się coś, czego bałam się od czasu gdy zaczęłam myśleć – tato zmarł, a matka trzy tygodnie po nim. Został Michał, o pogrzeby moich rodziców zadbał Janek, a ja nawet nie mogłam się rozsypać, bo był Michał. Urlop bezpłatny i opieka nad Michałem dobiła mnie, ale mój Janek załatwił prywatny ośrodek opiekuńczy za niemałe pieniądze.
Nadal nikt nie wie o Michale oprócz Janka, a ja obawiam się tylko, że jak znów kiedyś spotkam się z rodzicami, to mi nie wybaczą, iż nie zaopiekowałam się bratem.
Długie, ale gdzieś musiałam się wygadać. Janek już tyle dla mnie poświęcił, że nie chcę go obarczać jeszcze moimi żalami.
Jako dziecko nie sprawiałam żadnych kłopotów. Byłam posłuszna, dobrze się uczyłam i doskonale rozumiałam, że naszej rodzinie kiepsko się powodzi. Pogodziłam się z tym i nie dopominałam się o zabawki czy słodycze. Mama kupowała mi rzeczy z ciucholandu, a ja je zawsze nosiłam, nawet jak mi się nie podobały, bo wiedziałam, że zwyczajnie nie mieliśmy pieniędzy. Nigdy nie protestowałam ani też nie wstydziłam się, że noszę takie ciuchy.
Któregoś dnia, gdy byłyśmy u ciotki na herbatce, matka pożaliła się jej, że ja nie chcę nosić ubrań z lumpa.
Za dobra byłam, nie sprawiałam kłopotów, to sama je wymyślała.
Dziś w nocy moim sąsiadom ukradziono samochód. Sprawa oczywiście zgłoszona na policję. Prostszej sprawy nie mogli dostać, bo auto miało nadajnik GPS i wiadomo było, gdzie się znajduje. Wystarczyło tylko pojechać i je odzyskać. Ewentualnie złapać złodziei. Ale nasza kochana policja, która zapewnia nam bezpieczeństwo, nie miała kogo wysłać.
Na szczęście samochód został odzyskany, bo sąsiad wziął kumpli i postanowił tam pojechać na własną rękę, ale kurna, policja woli łapać poważnych gangsterów przechodzących na czerwonym przez ulicę niż złodziei. Z mandatu łatwiejsza kasa...
Jako dziecko mieszkałem w bloku na 10 piętrze. W tym wieku miałem już swoje własne klucze do domu i zawsze ze szkoły wracałem sam. Tak samo było tego dnia. Gdy dotarłem pod drzwi swojego domu, bardzo mocno chciało mi się siku. W pośpiechu szukałem swoich kluczy, lecz nigdzie ich nie było. Nie pozostało mi nic innego, jak czekanie pod drzwiami na moją rodzicielkę, jednak parcie na pęcherz stawało się coraz większe. Na klatce schodowej na parapecie stała jakaś plastikowa butelka z resztką soku pomarańczowego. Nie mogąc dłużej wytrzymać, nasikałem do niej i odłożyłem na miejsce, po czym wróciłem pod mieszkanie. Sytuacja nie byłaby warta opisania, gdyby nie to, co stało się dalej. Zapewne część już się domyśla – na piętrze wysiadło kilka moich rówieśników czujących się „panami osiedla”, zaczęli głośno gadać, gdy nagle jedna z dziewczyn chwyciła za butelkę i pociągnęła porządnego łyka. Wiązanki, jaka się wtedy potoczyła z jej ust, nie powstydziłby się sam Linda, a ja próbowałem zniknąć w ścianie, bojąc się o własne życie, gdyby dowiedzieli się, że ja byłem odpowiedzialny za jej przykre doznania. Na szczęście pozostałem niezauważony, więc mogę się nim z Wami dzisiaj podzielić.
Mówi się, że w życiu trzeba spróbować wszystkiego, ja myślę, że tamta dziewczyna nie podzieli tego zdania.
Nienawidzę swoich dziadków. Mam tego pecha, że normalni dziadkowie nie żyją. Zostali tylko od strony matki. Dziadek – bijący żonę, całe życie przepracował w fabryce, chlał na umór, zrobił 7 dzieci i znęcał się nad wszystkimi. Babcia – zagorzała katolka, która „niosła swój krzyż”, którym był dziadek. Przez lata tylko wiecznie wrzeszczeli na wszystkich, każdemu dawali dobre rady. Wg nich KAŻDY to kretyn – są najmądrzejsi na świecie. Jestem zaręczony i przy każdej okazji słyszę od rodziców i od dziadków „Ślub ma być kościelny, bo inaczej nie będzie nas!”. Stwierdziłem z narzeczoną, że nie będzie kościelnego, że nie będzie wesela i pobieramy się w dwójkę na jakichś wczasach. Dla nas super. Co usłyszałem podczas rodzinnego obiadu? Że jesteśmy najgorszą rasą podczłowieka, że Bóg ześle na nas chore dzieci, że małżeństwo się rozpadnie i tego nam życzą. Takie słowa padły od dziadka, babcia dodała, że wyrzeknie się mnie i nie zapisze mi nic w testamencie. Nie wytrzymałem i wygarnąłem im wszystko. Od wakacji u nich w dzieciństwie, gdzie pijany dziadek bił mnie, szarpał, że wiecznie byłem w kościele, bo przecież to takie ważne i jeszcze wiele innych. Jaka była reakcja moich rodziców, którzy byli obok mnie? Poparli moich dziadków, bo przecież Bóg taki ważny, że mam się zamknąć, bo g... wiem o życiu. No faktycznie. Mieszkamy i sami się utrzymujemy z narzeczoną, ale OK. Nie wytrzymałem i powiedziałem im, że skoro tak stawiają sprawę, to nie mamy o czym rozmawiać. Po prostu wyszliśmy. Ubierałem buty, kiedy usłyszałem jak ojciec krzyknął do mnie, że jeszcze wrócę z podkulonym ogonem, jak mnie Bóg pokarze za to, co robię.
Godzinę temu dostałem telefon od brata, że jak pojechałem, to dziadek zaczął drzeć się do moich rodziców, jak mnie wychowali, bo powinni mi dać w pysk i miałbym się zamknąć, bo jestem głupim szczeniakiem. Moi rodzice przyznali mu rację i żałują, że tak nie zrobili. Brat stanął w mojej obronie, to dziadek próbował mu przywalić laską. Stary kretyn, 93 lata, próbuje każdego sobie podporządkować, a babcia tylko mówi „Bóg tak chciał”.
Takich akcji było całe mnóstwo z dziadkami. Każde swoje dziecko traktowali jak darmową siłę roboczą, każde z ich dzieci ma skrzywioną psychikę. Widzę się z dziadkami 2-3 razy w roku. Ktoś dostał raka? „Bóg ma wyższy plan”. Komuś urodzi się dziecko? „Dzięki Bogu”. Ktoś umrze? „Bóg wiedział, co robi”. Jedna z kuzynek miała dość duże problemy z wagą przez chorobę, co jej powiedzieli? „Ale się spasłaś, jak świnia na święta”. Sami nie wyglądają zbyt dobrze i nigdy nie wyglądali. Uważają, że mogą wszystko powiedzieć, każdego obrazić, bo są starzy. Moi rodzice zaczynają przejmować ich poglądy i coraz bardziej ich przypominają.
Nienawidzę swoich dziadków – mam nadzieję, że niedługo umrą.
Zacznę niezbyt wesoło. Chyba mam romans na boku. Piszę „chyba”, bo do zdrady nie doszło, ale były inne rzeczy typu przytulanie, całowanie w usta czy szeptanie czułych słówek. W takiej sytuacji reszta jest tylko kwestią czasu. Prawdę mówiąc, dziś na niego liczyłem. Jeszcze wczoraj wypisałem w pracy wniosek urlopowy do końca tygodnia. Plan był taki, że będę udawał, że chodzę niby do roboty, a w rzeczywistości będę u kochanki. A po piętnastej jak co dnia będę wracał do domu.
Dziś rano wstałem o godzinie 5:30 i zacząłem szykować się „do pracy”. Zjadłem śniadanie, ubrałem się i wyszedłem ze skórzaną teczką w ręku. Nie zdążyłem jednak dojść do garażu, gdy drzwi domu otworzyły się i wybiegła żona. Na dworze przenikliwy chłód, a ona w ciapach, okręcona szlafrokiem i z naciągniętą pospiesznie czapką na głowie. Podbiegła i wręczyła mi woreczek z kawałkiem ciasta, które wczoraj upiekła, dała szybkiego buziaczka i kuląc się z zimna, czmychnęła szybko z powrotem do domu.
Stałem oniemiały, patrząc jak drzwi zamykają się za nią i czułem, że napływają mi łzy do oczu. Ona mnie naprawdę kocha. Kocha nie szczeniackim zauroczeniem, bo z tego obydwoje dawno wyrośliśmy, kocha miłością dojrzałą, zdolną do poświęceń, miłością każącą jej opuścić ciepłe łóżko i wybiec półnago w niemal mróz za mężem.
Czy kochanka wybiegłaby tak za mną? No w życiu. To nie w jej stylu.
Wsiadłem do samochodu i pojechałem. Pojechałem do pracy, nie do kochanki. W chwili gdy piszę te słowa, a jest dokładnie 8:24, jestem już po rozmowie z szefem, gdzie oznajmiłem mu, że rozmyśliłem się w kwestii urlopu. Oraz po telefonicznej rozmowie z kochanką. Poinformowałem ją, że wbrew wcześniejszym ustaleniom nie przyjadę do niej dzisiaj ani w ogóle już nie przyjadę. Że kończymy naszą znajomość. Wiem, że zraniłem ją, ale czy ona próbując rozbić małżeństwo przejmowała się, że zrani czyjąś żonę?
I pomyśleć, że kawałek ciasta uratował moje małżeństwo. Że kawałek ciasta oprzytomnił mnie i uświadomił co znaczy prawdziwa miłość. Taka zwykła, codzienna miłość. Taka bez fajerwerków. Taka gdzie żona wręcza mężowi kawałek ciasta i daje całusa na dobry dzień.
Poczułem się strasznie głupio.
Nie wiem co zrobić.
Od jakiegoś czasu jestem w związku o 5 lat starszym chłopakiem. Oboje jesteśmy w takim wieku, że samodzielność powinna być na porządku dziennym. Ja jestem samodzielna, pracuję, wynajmuję nawet samodzielnie mieszkanie, on mieszka z rodzicami. Nie mam z tym problemu, gdyż mają spory dom i on ma dla siebie całe piętro. Tylko że on nie gotuje, nie sprząta (no dobra, sprząta, puści odkurzacz typu Roomba), zorientowałam się też, że nigdy nie robił sobie prania, nigdy też nie prasował sobie rzeczy... wszystko robi mama albo pani do sprzątania, którą jego rodzice zatrudniają (nie dopytywałam się). Praca... On nie pracuje, stracił pracę z 11 miesięcy temu i twierdzi, że nic sensownego nie ma dla niego (skończył studia magisterskie). Stwierdził, że zrobi kurs i będzie robił w firmie ojca. Kurs, który musi zrobić, da się spokojnie zrobić online, bo to jest program komputerowy (znam ten program, więc to nie moje widzimisię). On uparł się, że musi być to kurs w realu, ale nie zabierał się za szukanie. Sama mu go znalazłam najpierw w jego okolicy, ale nie wyszło (mam wrażenie, że mimo ciągłego przypominania nigdy się nie zgłosił). Teraz znalazłam mu kurs w mojej okolicy. To mi też nie przeszkadza, ale martwi mnie, że on do tego marudzi, że nie mam dla niego czasu. Rozmawiamy codziennie, codziennie w coś razem gramy, często też ze wspólnymi znajomymi. Ostatnio ja miałam mniej czasu, by posiedzieć z nim obejrzeć filmy (mniej mam na myśli trzy dni). Usłyszałam, cytuję: „Dziś naprawdę jakoś tak się czuję przez ciebie opluty cały dzień”. Już wcześniej mi się tak obrażał, jak choćby dłużej rozmawiałam z jego rodzicami, gdy przyjechałam do niego na kilka dni (mamy sześć godzin jazdy do siebie zarówno pociągami, jak i autem, więc staramy się spotykać jak ja mam kilka dni z rzędu wolne).
Kocham go, ale mam wrażenie, że jestem w związku z małym dzieckiem, co samo o siebie nie zadba i będzie płakać, jak się nie będę nim zajmować non stop.
Dodaj anonimowe wyznanie