Dzień Kobiet. Dzień wcześniej trochę się posprzeczaliśmy z chłopakiem, myślałam, że się na mnie bardzo obraził, bo nie pisał, nie dzwonił... Byłam pewna, że 8 marca będzie dla mnie tragiczny. Kupiłam więc sobie czekoladki i spędzałam dzień, oglądając serial z miłością w głównym wątku. I zalewałam się łzami z racji PMS. Nagle dzwonek do drzwi. Myślę „O! To na pewno pan z kwiatami, luby na pewno o mnie pamiętał!”. Otwieram...
Stoi. Pan z kwiatami. Ale to nie poczta kwiatowa. To pan pijak, który pomaga nam czasem w pracach na podwórku w zamian za paczkę fajek lub porzeczkowego napoju z procentami. Wręcza mi dwa tulipany – jeden dla mnie, jeden dla mamy (mama w pracy), i daje mi torebeczkę. Mówi: „A tu dla mamy jeszcze prezencik”. Uśmiałam się, ciepło się zrobiło na sercu, podziękowałam i zamknęłam za nim drzwi. Z ciekawości zerknęłam do torebeczki. Były tam... brzoskwiniowe majtki z koronką :D
Za godzinę znowu dzwonek do drzwi. Myślę: „O! To już na pewno niespodzianka od mojego!”. Otwieram, ten sam pan. Powitał mnie słowami: „Cześć, przepraszam cię bardzo, na śmierć zapomniałem... przepraszam, zapomniałem!”. I wręcza mi czarne, koronkowe stringi.
Humor na cały dzień poprawiony! :)
PS Dzień Kobiet z lubym spędziłam cudownie przy pizzy i oglądaniu Muminków :)
Ach, Warszawa... Mieszkam tu od siedmiu lat i jako że jestem„słoikiem”, to i w niejednym mieszkaniu się bywało. Jedne przyjemniejsze, inne gorsze. To akurat było, z braku lepszego słowa, ciekawe. Mieszkałem wtedy od kilku miesięcy w niedużym mieszkaniu z właścicielką, lat ~50. Typowa pani domu z kotem, syn wyjechał za granicę. Spokojna pani w średnim wieku, wracając z pracy ogląda tylko TV lub przegląda fejsbuki.
Pewnego dnia, gdy wracam z zajęć do domu, z radością mi oznajmia, że jej flaga w końcu przyszła pocztą i czy pomogę jej nabytek zawiesić na ścianie. W porządku, oczywiście, nie ma problemu. Dostaję młotek, kubeczek małych gwoździ oraz flagę.
Neonazistowską. Z celtyckim krzyżem na białym polu, na czerwonym tle.
Po zawieszeniu owej ozdoby w pokoju właścicielki zamknąłem się w swoich czterech ścianach i musiałem mocno przemyśleć życie.
Kiedy chodziłam do gimnazjum, mieliśmy kotkę Figę. Pewnej słonecznej soboty grillowaliśmy sobie z rodzicami i bratem. W pewnej chwili wszyscy na chwilę odeszliśmy od stolika, nie pamiętam już po co. Kiedy wróciliśmy, puszka, w której było trochę piwa, przewróciła się, ale nikt specjalnie się tym nie przejął.
Po chwili usłyszeliśmy ciche czknięcia dobiegające spod stolika. To była nasza Figa, która większość dnia spędziła wygrzewając się na drzewie. Siedziała kiwając się na boki i rozglądała niepewnie. Po chwili wstała i ledwo złapała pion. Biedna uderzyła łepetynką w krzesło. Brat wziął ją na ręce, a wtedy poczuliśmy co stało się z piwem.
Figa spała jak zabita aż do rana. Następnego dnia dopadł ją kac – cały dzień przeleżała plackiem na swoim legowisku w domu, nie jadła nic, tylko piła wodę.
Alkoholu już nie tknęła, chociaż brat kilka razy ją częstował.
Jak byłam młodsza, to miałam strasznego pecha do wszelkiej maści zboczeńców. Coś we mnie przyciągało ich jak magnes. Bywało naprawdę groźnie, ale ta historia mnie raczej rozbawiła.
Była jesień, lat miałam dwadzieścia dwa i godzina też jakoś dwudziesta druga. Akurat wychodziła ode mnie koleżanka i postanowiłam, że wraz z psem odprowadzę ją na przystanek. Pogoda nomen omen pod psem, ale stworzenie i tak wyjść musiało.
Trasa na rzeczony przystanek w pewnym momencie prowadziła z jednej strony wzdłuż krzaczorów przy ogrodzeniu szkolnego parku, a z drugiej wzdłuż chaszczy na nasypie kolejowym. No i tak wracamy sobie z psiakiem po odjeździe koleżanki, aż tu nagle zza rachitycznej choinki wyskoczył na nas jakiś ciemny typ koło pięćdziesiątki. Ni to zapytał, ni to stwierdził: „To co? Idziesz teraz ze mną na seks? – o czym dodał – No widzę, że chcesz!”. Zimno, wieje, deszcz jak z cebra i tak mnie zdziwiło, jak ten facet chce uprawiać jakikolwiek seks w tych warunkach, że zapomniałam się wystraszyć i odruchowo palnęłam: „Zgłupiałeś, chłopie? Na takim deszczu?”. No i molestant mi się zszokował – wytrzeszczył oczy, powietrze z niego uszło, rozejrzał się bezradnie dookoła i po chwili zapytał niepewnie: „Ale to na pewno?”. Ja na to: „Zdecydowanie podziękuję!”.
No i zboczeniec zniknął jeszcze szybciej niż się zjawił. Najwyraźniej typa podniecało przerażenie, a ja swoim zdumieniem popsułam mu całą „zabawę”.
Pode mną mieszka młode małżeństwo z dwójką małych dzieci. Pardon, mieszkało. Teraz mieszkanie stoi puste, bo policja aresztowała rodziców za handel narkotykami. Starszego chłopca zabrali do siebie dziadkowie. Młodszej dziewczynki już nie. Młodszej nie chcieli ani jedni dziadkowie, ani drudzy. Trafiła (chyba) do domu dziecka. Nie chcę się rozkminiać nad narkotykami i ich handlowaniem, bo sprawa jest oczywista – to złe i powinno być karane z całą bezwzględnością. Chodzi mi o co innego. O tę młodszą siostrzyczkę. Nie wyobrażam sobie, jak można rozdzielić rodzeństwo. Kogoś wziąć, a kogoś nie. Jedno dziecko uznać za lepsze, godne gościny i opieki, a drugie niech spada. W głowie mi się to nie mieści. No ale cóż... Gdybym był z rodziny, to na rzęsach bym stanął, aby wziąć to dziecko do siebie. Ale nie jestem. Nie będę adoptował cudzych dzieci, bo ktoś se chciał pohandlować dragami. Zastanawia mnie tylko co będzie, jak ta dziewczynka dorośnie. Przecież takiej rodziny, co się jej wyrzekła, na oczy nie będzie chciała widzieć.
Jestem szczęśliwym ojcem pary bliźniaków. Żona po porodzie została z dziećmi, a ja po urlopie wróciłem do pracy. Staram się jej pomagać jak tylko jestem w domu, robię wszystko o co mnie prosi.
W pewien weekend żona chciała odpocząć, wyspać się itd. No problemu nie ma, zostaję z synami, ona wyjechała do rodziców, napisała mi instrukcję co, gdzie, jak, a w razie czego w miałem dzwonić. Chciałem, aby odpoczęła, bo na to zasługiwała, więc pożegnałem ją i zająłem się chłopcami.
Po obiedzie zgodnie z instrukcją miałem ich wykąpać, nie raz to już robiłem, więc do roboty. Wykąpałem jednego, położyłem na ręcznikach na podłodze, aby przypadkiem nie spadł z czegokolwiek, wykąpałem drugiego, położyłem obok. Wtedy to zadzwoniła szanowna małżonka spytać, czy wszystko w porządku, porozmawialiśmy kilka minut, cały czas patrzyłem na chłopców. Po rozmowie miałem ich ubrać, tylko za nic w świecie nie byłem w stanie ich odróżnić, wyglądają identycznie, zapomniałem którego położyłem z której strony. Żona zawsze mówi, że ich nie odróżniam, bo za mało czasu z nimi spędzam. Możliwe, bo ona ich rozróżnia. Musiałem losować, miałem 50/50. Żona wróciła z wypoczynku i nic nie mówiła, być może trafiłem, ale ciągle mam gdzieś z tyłu głowy, że jesteśmy w błędzie i młodszy jest starszym i na odwrót. Nie mówiłem o tym żonie, bo pamiętam jak zawsze wypominała mi, że nie rozróżniam tych dwóch kropel wody.
Jest wieczór, zimno, nic się nie chce. Ty jednak ruszasz dupę, by iść pobiegać z przyjaciółką.
Jako zachętę dostajesz różę od żula, bo Dzień Kobiet jutro.
Najlepsza motywacja do biegania.
Dziękuję, miły Panie ŻuluMenelu!
Było to chyba w drugiej klasie podstawówki.
Wigilia za kilka dni, ostatni dzień szkoły przed przerwą świąteczną. Ciemno, już po szesnastej. Mama zawsze odbierała mnie około właśnie tej godziny, jednak tego dnia musiała zostać trochę dłużej w pracy. Niestety nie wiedziała, że tego dnia świetlica pracowała krócej niż zwykle, chyba do 15. Wszyscy już sobie poszli, o wcześniejszej godzinie zamknięcia dowiedziałam się, jak nauczycielka wychodziła. Popłakałam się. Myślałam, że mamusia o mnie zapomniała (byłam bardzo płaczliwym dzieckiem). Był straszny mróz, więc nikt mnie ze szkoły nie wygonił. Ale też nikt nie mógł ze mną zostać. Z wyjątkiem pewnego wspaniałego człowieka – dyrektora naszej szkoły.
To zdziwienie mojej mamy, gdy przychodzi do właściwie zamkniętej szkoły, wchodzi do świetlicy, a tu jej mała beksa ogląda bajki, siedząc z kurduplem w garniaku (dyrektorem) :,) Mały ciałem, wielki sercem!
Minęło od tego czasu jakieś 9 lat, a ja nadal jestem za to wdzięczna dyrkowi.
Jestem w 10 tygodniu ciąży i bardzo męczą mnie mdłości. Aktywatorem najczęściej jest zapach, nie musi być intensywny, wystarczy, że w jakiś sposób mnie drażni. Od 2 tygodni chodzę na fizjoterapię z powodu zapalenia ścięgna. W przychodni jest specyficzna szatnia - pomieszczenie ok. 5 m², wypełnione zamykanymi szafkami, w których trzeba zostawić buty i okrycie wierzchnie.
Ostatniego dnia zabiegów wchodzę do szatni, w której zdejmuje kurtkę bardzo otyły mężczyzna. Do mojego nosa dociera zapach jego potu... i musiałam rzucić się biegiem do sąsiadującej toalety, gdzie zwróciłam całą zawartość żołądka.
Ten pan to słyszał. I wziął to do siebie, bo słyszałam potem, jak mówi swojemu rehabilitantowi, że jak ma nie mieć depresji, skoro ludzie aż wymiotują na jego widok...
Cały czas mi głupio, że moje ciążowe mdłości sprawiły komuś aż taką przykrość.
Historia obrzydliwa, nie czytajcie, jeśli jecie.
Niedawno walczyłam z dość mocno zawalonym nosem. Smarkałam jak szalona glutowatym paskudztwem i czułam się raczej niefajnie. Przy ciągłych kroplach do nosa, koszmarnie wysychała mi śluzówka, ale wysmarkiwałam ją wraz z katarem.
Ostatniej soboty obudziłam się i poczułam, że coś mi przeszkadza w nosie. Podrapałam wewnątrz nosa i poczułam pod paznokciem cholerny stalaktyt. Paskudztwo było ogromne i mocno mi przeszkadzało. Stwierdziłam, że co tam, wydłubię dziada i będzie spokój. Wydaje się proste, prawda? Otóż nie było.
Zaczęłam istną walkę ze strupem, próbując podważyć warstwy tego czegoś na suchej jak piach ściance nosa. Było to niekomfortowe i bolesne, ale zawzięłam się i postanowiłam, że usunę dziada za wszelką cenę. W końcu poczułam, iż opór słabnie, ja powoli odrywam wielki kawał suchego strupa. Wyciągnęłam palec z nosa... i poczułam, jakby mózg wyleciał mi wraz z babolem. Serio, z szoku i bólu aż usiadłam. Wyciągnęłam rękę ku gorze, wycierając nadgarstkiem Amazonkę kataru i gapiłam się na najdziwniejszą rzecz wydobytą z mojego organizmu. Do suchego strupa był przyczepiony ogromny, zbity kawał wydzieliny, który wyszarpnęłam chyba aż z zatoki. To było obrzydliwe, ale i fascynujące zarazem. Pobujałam palcem w górę i w dół, a glut podskakiwał jak sprężyna. Katar zalewał mi twarz, ale dziwaczna scena zajmowała całą moją uwagę.
W tym momencie w drzwiach stanęła mama. Zaczęła coś mówić, ale po chwili tylko przeraźliwie wrzasnęła, cała bladozielona na twarzy. Trochę zbiło mnie to z tropu, bo glucior, choć paskudny, to był jednak trudny do rozpoznania z takiej odległości. Za krzykiem mamy przybiegł ojciec, który najpierw również zbladł, ale po chwili tylko wychrypiał: „Jezus Maria, Agata, co ci się stało?!”. W totalnym szoku wyskoczyłam z łóżka i podeszłam do lustra. Mym oczom ukazała się twarz umazana w soczyście czerwonej krwi. Miałam ja na nosie, pod nosem, na policzkach i na brodzie. Ściekła mi aż na piżamę. Co wzięłam za katar, okazało się krwawą rzeką. Gapiłam się w lustro jak baran z prawą ręką ciągle w górze, bo na paznokciu prawej ręki zwisał mi glutostrup.
Wymamrotałam do rodziców, że to tylko lekki krwotok z nosa i że już idę się ogarnąć. Przyjęli to z ulgą i czmychnęli do kuchni, a ja poszłam do łazienki jednocześnie zafascynowana, jak i zszokowana tym, co się stało.
PS Nie pytajcie o losy glutostrupa.
Dodaj anonimowe wyznanie