#W7W2r

W zeszły weekend byłem w Niemczech na Nürburgrinu (taki tor wyścigowy). Miał tam miejsce event organizowany przez team z Formuły 1, a główną „atrakcją” miał być były kierowca i mój wieloletni idol, Sebastian Vettel.
Od miesięcy czekałem z nadzieją na to, że faktycznie go spotkam, a może nawet uda mi się zamienić z nim słowo, kto wie?
Jakimś cudem stałem w idealnym miejscu, na przodzie tłumu, tuż przy chodniku, po którym poruszali się kierowcy... Niestety nic to nie dało. Mój idol po prostu przeszedł koło mnie, podchodząc do ludzi dookoła, omijając mnie i innych stojących obok trzykrotnie, pomimo próśb o sekundę jego czasu.
Nie mam mu tego w żadnym wypadku za złe, dalej jest moim idolem, rozumiem doskonale, że nie byłby w stanie podejść do wszystkich. Ale jednak bardzo mi z tego powodu przykro.

#X6AyF

Sekretarka, lat 40, poszła na urlop. Przekazała ulubienicy dyrektora, lat 23 (dziewczyna na umowie o pracę okresowej), klucze do sekretariatu i szaf, by dziewczyna miała dostęp do pieczątek i dokumentów. Klucze przekazała, mając za świadka inną pracownicę. Ulubienica klucze przyjęła bez żadnego komentarza. 
Okres przedświąteczny, nasza bohaterka miała w planach tradycyjne, świąteczne porządki. Myła właśnie okno, gdy zadzwonił telefon. Dyrektor. Z pretensjami, że w sekretariacie nikogo nie ma. Nie ma? – zdziwiła się sekretarka. Przecież zostawiłam klucze Oli, miała siedzieć w zastępstwie. Ola twierdzi, że nic nie wie – usłyszała sekretarka. Nie wie? Zapytaj Ani, była przy tym, jak dawałam Oli klucze i powiedziałam, że idę od jutra na urlop. Wiesz co? powiedziała dyrektorowi – skończę to okno i przyjadę do firmy. Usiądziemy sobie w trójkę, porozmawiamy... Ale ja mam za godzinę spotkanie – powiedział dyrektor. A ja mam urlop i okno do skończenia, a z powodu fochów, przepraszam: nieprofesjonalnego zachowania młodego pracownika, muszę jechać do firmy. 
Przyjechała za godzinę, dyrektor zdołał przesunąć swoje spotkanie. W gabinecie usiedli w trójkę. Ola zaczęła pokrzykiwać podniesionym głosem, że ona ma swoją pracę, a zastępowanie sekretarki nie widnieje w jej zakresie obowiązków. Poza tym ona wcale nie chciała iść na zastępstwo, nie lubi siedzieć w sekretariacie, bo musi odbierać wszystkie telefony (centralka była w sekretariacie) i musi dyrektorowi i jego gościom robić kawę.
Sekretarka właściwie już nic nie musiała mówić. Ola momentalnie przestała być ulubienicą dyrektora. Zebrała porządny ochrzan za brak postawy koleżeńskiej i grania w zespole. Dostała nakaz siedzenia w sekretariacie do końca urlopu sekretarki. Ale Ola następnego dnia poszła na chorobowe i w sekretariacie usiadła inna osoba. 
I była niezwykle zdziwiona, że jej umowa o pracę nie została przedłużona.

#vBIpv

Muszę się tym podzielić. Przyszły wyniki ze szpitala i okazało się, że wygrałam z białaczką! Nawet nie wiecie, jak bardzo się cieszę. Walka z chorobą była tym lepsza, że miałam bardzo dużo wsparcia, też od Was, drogie Anonimki, bo wstawiłam tu kilka swoich wyznań i za każdym razem bardzo podnosiliście mnie na duchu. Dziękuję Wam wszystkim. Pamiętajcie, żeby nigdy nie tracić nadziei, nawet w najtrudniejszych chwilach.

#xbXSF

Mając ok. 11-12 lat, obejrzałam bajkę, w której wśród zimowej scenerii jakaś postać wywróciła się na lodowisku i przez przypadek dotknęła językiem zamarzniętej wody.
Bawiło mnie to i chciałam sprawdzić, czy to naprawdę tak wygląda.
Pewnego dnia (podczas zimy) mama wysłała mnie na dwór z dywanem i trzepaczką. Trzepak był zaraz pod moim domem, więc nie miałam daleko. Był już wieczór, ale mama się uparła, bo następnego dnia mieli przyjechać goście. Kiedy rozejrzałam się dookoła i nie zobaczyłam żadnej żywej duszy, dotknęłam językiem zamarzniętego trzepaka. Zorientowałam się, że nie mogę go odczepić. Zaczęłam więc płakać i krzyczeć o pomoc. Musiało to śmiesznie wyglądać z perspektywy z osoby trzeciej, bo brzmiało to mniej więcej tak: „Pomooossyyy, rathunkuuu!!!”. Nadzieja się narodziła, gdy zobaczyłam swojego sąsiada wychodzącego z domu. Zaczęłam krzyczeć jeszcze głośniej, ale mnie nie usłyszał. Nie pozostało mi nic innego jak „odgryźć” język od trzepaka. Z zakrwawioną buzią pobiegłam do domu. Moja mama chciała już wzywać karetkę, ale sytuacja nie była na tyle groźna, abym tego potrzebowała.
Do dzisiaj (a minęło ok. 6-7 lat od tej sytuacji) moja mama śmieje się z tej sytuacji, którą ja wspominam bardzo boleśnie. Ostatnio, gdy byli u mnie w domu sąsiedzi na kawie, moja mama postanowiła opowiedzieć tę jakże śmieszną historię.
Sąsiad powiedział, że to pamięta, nie wiedział kto był tym nieszczęśnikiem, ale podobno pobiegł po ciepłą wodę, tylko że gdy już wyszedł z nią na dwór, nikogo tam nie było, a na trzepaku znalazł tylko kawałek skóry z języka.

#IRuhp

Moim największym marzeniem w dzieciństwie były drzwi do pokoju. Zupełnie nie wiem dlaczego, ale nigdy ich nie było. Jedyne drzwi były do łazienki, ale i one dawały jedynie trochę prywatności, bo połowę ich wielkości zajmowała szyba, której nikt nigdy nie zasłonił choćby kawałkiem firanki. Kiedy byłam całkiem mała, jakoś mi to nie przeszkadzało, jednak kiedy po raz pierwszy odwiedziły mnie koleżanki i zaczęły zadawać pytania „dlaczego nie masz drzwi do pokoju, nie wstydzisz się przebierać tak na widoku, nie boisz się, że ktoś zobaczy cię w wannie?”, zrobiło mi się strasznie głupio. Kilka razy spytałam rodziców, czemu właściwie nie mamy drzwi w pokojach, ale albo mnie zbywali, albo twierdzili, że nikomu nie jest to potrzebne do szczęścia. Później wstydziłam się do siebie zaprosić koleżanki ze szkoły, bo bałam się, że znowu będę musiała odpowiadać na krępujące pytania dotyczące prywatności.

Kiedy weszłam w wiek dojrzewania, brak drzwi zaczął mi mocno przeszkadzać. Nie chciałam przebierać się i ryzykować, że akurat ktoś będzie przechodził obok, co moim rodzicom i mieszkającej wtedy z nami babci zdarzało się średnio co kilka minut, więc tuż nad wejściem do pokoju zawiesiłam kawałek grubej i ciemnej zasłony. Mamie ten pomysł bardzo się nie spodobał i zaraz ściągnęła zasłonę. Później kilkukrotnie próbowałam jakoś ukryć wejście do pokoju, ale skutek był zawsze ten sam – rodzice uważali, że wymyślam i pozbawiali mnie prywatności. Tłumaczyłam im, że wszystkie moje koleżanki mają drzwi i zapewnioną intymność, że w drzwiach do łazienki nie ma metrowej szyby i jest zamek, ale to wszystko na nic. Zupełnie jakby uważali, że rodzina nie powinna mieć przed sobą tajemnic. Nie wspomnę, ile razy ktoś z rodziny korzystał z łazienki przy otwartych drzwiach albo wchodził do mojego pokoju, gdy próbowałam się uczyć, rozmawiać przez telefon czy po prostu przebrać w piżamę. By odrobić lekcje albo przygotować się na sprawdzian, musiałam chodzić do biblioteki, bo w domu przez cały czas chodził telewizor, grało radio albo ktoś wchodził mi do pokoju z jakąś błahostką.

To wszystko sprawiło, że byłam ciągle znerwicowana, nie umiałam się uspokoić, a brak prywatności sprawił, że bardzo wstydziłam się siebie i swojego ciała. Wiele razy, gdy przebierałam się w pokoju lub łazience, rodzice wchodzili sobie wtedy na luzie i mówili ze śmiechem, że mam trochę tłuszczyku na bioderkach, że mi rosną włoski, że ktoś powinien kupić sobie nowy stanik. Kilka razy palnęli takimi tekstami przy rodzinie, która nas odwiedzała i chciałam się wtedy zapaść pod ziemię. A oni? Byli wręcz dumni, że tak dobrze się znamy, a nie jak moi głupi kuzyni, każdy zamknięty w swoim pokoju.

Wyjazd na studia przyjęłam wręcz jako błogosławieństwo. Od wyprowadzki odwiedziłam rodziców może ze trzy razy i jakoś nie żałuję.

#cmnwi

Muszę uczciwie przyznać, że nie jestem dobrym kierowcą. Z reguły trzymam się prawego pasa i jestem przysłowiową „babą za kółkiem”. Mojej dzisiejszej historii nie zrozumieją pewnie dobrzy kierowcy, ale ja przeżyłam chwile grozy.

Wracając z pracy, przejeżdżam przez dwupasmową drogę kończącą się dwupasmowym rondem. Z reguły jak na mnie przystało, trzymam się prawego pasa. Dzisiaj widząc dziadka za kierownicą, który jechał nawet wolniej niż ja, postanowiłam go wyprzedzić. Moje szaleństwo na lewym pasie skończyło się w momencie, gdy całe towarzystwo na jezdni zobaczyło stojący obok patrol policji i zwolniło. Nie zdążyłam wyprzedzić dziadka i dojechałam do ronda na lewym pasie...
Opisane przeze mnie miejsce jest bardzo ruchliwe. Po wjechaniu z lewego pasa na środek ronda nie potrafiłam z niego zjechać. Nikt mnie nie chciał wpuścić. Kręciłam się w kółko i kółko, nie mogąc się zatrzymać, by nie tamować ruchu. Jak dla mnie przeżycie jak z horroru.
Po przejechaniu kilkunastu okrążeń w chwilowym zatorze samochodowym, udało mi się zjechać z tego strasznego miejsca.

Gdy widzicie zrozpaczoną kobietę jeżdżącą w kółko ronda – ustąpcie jej pierwszeństwa, bo może już tam jeździ od kilku godzin :)

#aee5c

Ostatnio byłam ze znajomymi na grillu. Gdy pochyliłam się nad kiełbaskami na ruszcie, to zachciało mi się kichać. Niestety nie zdążyłam się odsunąć. Przy kichnięciu tak mnie zgięło, że przywaliłam z całej siły twarzą w grilla. A gdy rzuciłam się z wrzaskiem do tyłu, to wpadłam na koleżankę.
Ona skręciła kostkę, ja mam kratkę na ryju i pęknięte dwa żebra. Chyba pora zainwestować w lepsze ubezpieczenie na życie.

#fpmIY

Zmiana władzy w oddziale firmy. Chwilowo brak dyrektora, obowiązki pełnią osoby z sąsiedniego oddziału. Ciekawe, że jest to siostrzeniec z ciocią. Pracownica położyła im do podpisu rachunki do umów-zleceń (czynności inne niż te z umowy o pracę, kwota symboliczna). Gość odsyła do cioci, bo on nie ma jeszcze pełnomocnictwa. Ciocia odsyła do siostrzeńca, bo to on jest p.o. dyrektora. Ludzie bez wypłaty, bo nie ma komu podpisać rachunków. Zarządzający każą czekać na regionalnego. Regionalny przybywa i... odmawia podpisania rachunków, bo przecież są osoby wskazane do zatwierdzania rachunków i faktur. Więc kobitka znów wędruje do pełniącego obowiązki pana, on wysyła do cioci, ciocia wysyła do siostrzeńca... Ta historia powtarza się co dwa-trzy dni. Teczka -> ciocia -> p.o. dyrektora -> ciocia-> p.o. dyrektora -> czekać na regionalnego, teczka wraca do szafy. Widać, że ciocia z siostrzeńcem świetnie się bawią. Kobieta czuje się jak ping-pong. Po trzech tygodniach jedna z osób skarży się na naradzie z p.o. dyrektora, że nie dostała przelewu. Nasza znajoma została wezwana na dywanik do p.o. dyrektora. Zarzut? Zgubiła rachunki, które p.o. już dawno mógł podpisać, bo przecież dwa tygodnie temu dostał pełnomocnictwo. Kobieta otwiera swój kalendarz i podaje daty, kiedy podstawiała rachunki do podpisu wraz z argumentacją, jaką słyszała za każdym razem. Mówi spokojnie, wyjaśnia, podaje fakty. Co słyszy? Że jest bezczelna, źle wykonuje swoją pracę, rachunki odtworzyła, bo przecież zgubiła je dwa tygodnie temu i ma je przynieść natychmiast, bo trzeba ludziom przelać pieniądze. I jeśli jeszcze raz zgubi rachunki, to zobaczy, bo jego, jako p.o. dyrektora, stawia w niekorzystnym świetle.

#nFgPE

Czy komputer może przeszkadzać w pracy? Niektórym tak! Jestem młodą osobą i wbrew temu, co myślą stereotypowo niektórzy dużo starsi ode mnie, nie lubię informatyki i się na niej nie znam. Przeglądam ten jakże ciekawy serwis i kilka innych, robię przelewy internetowe, wyszukuję informacje, korzystam z maila i jednego portalu społecznościowego, umiem wysłać skan i korzystać z Worda, oglądam filmy, ale to by było z grubsza na tyle, co robię w życiu prywatnym przy użyciu komputera. Nic nie denerwuje mnie bardziej niż niedziałający sprzęt, którego nie umiem naprawić, gdy nie wiem, jak coś zrobić, albo gdy coś mi się przestawi. Jeśli chodzi o obsługę różnych programów, często czuję się tępa, choć przez całe moje dotychczasowe życie byłam uważana za mądrą i inteligentną. Co pójdę do nowej pracy, to muszę uczyć się obsługi nowego programu. Pracuję w wyuczonym zawodzie, ale na studiach nie uczyli nas tych programów. Na pierwszym semestrze była informatyka, ale uczono nas np. Excela, a nie tego, na czym teraz pracujemy. W jednym zakładzie pracy pewną czynność można było wykonywać z użyciem komputera lub bez niego, w wersji papierowej. Zawsze wybierałam tę drugą formę. Raz pracowałam poza moją branżą, w państwówce, to notorycznie nie działała drukarka, Internet zamulał, musiałam rozdrabniać się, wysyłając elektronicznie wiadomości na różne sposoby, co zajmowało dużo czasu. Kiedy zrobiła się awaria na pół dnia i nie było Internetu, mogłam wreszcie skupić się na innych obowiązkach. W jeszcze innym miejscu pracy szefowa miała pretensje do mnie i do mojego kolegi z pracy, że nie umiemy naprawić drukarki, a przecież jesteśmy młodzi (!). „Młody” nie znaczy „informatyk”. Często czuję, że nie radzę sobie z tymi programami w pracy. Nauka idzie mi bardzo wolno, to już bym wolała nauczyć się języków obcych od podstaw. Czasem mówię osobom z rodziny, które są dużo starsze, że mają fajnie, bo za ich czasów w pracy nie było komputerów. 
Aha, nauka obsługi nowej komórki też mnie denerwuje. Lubię mieć taką z Internetem, ale marzę o tym, by móc korzystać z jednej komórki przez całe życie. Łatwo, wygodnie i ekologicznie.

#hKGhi

Studia zaoczne. Drugi rok. Uczę się, zaliczam kolokwia i egzaminy i okazuje się, że mam możliwość uzyskać stypendium za wyniki w nauce. Koleżanka, wówczas bliska, ma średnią o jedną dziesiątą niższą ode mnie. Czyli ja mam 4,7, a ona 4,6. Ponieważ mamy sporo zdolnych ludzi na uczelni, to okazuje się, że aby otrzymać stypendium, trzeba mieć jednak to 4,7. Koleżanka idzie do kwestury, a nawet trafia do kanclerza, aby złożyć zażalenie, że do stypendium wprawdzie potrzeba 4,7, ale ona jest inteligentna, zdolna i błyskotliwa i jej się również należy stypendium, skoro ja to stypendium otrzymałam. Tak... Należy jej się stypendium, bo koleżanka dostała, a ona nie... 
Najlepsze, że na bieżąco relacjonowała mi swoje wyprawy do dziekanatu, kwestury, kanclerza, opowiadając wszystko. Nawet to, że przecież jest mądrzejsza ode mnie i to jej się to stypendium należy.
Dodaj anonimowe wyznanie