#T2372

Bądź dorosły, idź do pracy - mówili. Nie będzie dziecinady jak w szkole - obiecywali.

Kierownik dupek (nie lubił mnie, bo dużo podróżowałem, a on siedział uwiązany na sznurku). Zwolnił mnie z pracy za pomocą firmowego chatu na kanale widocznym dla wszystkich pracowników i klientów. No zagrywka na poziomie, nie powiem. Szkoda, że na poziomie podstawówki.

#xdbWH

Jestem jedną z ofiar naszej wspaniałej służby zdrowia.
Pięć lat temu doznałam urazu nadgarstka. Niby nic wielkiego, bolało, ale myślałam, że przejdzie jednak ból przybierał na sile. Wybrałam się do lekarza. Lekarz pomacał, kazał odciążyć i to tyle. Wtedy jeszcze zajmowałam się tańcem. Stroniłam od ćwiczeń na rękach, a także w domu starałam się używać jej jak najmniej. Nic nie dało, więc kolejna wizyta u lekarza, tym razem skierowanie na rentgen. Zdjęcie nic nie wykazało, wiec dalej kazał odciążać. Zmieniłam lekarza. Zrobił mi USG, a następnie zlecił rezonans, po którym okazało się, że mam gangliona. Przyszłam z wynikiem do lekarza, ten pomacał i stwierdził, że nic takiego nie ma.
Olałam to. Kupiłam ortezę i gdy tylko ból dawał się we znaki zakładałam ją. Po trzech latach spróbowałam ponownie, bo ból był już nie do zniesienia. Znów inny lekarz. Dostałam skierowanie na zabiegi, a następnie na kolejny rezonans. Okazało się, że ganglion już dawno wsiąkł. Bolało, ponieważ kciuk prawie wylatywał ze stawu, a wszystko co w nadgarstku powinno się ruszać jest nieruchome. Lekarz nie wie co dalej robić, rozważano nawet opcję amputacji, bo nadgarstek jest po prostu do niczego.

Mam 20 lat, a zaczęło się jak miałam 15. Prawdopodobnie skończę bez dłoni co uniemożliwi mi wykonywanie zawodu.

#P79WO

Hipokryzja w postaci czystej, wersja damska.

Jestem w szczęśliwym związku od 10 lat. W szeroko rozumianym gronie naszych znajomych jest sporo par z dziećmi. Zwykle oboje rodziców zajmuje się nimi, z lekką przewagą kobiet. W kilku przypadkach kobieta zrezygnowała z pracy zawodowej na rzecz opieki nad potomstwem. Ogólnie oba modele są akceptowane, przy czym kobiety ciągle podkreślają, jak męcząca i zajmująca jest opieka nad maluchami. Przeliczanie tego na odpowiednik pracy zawodowej itd.. Zasadniczo zgadzam się z tym, choć moim zdaniem jest to praca stosunkowo prosta i nie męcząca na tyle, aby robić z siebie bohatera.
Pewnego razu moja żona stwierdziła dość zaskakująco dla mnie, że chce mieć dziecko. Im szybciej, tym lepiej. Ot, taki nagły, a ostry atak instynktu zachowania gatunku. Dziecko było już od dawna moim życzeniem, więc chętnie zaangażowałem się w jego realizację. Po udanym doprowadzeniu projektu do fazy końcowej, główna projektantka przekazała gotowy produkt w moje ręce. Wróciła do pracy i kontynuowała świetnie idącą karierę, przynoszącą dochody w wysokości 3-4 średnich krajowych plus nieregularne, acz wysokie premie.
Ja zasadniczo kontynuowałem mój przewód doktorski, choć wyraźnie wolniej ze względu na nowe obowiązki wobec nowego członka rodziny. Model ten ustaliliśmy na wczesnym etapie projektu i spełnił on wszelkie pokładane w nim nadzieje i oczekiwania. Miał jednak mały efekt uboczny – sporo osób nie było w stanie wykazać dla niego zrozumienia. Szczególnie kobiety. Jak on może kazać dziewczynie harować i płacić za wszystko, a samemu siedzieć leniwie na dupie i bawić się z dzieckiem? Usłyszeć taki tekst od babek, które wcześniej wykazywały własny heroizm, robiąc ok. 50-70% tego co ja, było dość specyficznym przeżyciem. Jako mężczyznę stać mnie na więcej? Jeśli miałoby tak być, jak to się ma do równości płci? Czyżby facet być nim przestawał, jeśli przejmie historycznie tradycyjne obowiązki kobiety? A jeśli już to zrobi, to ma siedzieć cicho i się ukrywać?
Wszystko ma jednak swoje plusy, moja żona mocno zredukowała liczbę osób, z którymi chce się spotykać i dzięki temu ma więcej czasu dla mnie. No, właściwie dla nas.

#7I8TC

Nie lubię ludzi. Tak ogólnie. Uważam większość za głupawe, wredne i prymitywne stworzenia, niezależnie od płci, wieku czy pochodzenia. W związku z tym praca w jednym z oddziałów dużej firmy nie dawała mi dużych szans na znaczący awans. Gierki personalne brzydzą mnie, nie wazelinuję przełożonych, nie wchodzę z nikim w żadne układy.
Na początku paniki covidowej, po rozśrodkowaniu wszystkich do home office, pojawił się poważny problem. Nasz oddział jako mały, więc mało ważny w strukturach, utracił prawie całą kadrę kierowniczą. Część ze względów zdrowotnych, część została oddelegowana do łatania dziur w innych oddziałach. Jakiś big boss zza oceanu rzucił kostką i tak trafiło na mnie. Zostałem mianowany pełniącym obowiązki szefa oddziału.
Nominację przyjąłem, ponieważ była intratna, a spotkania odbywały się w trybie online. Szybko podzieliłem zespoły na nowo i rozdzieliłem zadania, których postęp był omawiany raz w tygodniu. Na konferencjach bezwzględnie ucinałem głos męczydupom, dopuszczając jedynie merytoryczne wypowiedzi. Dzięki temu były one krótkie i konkretne. Wichrzyciele dostawali naganę. Trzecia nagana oznaczała zwolnienie z pracy. Zarazem nie interesowało mnie kto, gdzie i kiedy pracuje, jeśli tej pracy było widać wymierne efekty.
Zaowocowało to nadspodziewanie szybko. Efektywność wykonywania zadań wzrosła znacząco. Oddział oscylujący w okolicach zera zaczął przynosić zauważalne zyski.
Podwładni, początkowo nienawidzący mnie całym sercem, nieco zmienili zdanie, gdy doszło do wypłaty premii. Niektórzy nawet mocno, gdy okazało się, że przekazując pomysły na usprawnienia, nie przypisuję sobie ich autorstwa.
Wszystko co dobre kończy się jednak dość szybko. Przyszedł odgórny nakaz, aby wrócić do biur i poddać się staremu drylowi. Większość pracowników w ciągu krótkiego czasu wróciła w tryb korposzczurów, podgryzając się nawzajem.
To było dla mnie nie do pojęcia. Zasmakować wolności i zadowolenia z tego co się robi, a później oddać to bez słowa sprzeciwu?
Ludzie chyba chcą być niewolnikami i czuć but na karku. Ja odmówiłem tego trybu pracy. Zwolniłem się za porozumieniem stron i założywszy działalność gospodarczą, zaoferowałem swoje usługi jako wolny strzelec. Również konkurencji. Podobnie zrobiło kilku byłych współpracowników i pomagamy sobie nawzajem. Zarabiamy teraz 3-4 razy więcej niż poprzednio, spokojnie i bez intryg, bez niesnasek, bez wyścigu szczurów.
Introwertyzm może również pomóc w życiu.

#LN6th

Czytałam tu ostatnio wyznanie o mizofonii, wyznanie dotyczyło dźwięków wydawanych przy pocałunkach. Chciałabym dodać coś od siebie.

Na początku delikatnie. Pewnie niejedna osoba również to ma.
A mianowicie, nienawidzę jeść w towarzystwie osób, które mlaszczą, jedzą z otwartą buzią. Doprowadza mnie to do szaleństwa. Nie potrafię powiedzieć komuś, żeby "jadł ciszej", ale tez nie zrezygnuję z rodzinnych posiłków.

Lepsza część.
Znacie ten odgłos wydawany czasami przez wiadome narządy, podczas wiadomo czego?
Tak mnie to irytuje, że w momencie największego uniesienia, gdy usłyszę ten dźwięk, nie jestem w stanie ponownie się skupić na przyjemności, którą 30 sekund wcześniej czerpałam. Najczęściej wtedy imituję, udaję finał.

Wystarczająco anonimowe?

#dZdaV

Dawno temu, za czasów podstawówki, miałam dwie koleżanki. Kiedy do siebie przychodziłyśmy, np. w celu wspólnej zabawy, często siedziałyśmy razem w swoich szafach - nazywając to trumnami. W szkole też umawiałyśmy się na "siedzenie w trumnie"
Nie bawiłyśmy się w żadne pogrzeby, najczęściej śpiewałyśmy tam Lady Gagę.
Nie wiem, co miałyśmy w głowach ani skąd nam się to wzięło xD

#ihqxX

Mam ogromny strach przed wszelkimi pająkami, od tych najmniejszych, których prawie nie widać do tych, co są ogromne jak talerz obiadowy. Od tych najmniejszych zachowuję odpowiedni odstęp, przynajmniej 2 metry. Tych większych nawet nie będę komentował.

Ale w szkole potrafię wziąć pająka na rękę i z nim chodzić. Nieważne czy to zwykły pająk czy jakiś specjalny egzotyczny okaz.
Pamiętam, że gdy do naszej szkoły przyjechał gość od terrarystyki z jakimś ogromnym, włochatym pająkiem, zgłosiłem się pierwszy na ochotnika by wziąć go na rękę. Tak, nagle cały mój strach minął.
I podołałem zadaniu.
A w mieszkaniu, gdy tylko zobaczę pająka, który jest większy niż moneta 5 zł, chce mi się płakać i uciekać jak najdalej.

Pie**olona arachnofobia, albo nie. Nie wiem już czy jednak się ich boję czy nie :')

#CJ2Ln

Pewnego dnia szedłem sobie wieczorem deptakiem, wymijał mnie jakiś gościu z dziewczyną. Niski typ, około 30 lat i masywny, ale większość tej masy to był tłuszcz. I po prostu tak ni z gruchy, ni z pietruchy, bez absolutnie żadnego powodu potrącił mnie z bara. I tu was zaskoczę – nie biliśmy się. Nawet nie powiedziałem do niego żadnego słowa, tylko wymieniliśmy gniewne spojrzenia i poszliśmy w swoją stronę. On oddalił się ze swoją dziewczyną i zaczął coś przy niej po cichu biadolić. Nie wiedziałem, czy się śmiać czy płakać. Rozumiem takie durne zaczepki w podstawówce, ale żeby dorośli ludzie się tak zachowywali? Gościu pewnie myślał, że dam się sprowokować, ale był w błędzie! Tysiące lat ewolucji sprawiły, że mimo pochodzenia od małp nie zachowujemy się tak jak one. Uliczna bijatyka jest najgorszą i ostateczną opcją. Jeśli jest jakiś cień szansy uniknięcia jej, to koniecznie trzeba to zrobić. Zresztą skąd pewność, czy po stronie bara, z którego mnie potrącił, nie mógł mieć czasem kosy w kieszeni? Z drugiej strony idę o zakład, że gdyby sprowokował kogoś większego, napakowanego, bardziej nerwowego, to z typa byłby taki fighter jak z koziej d*** trąba. Naoglądał się kozaczek teledysków z amerykańskimi raperami i próbuje być czarniejszy od nich. Zakompleksiony leszczu, który chciał zaszpanować przed laską, a tak naprawdę robił z siebie debila.

Życzę każdemu takiemu pseudokozaczkowi, żeby trafił na gościa, który czegoś takiego nie popuści, złapie za fraki i rzuci nim o glebę. Może wtedy tacy zrozumieją, że nie opłaca się zgrywać madafakera niczym Trevor z GTA.

#GUz5z

Matylda jest moim pierwszym dzieckiem. Urodziła się 12 lat temu, a zajście w ciążę nie stanowiło problemu i nie trwało długo. Od zawsze marzyłam o dwójce dzieci, więc po 2 latach zaczęliśmy z mężem starania o drugie dziecko. Niestety trwało to o wiele dłużej niż w przypadku Matyldy, a ani ja, ani mój mąż nie wiedzieliśmy co jest grane. Poszłam więc do lekarza, który to oznajmił, że przy pierwszej ciąży były pewne komplikacje, o których nawet nie wiedziałam, które nie stanowiły zagrożenia dla pierwszej ciąży, ale uniemożliwiają zajście w kolejne. Moje serce pękło na 1000 kawałków. Byłam bardzo zrozpaczona. Po kilku miesiącach doszliśmy z mężem do wniosku, że zaadoptujemy dziecko. Zdecydowaliśmy się na to dopiero wtedy, gdy oboje byliśmy w 100% pewni, że tego chcemy. 
Krzyś ma obecnie 10 lat. Jest niesamowicie kulturalnym, ambitnym i skromnym chłopcem. No lubię dzieciaka. Problem w tym, że nie potrafię go kochać… Po prostu nie umiem kochać zaadoptowanego dziecka. Staram się tego nie pokazywać (i póki co mi się to udaje), ale w głębi duszy nie umiem go kochać. Uwielbiam dzieciaka, nie wyobrażam sobie bez niego życia, jesteśmy bardzo zżyci i uwielbiamy spędzać ze sobą czas. Ja po prostu nie potrafię go kochać. Nie czuję do niego tej samej miłości co do Matyldy, pomimo tego, że traktuję ich równo. Nie umiem.
Dodaj anonimowe wyznanie