Można zazdrościć ludziom różnych rzeczy. Jedni zazdroszczą pieniędzy, inni urody, a ja zazdrościłam kuzynce tego, że... nie ma ojca. Po prostu jej rodzice rozeszli się, gdy była bardzo mała. Odkąd zaczęłam zauważać, że w moim domu są problemy, uważałam, że kuzynka ma fajnie, bo nie ma ojca i ma w domu spokój. Może to nie zazdrość w czystej postaci, ale chciałam mieć tak, jak miała ona. Cieszę się, że moje marzenie spełniło się w dorosłości.
Będąc 9-letnim chłopcem, lubiłem zabawy w miejscach publicznych, angażujące obcych ludzi. Jedną z nich był pojedynek na gapienie – kto pierwszy spuścił wzrok, ten przegrywał. No i jednego dnia poszedłem z rodzicami do kościoła. Tam podjąłem decyzję o rozpoczęciu zabawy. Po pokonaniu kilku moherowych beretów, obrałem nowy cel, mianowicie księdza (nie tego prowadzącego mszę, tylko gościa, co sobie siedzi z tyłu i nic nie robi). Załapałem z nim kontakt wzrokowy i trzymałem oczy wlepione w jego twarz. Ksiądz chyba załapał o co mi chodzi, bo jego wzrok także utkwił na mnie. Siedzieliśmy tak dobre 10 minut, co chwila robiąc dziwne miny i machając rękami, aby odwrócić uwagę przeciwnika.
Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, ot, zabawna historia z dzieciństwa, gdyby nie to, że przez naszą grę ksiądz nie zauważył faktu, że ministrant wywrócił jedną z kościelnych świec prosto pod jego krzesło... W ten sposób ksiądz skończył z oparzeniami na nogach.
Ale przynajmniej wygrał, bo ja skupiłem się już na jego płonącej sutannie.
W tym roku nie złożyłem dziadkowi życzeń na Dzień Dziadka, po czym pomyślałem, że nic się nie stało, że złożę je mu za rok. Ale dziadek właśnie umarł. Nawet sobie nie wyobrażacie, jak ogromne mam teraz wyrzuty sumienia.
Od początku związku mojego brata on i jego partnerka przyjeżdżali do nas z wizytą. Przed ślubem, po ślubie, w ciąży i po urodzeniu dzieci. Również w czasie, kiedy studiowałam zaocznie i miałam wolne tylko kilka weekendów w ciągu roku akademickiego. Kilka razy próbowaliśmy się „wprosić” do nich, ale zawsze coś wypadało i... finalnie lądowali u nas.
Kiedy kolejny raz ona napisała, czy spotkamy się w weekend, odpisałam „Świetnie, o której mamy przyjechać do Was i co przywieźć?”. W odpowiedzi otrzymałam SMS-a, że jak przyjedziemy do nich, to ona wyjdzie z domu, bo ona wybierała się w gości, a nie przyjmować gości.
Nie pojechaliśmy. A oni od tego pamiętnego SMS-a bywają u nas tylko z okazji imprez rodzinnych.
Po ślubie zamieszkaliśmy razem z mężem w jego domu rodzinnym, który był podzielony na kilka części i w każdej mieszkał ktoś z jego rodziny. W naszej części domu mieszkała też babcia i dziadek mojego męża. Dzieliliśmy z nimi kuchnię i łazienkę. Na początku było całkiem znośnie, po prostu każdy zajmował się swoimi sprawami, pracą, hobby itp., z czasem babcia coraz bardziej zaczynała grać mi na nerwach. Nie była ona miłą osóbką i coraz częściej krytykowała wszystko co robię, do tego uważała, że tylko ona ma we wszystkim rację plus jeszcze dodajmy jej fanatyzm na punkcie pewnej partii politycznej, której przewodzi kawaler z kotem. Byłam nieraz świadkiem, jak bardzo źle traktuje dziadka, wyzywa o byle co i krytykuje. Dowiedziałam się też, że jej własne dzieci nigdy nie lubiły swojej matki, jak to powiedział mój teść – „matka zawsze była wredna”. Po krótkim czasie od mojego wprowadzenia dziadek męża zmarł i wtedy babcia zaczynała się robić jeszcze bardziej nie do zniesienia. Na porządku dziennym było niesprzątanie po sobie, robienie strasznego sajgonu w toalecie i kuchni. Nie chcieliśmy z mężem się wyprowadzać, więc jeden pokój przerobiliśmy na kuchnię. Odetchnęłam z ulgą, gdy w końcu mogłam spokojnie przygotować posiłek i nie musiałam myć ponownie „umytych” przez babcię w brudnej wodzie po pierogach noży i widelców. Żyliśmy sobie tak, a babcia z każdym miesiącem coraz bardziej się zmieniała i powoli zaczynał się koszmar. Babcia zaczęła dużo zapominać, waliła do nas do drzwi po nocach i sama nie wiedziała co chciała, zachowywała się agresywnie, coraz częściej nas wyzywała i obwiniała o kradzieże, myliła nas z innymi ludźmi, załatwiała się poza ubikacją, przestała się myć i w całym domu był bardzo brzydki zapach. Domyśliłam się, że to musi być choroba Alzheimera. Najgorsze w tym wszystkim było to, że rodzina, która mieszkała z nami, ale w drugiej części domu, m.in. jej synowie, nic sobie z tego nie robili. Olewali ją i olewali nas. Mówili, że przesadzamy, że ona jest po prostu stara, że jaki tam Alzheimer, że po co do psychiatry. Nie obchodziło ich, że muszę codziennie babrać się w jej odchodach w toalecie, że nie mogę nikogo zaprosić do domu, że jestem wyzywana od najgorszych za nic i że nie mogę w spokoju się wykąpać, bo ona próbuje mi wyrwać drzwi od toalety.
Moja katorga trwała 3 lata. Miesiąc temu babcia złamała nogę w taki sposób, że nie będzie już chodzić i jest leżąca. Nigdy nie cieszyłam się z czyjegoś nieszczęścia, ale w tym przypadku czułam się jak nowo narodzona. Skończyła się moja męka. A do rodziny karma wróciła. Teraz oni muszą się babrać w odchodach, zmieniając pampersy (często słyszę, jak wyzywają), a próbowali mnie do tego zaciągnąć... Do tego babcia leży w pokoju, który jest pod pokojem jej syna i często całą noc wali mu w sufit, że on nie może spać. Nigdy więcej.
Mam 24 lata i nienawidzę swojej rodziny. Każdy powtarza, że to więzy krwi i powinnam ich kochać mimo wszystko. Nie zgadzam się z tym. Są paskudni. Jeszcze do 7 roku życia myślałam, że wszystko jest normalne, kochałam święta i czas z rodziną. Potem zaczęło docierać do mnie, co się tak naprawdę dzieje. W ostatnim pokoju zawsze pili alkohol. I to litrami, a potem były awantury. I tak co roku. Co roku ta sama trauma. Przez to nienawidzę świat. Jest to czas dla mnie tak stresujący, że tylko płaczę i nic więcej. Dopóki mieszkałam w domu rodzinnym, to zawsze było tak, że wujkowie się upijali, a potem bili, w środku w nocy kopali w nasze drzwi, krzyczeli, awanturowali się. Tak było po KAŻDYM spotkaniu rodzinnym. Bez alkoholu nie widzieli i nie widzą spotkania. Dlatego z nikim nie utrzymuję kontaktu. Nawet z własnym ojcem. Wiem doskonale, że to nigdy się nie zmieni. Zawsze będą pili. Nie potrafią inaczej, a ja nie potrafię na to patrzeć. I nie chcę.
Jadę rano do pracy, tramwaj pełen ludzi, na jednym z przystanków wsiadła dość spora grupa ludzi z zespołem Downa. Tramwaj jedzie sobie dalej, cała ta ekipa stoi niedaleko mnie – najwyższy z nich stał obok mnie, był wyjątkowo cichy i spokojny. Tramwaj zatrzymuje się na przystanku i cała ekipa zaczyna wysiadać. Trochę się przy tym pogubili, narobili szumu i zauważyłam, że został tylko ten najwyższy, obok mnie. Był trochę oddalony od całej grupy. Pomyślałam sobie, że może nie zauważył reszty wysiadającej grupy i trzeba mu jakoś pomóc. Tak więc zbieram się w sobie i mówię do niego:
– Przepraszam, ale grupa, z którą pan jest, chyba właśnie wysiada.
On spojrzał na mnie skrzywiony i zupełnie normalnym głosem mówi:
– Ale ja nie jestem z nimi…
Okazało się, że facet wcale nie ma Downa. Nie wiem, kto poczuł się bardziej głupio, ja czy on.
Czy wiecie, że istnieje dobrze prosperujące polskojęzyczne forum, na którym opisuje się swoje łóżkowe przygody z prostytutkami i ocenia je? Z setkami, jeśli nie tysiącami użytkowników i dedykowanymi dla miast działami?
Ja dowiedziałam się niedawno, widząc wspomniane forum otwarte u swojego długoletniego partnera na kompie.
Jestem samotną matką, przez co jestem postrzegana przez sporą część społeczeństwa jako patologia i roszczeniowa kwoka. Wstyd mi, że dałam się zmanipulować jak dziecko facetowi, który przez kilka lat udawał ogarniętego, a jak pojawiło się dziecko, to zawinął wrotki i uciekł, umywając ręce od całkowitej odpowiedzialności, łącznie z płaceniem alimentów (uprzedzając komentarze o założeniu sprawy: alimenty są już prawnie przyklepane przez sąd, tylko gościu pracuje sobie na czarno i oficjalnie nie mieszka nigdzie, więc policja i sąd rozkładają ręce, że nie mogą go znaleźć).
Boję się, że jestem złą matką, bo nie poświęcam wystarczająco czasu własnemu dziecku przez zasuwanie jak wół w robocie na nadgodzinach, żeby na wszystko nam starczyło. Jak mówię, że chcę sobie kogoś znaleźć przez odczuwanie samotności, to słyszę komentarze, że mam się uspokoić i ogarnąć, bo mam malutkie dziecko i chłop nie jest mi potrzebny.
I serce mi pęka, że moje dziecko bardziej cieszy się na widok babci niż mój, bo przez moją pracę spędza z nią więcej czasu niż ze mną.
Podczas studiów byłam tak biedna, że dorabiając w restauracji, zabierałam resztki jedzenia od klientów, a szefowi mówiłam, że sąsiadka ma cztery koty i cienką rentę, więc to dla futrzaków.
Nie brzydziłam się. Jak po opłaceniu pokoju i materiałów na studia zostawało mi 30 zł, to nie mogłam się brzydzić.
Dodaj anonimowe wyznanie