Jak to czasami powraca wiara w ludzi...
Niedawno pracowałam w lodziarni. Typowo wakacyjna praca. Sytuacja działa się w sobotę. Było jeszcze dość wcześnie, więc zabrałam się za sprzątanie tarasu, ponieważ później nie miałabym czasu. Przyszło jakieś starsze małżeństwo z wnuczką zjeść lody i chwilę posiedzieć. I usłyszałam, że babcia mówi do dziecka, "patrz, wnusiu jak pani ciężko pracuje...". Ja mając w głowie przeczytanych kilka wyznań o tym, jak to trzeba uczyć się, żeby nie wylądować np. na kasie w supermarkecie byłam przygotowana na to, że i mnie taki nie wdzięczny los spotkał. Nic bardziej mylnego!
Babcia: - Widzisz, pani pewnie zarabia sobie na wakacje. Ty też kiedyś będziesz tak pracowała.
Dziewczynka lekko zdziwiona tym, co babcia powiedziała: - Tak?
Babcia: - No tak, także musisz się uczyć jak sprzątać, bo nie zawsze będziesz miała wakacje takie jak u nas, że ci wszystko fundujemy.
Dziewczynka troszkę jeszcze pomarudziła, ale w końcu przyznała babci rację. Tylko wizja posprzątania domu dziadków nie za bardzo do niej przemawiała ;) Państwo byli jednymi z najbardziej miłych klientów jakich miałam. Na koniec życzyli mi udanych wakacji, wszystkiego najlepszego. Dodali też, że jestem wspaniałą osobą, która tak potrafi o siebie zadbać. Poprawili mi humor na prawie cały dzień, który niestety zepsuł mi piekielny szef, ale chyba o tym powinno być inne wyznanie.
Mój kot ma dziwne upodobania, mianowicie wskakuje do wanny po czym miauczy, potrafi tak nawet 30 minut. W ten sposób zmusza mnie do odkręcenia wody, która tylko sobie płynie do odpływu, a kot siedzi i patrzy na nią. Ten mały gad tylko wtedy mruczy xd
Ostatnio śniło mi się, że mam męża i rodzę mu drugie dziecko.
Jestem facetem.
Mam takiego niezrównoważonego sąsiada, to taki typowy stary gbur, co to zawsze na wszystko narzeka i zawsze mówi, że w końcu cały ten świat pie**olnie, wszystko się zawali i że niczego nie warto robić i że wszystko nie ma sensu. Czasem jest też agresywny, a czasem lubi się napić, przy czym te dwie ostatnie rzeczy przeważnie idą w parze.
Ostatnio musiał być właśnie w takim "anger mode", bo jak wyszedłem z psem na spacer, to zaczął strzelać do mojego psa śrutem, krzycząc, że tylko srają te psy i że za każdego psa powinno się płacić 10 000 rocznie podatku. W każdym razie w psa na szczęście nie trafił, bo wtedy ja mógłbym dostać ze 20 lat za morderstwo tego społecznego menta. Sytuacja więc skończyła się tak, że pozdrawiam serdecznie anonimowych z SORu, gdzie czekam na wyjęcie śrutu z brody i ręki, kolejny przystanek: komisariat.
Wróciłem po trzech tygodniach urlopu do pracy. Moja pracownica spytała mnie, pewnie z grzeczności, jak tam było na wakacjach. Powiedziałem, że, he he, za krótko. Powiedziała, że potwierdza, zdecydowanie za krótko. Chyba nie jestem tak lubiany jak mi się wydawało.
Ostatnia sknera właściciel mieszkania, które wynajmowałem przez cały czas, robił mi pod górkę, bo chciał sam tu zamieszkać pomimo tego, że podpisał ze mną umowę. Jak w końcu zdecydowałem się wyprowadzić, to nawet nie chciał zwrócić mi kaucji.
To oczywiście wyegzekwowałem, ale z niekrytą radością podczas mojego ostatniego dnia w tym miejscu ogoliłem sobie pod prysznicem jaja skutecznie zatykając odpływ. Jest takim sknerą, że na bank sam to będzie wyciągał. Niech się bawi.
Sąsiad wybudował dzieciakom domek na drzewie, dwupiętrowy, wielki, sięgający okien mojej sypialni. Siedzi tam teraz ciągle z dzieciakami i co chwile wrzuca jakieś "dzień dobry sąsiedzie", "jak tam sąsiedzie".
Ostatnio igraszki z narzeczoną przerwały nam jakieś błyski w nasze okno, wychyliłem się półnagi zza zasłony, żeby usłyszeć "no hejka sąsiedzie, widzę, że znasz morse'a i reagujesz na s.o.s nadawany latarką, bardzo ładnie".
Przed moimi narodzinami rodzicom wiodło się ciężko. Mieli marzenia, ale nie mieli grosza przy duszy. Często chodzili głodni, pakując wszystkie zarobione pieniądze w swój wymarzony dom. Ich właśni rodzice nie wspierali ich ani trochę. Mówili im, że to szaleństwo, a domu nigdy nie skończą - ci jednak uparcie dążyli do celu.
Udało im się! Dom powstał, a wtedy urodziłam się ja. Wszystko to dzięki wzajemnej miłości i wytrwałości w marzeniach. Brzmi zbyt pięknie, prawda? Cóż, z roku na rok wiodło ma się coraz lepiej, rodzice pięli się wyżej i wyżej na drabinie kariery, co pozwoliło nam na stopniowe ulepszanie naszych warunków życia i "rozpieszczania" mnie.
Gdy miałam jakieś 12 lat, zauważyłam mocną zmianę, zwłaszcza u taty. Z wesołego, życzliwego człowieka stał się strasznym gburem, nawet dla mnie - ukochanej córeczki. Uważał, że to niesprawiedliwe, że dostaję wszystko czego chcę (tak naprawdę nigdy wcześniej życiu go o nic nie prosiłam - sam mi to kupował, wiedział, co mi się marzy), chociaż przecież nic nie robię. Szkoła i zajęcia domowe oczywiście nie liczyły się wcale, ale o tym później.
Gdy dojrzałam już na tyle, by mieć już własne zainteresowania, które wykraczały poza "lalki i misie", w ogóle nie potrafiłam porozumieć się z moimi rodzicami. W ich oczach zawsze pierwsze skrzypce grał pieniądz. W sumie uważałam to za fair, chociaż naprawdę przeszkadzał mi fakt, że nie obchodziło ich co chcę robić, a ile to kosztuje, a przecież sami udowodnili mi, że marzenia i rodzinna miłość są najważniejsze.
W końcu nie mogłam sobie pozwolić już na nic. Nie chciałam kieszonkowego, bo ojciec patrzyłby na mnie krzywo, gdzie bym nie wydała. Stwierdził, że jestem nierobem, cały czas siedzę przy kompie (jestem tłumaczką i pisarką, komputer to większa część mojej pracy), chociaż nigdy nie chciał spojrzeć co ciekawego tam piszę. Wielokrotnie przy mnie wspominał, że jestem zapewne "podmieniona w szpitalu" i "tępa", bo kiedy ja siedzę w domu - on ciężko pracuje. Próba przekonania go, że mam naukę, obowiązki domowe czy marzenia, do których dążę, kończyła się wyśmianiem, a zignorowanie wydanego grosza grzechem. Gdy nie zdałam egzaminu na prawo jazdy przez głupotę, przyznaję, moja mama obraziła się na mnie i płakała, a ojciec powiedział, że celowo sabotuję jego pracę....
Ojciec wymyślał mi coraz więcej obowiązków, przez co miałam mniej czasu na hobby i mojego ukochanego, którego swoją drogą nie akceptował, bo był biedny i "nie chce, żeby skończył na moim utrzymaniu" (pracował tak ciężko jak mój ojciec, chociaż za dużo mniejsze pieniądze).
Dziś doszło już do tego, że wprost przyznają mi, że kosztuję za dużo, bo jem, piję i wypełniam przestrzeń. Nie wiem, co się z nami stało i z naszą rodzinną miłością.
Chcę, by było jak dawniej.
Kiedy byłam mała, miałam jakieś 8 lat, odebrano mnie rodzicom. Trafiłam do cioci, która była moją rodziną zastępczą. Na początku nie zdawałam sobie sprawy co tak naprawdę się stało, bo traktowałam to jak wakacje u cioci.
Po roku czasu rodzice o mnie zapomnieli potraktowali to jak uwolnienie i pozbycie się ciężaru. Bardzo mi ich brakowało. Kiedy wychodziłam ze szkoły i widziałam jak po koleżanki przychodzą rodzice i tulą je na powitanie, robiło mi się smutno i płakałam. Będąc u ''cioci'', która okazała się okropna i traktowała mnie jak śmiecia (dokładnie wiem jak czuł się kopciuszek), zaczęłam wierzyć że moje życie nie ma sensu. Pustkę i ból jaki zostawiła mi rodzina przerodziła się w nienawiść. W wieku 16 lat nie mogłam już wytrzymać w rodzinie zastępczej i uciekłam.
Po pobiciu przez ojca i rodzinę trafiłam do placówki. Każdy mówi że to tragedia w życiu, ale dla mnie to był raj. W końcu poczułam, że jestem bezpieczna i w końcu mogłam żyć normalnie. Placówka wcale mnie nie zniszczyła wręcz przeciwnie, ponieważ jestem teraz dorosłą kobietą, mam super pracę, dostałam się na medycynę i cieszę się każdą chwilą swojego życia. Niczego w życiu nie żałuję, bo to przeżycie sprawiło, że stałam się silniejsza i poradzę sobie w każdej sytuacji, a w przyszłości jak będę miała dzieci, sprawię by miały cudowne życie i oddam im całe swoje serce i miłość jaka jest we mnie. Wszystko co się dzieje w naszym życiu ma jakiś cel.
Ostatnio przeglądając jutuby przypomniała mi się pewna sytuacja.
Byłam na kolacji u siostry mojego chłopaka, na której to mieliśmy się poznać. Wraz z mężem są nieco starsi od nas, więc obawiałam się, że niekoniecznie spotkanie będzie luźne. Jednak całkiem niepotrzebnie, bo rozmawiało się bardzo luźno i na wszystkie tematy. W pewnym momencie szwagier mojego chłopaka zaczął mówić o polityce. Siostra chłopaka się ulotniła, a sam chłopak kompletnie polityką się nie interesuje i wszyscy o tym wiedzą, zresztą tak jak i ja, ale tego już wszyscy nie wiedzieli. Poza podstawową wiedzą nie jestem w stanie wymienić zbyt wielu nazwisk.
Szwagier jakby nie przejął się tym, czy są to moje tematy i bezpośrednio zwracał się do mnie (w zasadzie kierował do mnie swój monolog), aż nagle chciał coś powiedzieć o pewnym polityku, zapominając jego nazwiska. Zaczął opowiadać, że taki jeden w podobnym do niego wieku i opisywać jego wygląd. Nagle mój trybik załapał.
- Iksiński? - spytałam.
- Oooo. Tak, ten, kurcze on mówił takie rzeczy, że...
- Chodzi ci o to, gdy powiedział (tutaj opis)?
- No, no. A kojarzysz może wypowiedź Zetsińskiego na temat (tutaj temat)?
- Kiedy powiedział, że... (tutaj opis)
- Tak, bo wiesz, według mnie... (i zaczął swoją długą przemowę)
Szczerze mówiąc chyba nikt się nie spodziewał, że będę cokolwiek wiedziała, nawet mój chłopak wydawał się zszokowany, przecież wiedział, że kompletnie nie orientuję się w świecie polityki, a tu proszę, jednak jakąś wiedzę mam.
Cała anonimowość polega na tym, że tak naprawdę nigdy nie widziałam tych przemówień w całości, a znam je tylko z remixów na YouTube, gdzie przemówienia polityków były przerobione na znane piosenki.
No nic, nie będę się z tym zdradzać, nie muszą wiedzieć, że 22-latkę bardziej od polityki interesują remixy na jutubach. ;)
Dodaj anonimowe wyznanie