Mam 16 lat. Siedzę na łóżku, a policzki mam mokre od łez. Znowu.
Możesz myśleć, że nic nie wiem o życiu. Być może, jednak teraz cierpię i cóż... to właśnie moje życie.
Mam jedenastoletniego brata. Nie znoszę go. Jest wredny, arogancki. Jedyne co potrafi robić to grać w drogie gry i krzyczeć. Ja nie mogę się na niego popatrzeć bo histerycznie płacze i wrzeszczy jak zarzynana świnia. Chyba nie muszę mówić, że od zawsze był faworyzowany i rozpieszczany przez rodziców. Nikt nie może zwrócić mu uwagi, nawet babcia kiedy on rzuca rzeczami i przeklina. Ma jedenaście lat przypominam...
Ja świetnie się uczę, pomagam w domu odkąd ojciec stracił pracę. Wracałam po szkole do domu, sprzątałam, gotowałam obiad, a kiedy wieczorem położyłam się na kanapie z książką, byłam wyzywana od niewdzięcznych gówniar. Doszło do tego, że dostawałam zakazy na książki, bo ponoć mnie odmóżdżały.
W przyszłości chciałabym założyć fundację ratującą dzikie zwierzęta. Kiedy płakałam po stracie ukochanego pupila, ojciec bardzo się zezłościł. On uważa, że byłabym w stanie zabić człowieka, że nienawidzę ludzi i nie umiem kochać. Tak, powiedział mi że nie znam miłości. Że nigdy się nie zakocham, bo jestem złym człowiekiem. Obydwoje uważają mnie za potwora bez przyjaciół. Za dziwaka który większość czasu spędza przy książkach lub na leśnych spacerach, gdzie tylko tam mogę spokojnie się wypłakać. Nie mam przyjaciół, bo moja matka sceptycznie patrzy na każdego, a ojciec wyśmiewa po kryjomu moją przyjaciółkę z nadwagą. Czuję się bardzo samotna, bo boję się zaufać ludziom. Chciałam przełamać się i dołączyć do wolontariatu. Zostałam wyśmiana przez rodziców.
Jestem osobą wrażliwą, ale ja ukrywam uczucia. Nie lubię się afiszować z nimi, nie krzyczę, nie płaczę w towarzystwie, ale wewnętrznie codziennie umieram.
Znalazłam ostatnio stare pamiętniki i swoje notatki kiedy z roku na rok planowałam samobójstwo. Teraz tego nie robię, wierzę w lepsze jutro, nadzieję, wolność i miłość. Jeśli sama nie znajdę szczęścia, to spróbuję zmienić życie osób i zwierząt, które będą tego potrzebować.
Teraz muszę uwolnić się od rodziców i od września zamieszkam w internacie. Mam nadzieję odżyć i znaleźć osoby, dla których będę mogła żyć.
Wielu z nas mają rodzeństwo. Ja też mam, dwójkę, ale mowa będzie o 8 lat starszym bracie.
Z reguły dzieci powinny być traktowane równo. Mama mówi, że wszystkich kocha i traktuje po równo. Ale to bzdura. Brat dosłownie dręczył mnie, wyzywał od grubasów, brzydali, jak byłam młodsza potrafił nawet uderzyć, a jak ja płakałam, bądź mu odpowiedziałam, to mama kazała mi go przepraszać, bo mu przykro.
Jak byłam w podstawówce byłam naprawdę rozdrażniona, byłam kłębkiem nerwów. Podczas jednej awantury spowodowanej przez to, że znowu mi dokuczał nie mogłam wziąć nawet oddechu, robiło mi się ciemno przed oczami, upadłam na podłogę, mama chciała dzwonić na karetkę, ale brat powiedział że udaję. Uwierzyła mu. Zostawiła mnie na podłodze. Miałam może 10 lat, on 18. A to nie była najgorsza sytuacja.
Jak miałam 16 lat poznałam mojego pierwszego chłopaka, zresztą jestem z nim do teraz. Jak mama się o tym dowiedziała to powiedziała "mogłabyś z im zerwać? Bo Arkowi przykro będzie, bo on dziewczyny nie ma do tej pory". Tak, według niej to normalne pytać o takie rzeczy. Zresztą odkąd jestem w związku to matka i brat są tylko gorsi. Raz leżałam chora, z wysoką temperaturą w łóżku oglądając jakieś ścierwo typu "ukryta prawda". Nagle wpadł brat, zaczął komentować mnie, serial, a potem znowu mnie, że się puszczam, że jestem "k**wą". Do tej pory mnie nie przeprosił, a minął już rok. Matka jest zła, bo ja jestem przewrażliwiona i to normalne, że rodzeństwo sobie dokucza, bo ona z wujkiem sobie też dokuczali. Ale bez przesady, ja nie jestem laską, która daje dupy za pieniądze, mam jednego chłopaka od 2 lat, wcześniej żadnego, czy miał on prawo wyzywać mnie od k**ew?
Mimo tego matka nadal sądzi, że nas równo traktuje. Mama jest na mnie zła często jak nie chce z nią rozmawiać, ale to opiszę w innych wyznaniach. Teraz opiszę sytuację z przedwczoraj, która mnie zabolała najbardziej.
Przeziębiłam się i boli mnie gardło, tak że naprawdę nie mam ochoty nic mówić. Robiąc kanapki z chłopakiem, mama przeszła obok i zaczęła znowu zadawać jemu jakieś pytania. Ja dalej kontynuowałam robienie kanapek, na to ona zapytała się dlaczego jestem obrażona. Powiedziałam, że gardło mnie boli i po prostu się źle czuję. Ona po prostu obrażona zeszła piętro niżej do brata i tak niby że do niego mówi, ale specjalnie głośno powiedziała żebym mogła to usłyszeć dokładnie - "dobrze, że ty taki nie jesteś jak ona, jesteś najlepszy z nich wszystkich (w sensie rodzeństwa)". W tym czasie już wracała na górę, kontynuowała swoje zdanie, nadal do niego mówiąc - "dobrze że Ty szanujesz mamusię, a nie tak jak córka".
Boli. Nawet nie wiecie jak takie coś może boleć, ta świadomość bycia niekochanym, bycia gorszym, przez całe życie.
Mam 16 lat. Dziś dowiedziałam się, że tuż po narodzinach zostałam podmieniona w szpitalu. Tak naprawdę moja biologiczna matka zmarła po porodzie, a ojcem jest 42-letni ksiądz z pobliskiej parafii, w którym do tej pory się podkochiwałam.
Moje życie to jeden wielki scenariusz do "Ukrytej Prawdy".
Za każdym razem, gdy widzę, że ktoś przede mną w miejscu publicznym niesie na rękach dziecko odwrócone przodem do mnie, straszę je głupimi minami. Gdy dziecko zaczyna płakać - ulatniam się.
Początek nowego millenium. Dyskoteka w małej miejscowości. Wiadomo jaki klimat - połowa osób przyszła się wytańczyć, a druga połowa upić w trupa, wdać się w bójkę, wyrwać "loszkę", zamoczyć kija itp.
Przyjechałem tam bardziej jako obserwator, taki trochę "skrzydłowy" mojego kumpla, który bardzo chciał zagadać do jednej z pracujących tam barmanek. Mniejsza z tym. Grunt, że miałem czas, żeby poobserwować sobie gości i wydarzenia na parkiecie. Szczególnie jedna scena zapadła mi w pamięć.
Siedziałem sobie przy barze sącząc piwko za 5 zł (taaak, to były złote czasy...), kiedy drzwi lokalu otworzyły się i do środka wkroczył Armando - umorusany samoopalaczem goguś z zaczesanym na żel fryzem, postawionym kołnierzykiem, modnej w środowisku posiadaczy leciwych be-emek, koszuli i fikuśnie powycieranych jeansach z cekinami. Ostentacyjnie żuł gumę i kołysał się na wszystkie strony, gdy maszerował.
Wokół boskiego lowelasa krążyło kilku jego wiernych minionów - gości ślepo zapatrzonych w pana Armando będących wiecznie w jego cieniu, ale nieodstępujących go na krok. Don Żuan, pożeracz niewieścich serc, podpłynął (na fali własnej zaj#bistości) do baru, przy którym stała całkiem ładna dziewczyna. Akurat siedziałem na tyle blisko, aby przysłuchać się rozmowie.
- Siemaneszko! - rzucił Armando - Czy wiesz, że na moim penisie powinien być znak ostrzegający?
- Co proszę? - warknęła wyraźnie znudzona kolejnym absztyfikantem niewiasta
- No, tak - kontynuował laluś - tam powinien być napis " Uwaga! Niebezpieczeństwo zadławienia się!"
Przydupasy boskiego czarusia ryknęły wymuszonym śmiechem i w mig rzuciły się do przybijania piątek z mistrzem wyszukanego dowcipu. Dziewczyna tymczasem nawet nie drgnęła. Patrząc na szczerzącego się, zadowolonego z siebie śmieszka odpowiedziała:
- Czekaj, a to nie jest przypadkiem tak, że tego typu napisy umieszczane są na malutkich przedmiotach, które przypadkiem, niezauważenie można połknąć?
Uśmiech zszedł z twarzy zaczerwienionego Armando. Chyba chciał coś powiedzieć, ale nie wytrzymał świdrującego spojrzenia swojej ofiary, która z ciągle taką samą, lekko znudzoną miną, dosłownie przeszywała swoim wzrokiem twarz dyskotekowego podrywacza. Gość spuścił łeb, a aura wokół niego mocno przygasła. Po kilku minutach opuścił lokal wraz ze swoimi wiernymi sługami usiłującymi pocieszyć swego skrzywdzonego pana...
Dziś moja 7-letnia córka podbiega do mnie i krzyczy:
- Mamo, mamo, mogę opowiedzieć ci kawał?
Jako, że kawały mojej córci to zwykle opowieści bez żadnej puenty, po których śmieje się tylko moja córcia, odpowiadam:
- No dawaj.
Z diabelskim uśmiechem mówi:
- Wiesz, dlaczego u smerfów nigdy nie było wojny?
Stoję i myślę. No nie wiem. Na to córcia:
- BO SMERFETKA DAWAŁA WSZYSTKIM PO RÓWNO!
- Boooże, dziecko co?
- Nie co, tylko czego - cukierków!
Gdy byłam w 2 klasie podstawówki na złość posikałam się w klasie, po tym gdy nauczycielka powiedziała, że mój rysunek jest nudny, po prostu zdjęłam majtki i oddałam mocz na podłogę krzycząc, że teraz nie będzie się jej nudzić.
Na kinowej premierze "Hobbita" zostałem pobity przez 20-letniego elfa.
Moja Mama ostatnio wzięła ślub. Z rodzeństwem dowiedzieliśmy się o tym dopiero, jak wstawiła zdjęcia z ceremonii na Facebooka.
Idąc po chodniku przed moją szkołą znalazłem maleńkie pisklę. Usiadłem sobie na schodach obok i obserwowałem, czy nie zjawi się jakaś mama tego ptaszorka, ale nic się nie działo, więc postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce. Nie miałem nawet żadnej chusteczki, więc wziąłem pisklaka na dłonie, by zanieść go do domu. W tym momencie się zesrał, oczywiście na mnie. No ale nic, ręka brudna, ale decyzja podjęta, nie będę się wycofywał, idę.
Po drodze do domu spotkałem dziewczynę, która strasznie mi się podoba, ale nie chciałem się zdradzić z moim maleńkim obsranym pasażerem, więc zrobiłem taką klateczkę z dłoni, żeby go schować, a jak nieco filuternie na mnie spojrzała pytając "co tam masz?" to tak mi się mózg od czaszki odkleił z wrażenia na widok tych zielonkawych mrugających nieziemskich oczu, że zacisnąłem dłonie mało biedaka nie zabijając. Z sekundę się speszyłem, zmieszałem, rzuciłem jakiś najbardziej żenujący tekst jakiego bym się nawet po sobie nie mógł spodziewać i pobiegłem do domu. Malec był cały, sukces. Dziewczyna, no trudno, jeszcze z nią porozmawiam, chociaż wstyd piekł tak, że aż jaja ściskało.
W domu poradziłem się Taty co z ptakiem zrobić i nie chodziło mi o to, że właśnie zaprzepaściłem moją być może jedyną szansę na seks, tylko o tego małego pisklaka. Tata coś tam poradził, resztę doczytałem w internecie i z pomocą telefonicznych porad wujka weterynarza wszystko się udało, ptaszek przeżył, a ja go codziennie karmiłem i się nim opiekowałem. Po dwóch tygodniach malec był już w świetnej formie i ładnie podrośnięty, więc zaczął trenować latanie z niezłymi skutkami, ale tylko u mnie w pokoju. Wyszedłem z nim więc na podwórko, oderwał się od moich palców i poleeeeciał... w dół. Mało nie walnął o glebę, ale z lotu nurkowego przeszedł ostrym zwodem w lot wznoszący, zrobił jedno kółko wokół domu i zamiast polecieć sobie gdzieś na wolność, to postanowił do mnie jeszcze raz wrócić, może żeby mi podziękować, nie wiem. Kiedy był już tak z dwa metry ode mnie i dzieliły go sekundy od dotarcia do mojej wystawionej ręki, zza domu wyskoczył mój pies, dziabnął go w locie do pyska i połknął chyba nawet bez gryzienia.
Całe moje życie tak wygląda, już mi nawet siebie nie żal. x)
Dodaj anonimowe wyznanie