Dostałam od chłopaka gaz pieprzowy, coby jego luba miała jakąś ochronę.
Ów podarek mam w kieszeni kurtki. Kto miał gaz ten wie, że jest taki "dzyndzelek", dzięki któremu bez odblokowania nie możemy nacisnąć, a kiedy go przesuniemy, to jest odblokowany i możemy wtedy sprejować oczy napastnika.
Ja jednak często idąc gdziekolwiek trzymam sobie rękę w kieszeni i "bawię się" tą zasuwką, tak jakoś mnie to odstresowuje. Pyk pyk i te sprawy.
Dziś jednak omyłkowo nacisnęłam w momencie, gdy gaz był odblokowany...
No cóż, strzeliłam niewielką ilość w kieszeń. Zdarza się najlepszym. ALE...
Mój małpi mózg stwierdził, że fajnie byłoby powąchać ten gaz. No to myk - rękawiczka do nozdrzy. Zapach był nieprzyjemny i duszący, idę sobie dalej i czuję, jak moje nozdrza zaczynają palić.
Dochodzę do domu, zdejmuję kurtkę, zdejmuję rękawiczki i jak na złość coś mnie swędzi w oku - to myk, paluszek w oko i pocieram.
TO BYŁ BŁĄD, moi drodzy.
Mimo tego, że była to niewielka ilość, ona zdążyła przesiąknąć przez rękawiczkę.
Oko piecze jak skurczybyk, uczucie jakby sam diabeł palca włożył....Nie polecam. Koniec zabaw gazem. Pierwsza nominacja do tytułu idiotka roku jest.
PS W zestawie miałam chusteczki neutralizujące, po kilku minutach pomogły. Pieczenie zniknęło, wstyd pozostał. Gaz może obroni przed napastnikiem, ale co obroni przed głupotą...
Piszę to wyznanie tutaj, bo nie mam komu się wygadać, nikt nie chce ze mną rozmawiać na ten temat, moi przyjaciele i rodzina uciekają od tego za każdym razem kiedy widzą, że potrzebuję tej rozmowy, bo nie chcą mnie ranić.
Anię poznałem w gimnazjum, była wesołą, miłą blondynką, od razu zaczęliśmy się dobrze dogadywać. Zaczęliśmy się spotykać, przerodziło się to w prawdziwą przyjaźń. Spędzaliśmy ze sobą wiele czasu, rozmawialiśmy przez telefon, jeździliśmy razem na obozy, trwało to dobre 4 lata, aż w końcu Ania została moją dziewczyną. Byłem najszczęśliwszą osobą na świecie. Miałem prawdziwy skarb, była ona mądra, kochana i bardzo pomocna. Zdarzały się kłótnie, ale jak w każdym związku, potrafiliśmy dojść do wspólnego porozumienia. Przyszła 3 liceum, przygotowania do matury, uczyliśmy się do niej razem, widywaliśmy się codziennie. Pamiętam, jak leżałem z Anią, oglądaliśmy sukienki na studniówkę, bardzo spodobała się jej taka różowa z falbaniastymi rękawami. Mam tę sukienkę cały czas w głowie, nie mogę zapomnieć jej wyglądu.
Pamiętam też, że Ania zaczęła się zachowywać inaczej niż zwykle, nie uśmiechała się już tak często, czasem leżała zamyślona, była senna, zaczęliśmy się więcej kłócić, stała się bardzo nerwowa. Nie zwracałem na to zbytnio uwagi, gdyż jak zawsze po lekkich spięciach wszystko wracało do normy.
Martwiłem się o nią, ale kiedy widziałem na jej buzi wesoły uśmiech od razu zapominałem, że cokolwiek mnie niepokoiło.
Tego dnia widziałem Anię w szkole, rozmawialiśmy o kupnie tej pięknej sukienki, mieliśmy później się spotkać u mnie i złożyć zamówienie.
Była uśmiechnięta, bardzo cieszyła się, że na studniówkę pójdziemy razem. Kochałem ten uśmiech, szczery i piękny.
Tego dnia wieczorem Ania popełniła samobójstwo. Nikt nie wie dlaczego, nie zostawiła żadnego listu. Nie potrafię wybaczyć sobie tego, że widziałem, że coś jest nie tak i nic nie zrobiłem. Nie umiem bez niej żyć, nie mogę zapomnieć tej pieprzonej sukienki, nie mogę się pogodzić z tym, że nie zobaczę już jej uśmiechu, nie usłyszę jej głosu, nie dotknę jej włosów.
Przepraszam Cię, Aniu, że nie dostałaś ode mnie pomocy. Przepraszam, że cierpiałaś i umarłaś w tym cierpieniu. Kocham Cię.
Nie ignorujcie nigdy nagłej zmiany zachowania innych osób.
Wielu z nas ma jakieś fetysze. A moim fetyszem jest spełnianie fetyszy innych. Nieważne za jak bardzo obrzydliwe mogę coś uznawać, jeśli ktoś czegoś zapragnie, bo go to podnieca, zawsze to spełniam.
Poznam jakiegoś chłopaka, który lubi, jak się na niego sika podczas seksu? Nie ma sprawy, może na mnie liczyć! Dominacja, daddy kink, stopy, pet play to fetysze, które do pewnego momentu przeogromnie mnie brzydziły. Jednak gdy poznam kogoś z takim fetyszem, naginam dla niego swoje zasady.
Dotyczy to nawet dziewczyn, mimo iż jestem w 100% heteroseksualna.
Umówiłem się kiedyś z prostytutką z pewnego portalu na sex.
Okazało się, że to moja sąsiadka. Teraz mam rabaty.
W wielkim skrócie - mój mąż jest wspaniałym człowiekiem i świetnym ojcem, ale jest w nim jedna rzecz, która po kilku rozmowach od razu rzuca się w oczy: jest tępy jak łyżka.
Nie zrozumcie mnie źle. Bardzo go kocham i jesteśmy razem szczęśliwi, a oprócz inteligencji są przecież inne cechy charakteru, które mają duże znaczenie. No, ale tego nie da się ukryć - mąż skończył studia, otarł się o doktorat, ale poza tym kompletnie nie nadąża za wszystkim co jest bardziej skomplikowane niż złożenie papierowej łódki. W rozmowie zazwyczaj gubi wątek, trzeba mu tłumaczyć filmy i seriale już po 10 minutach seansu, a nasza pięcioletnia córka już teraz jest w stanie powiedzieć mu coś, nad czym on musi kminić spory kawałek czasu.
Co w tym anonimowego? Poznaliśmy się przez wspólnych znajomych, którzy ustawili nam randkę. Po pierwszym spotkaniu moja siostra (która nie znała ani jego, ani moich znajomych) oczywiście zaczęła wypytywać, a ja, niezbyt oczarowana przyszłym mężem, powiedziałam, że to "tępak" i "nie ma nawet siana w głowie, no nic tam po prostu nie ma". Na kolejną randkę poszłam z myślą, żeby to przerwać - ale znaleźliśmy jakoś wspólny język. Pobraliśmy się półtora roku później.
Moja siostra do dzisiaj myśli, że ten "tępak" i mój mąż to dwie różne osoby, bo tak bałam się, że coś mu wygada i przez to nasz związek się rozpadnie.
Historia opowiedziana przez prababcię, standardowo z czasów wojny. Nie będzie wzruszająco, a krótko i zwięźle o tym, jak niektórym babom brakowało chłopa.
Pewnego dnia prababcię (miała wówczas 18/19 lat) wraz z kilkunastoma kobietami w różnym wieku złapali młodzi niemieccy żołnierze i zmusili do wejścia do bunkra. Zostawili je tam zamknięte na praktycznie cały dzień. Prababcia była przerażona, w ciąży, obmyślała sposoby, jak się wykaraskać z tej sytuacji.
Wieczorem przyszli Niemcy i... wypuścili je. Chyba zabrakło im pomysłu na to, co mogą zrobić z tyloma kobietami. Kiedy otworzyli drzwi i kazali im wyjść, prababcia usłyszała, jak jedna starsza kobieta rzekła do drugiej, z ewidentnym zawodem w głosie, cytuję:
"To nie będą nas gwałtowali?". :D
Pracuję w sporej firmie, zatrudniającej około 500 osób. Firma jest nietypowa, bo zarząd słucha pracowników, gdy robi się "źle" bądź trzeba zaplanować fundusz socjalny na rok kolejny.
Gdy nie było żadnego pakietu socjalnego, było - do czasu - dobrze. Pojawiła się moda na karty sportu - zarząd wprowadził na próbę. Zaczęły się narzekania, że tylko 10 wejść w miesiącu. Zwiększyli do bez limitu, wzrosła opłata - teraz jest za drogo. Był dojazd zorganizowany do pracy (firma leży 20 km za dużym miastem) - źle, bo tylko na jedną godzinę jest. Wprowadzili zniżkowe karty taxi na inne godziny, 70% zniżki na minibusa 7 osób - źle, bo płacić trzeba, a na 8 za darmo jeżdżą. Przejazd za osobę wynosi wtedy 2 zł, jeśli się jedzie w 7 osób, a praktycznie zawsze jeździ 6-7! Tylko w sezonie urlopowym jeździ mniej. Pojawiły się karty zniżkowe do lokali gastronomicznych - źle, bo tylko na jedzenie zniżki, a nie na alkohol czy napoje.
Od nowego roku pojawił się pakiet medyczny, niektórzy ustawili się w kolejce, by złożyć deklaracje, zadowoleni. Oczywiście jest i grono tych, którym nie pasuje, bo... wizyty domowe na terenie miasta są refundowane, poza miastem już nie. A jeden mieszka kawałek za miastem. Nie ma szczepionki na grypę, tragedia. Za rezonans magnetyczny i tomografię trzeba 50 zł zapłacić, bo niepełna refundacja, bezsensowna oszczędność. Jakby te badania robiło się co tydzień... Gwarantowane 7 dni na wizytę u specjalisty - długo. Cena miesięczna pakietu – 31 zł.
Gowork pęka w szwach od opinii, jak to próbują byle czym omamić pracownika, dają ochłapy, zero szacunku do człowieka.
Weź tu ludziom dogódź.
Zawsze wyglądałam na nieśmiałą i przestraszoną, smutną. Nie jest to kwestia tego, że naprawdę taka jestem z charakteru, po prostu taką mam twarz. Niestety przez to ludzie często mnie unikają myśląc, że dostaną pesymistkę z mnóstwem problemów (naprawdę kiedyś usłyszałam takie słowa), więc przez lata żyłam z małą grupką internetowych znajomych. Aż tu nagle zjawił się pewien facet: pozornie miły, zaradny i troskliwy, a do tego udawał, że od pewnego czasu interesują go te same rzeczy, co mnie. Podstępami wkradł się w moje życie i nie ukrywam, dość szybko się w nim zakochałam. Po dwóch latach u niego zamieszkałam, myśląc, że los w końcu się uśmiechnął.
Czar prysł. Nagle zaczął się zachowywać, jakby przez ten cały czas szukał służącej: tu przynieś, tu wynieś, a tam pozamiataj, ale przy tym miał pretensje gdy go lekko upomniałam, że skarpetki tylko do kosza, że jak jest brudny to powinien najpierw się wykąpać, a dopiero potem siadać na białej kanapie itd. No ok. Pamiętałam, że miał akurat gorsze dni w pracy i to na nie zwalałam jego zachowania, ale po pewnym czasie zaczął zawzięcie przekonywać mnie, że powinnam zerwać kontakt z matką, bo ta nie jest dla niego zbyt miła, jeszcze później usłyszałam sugestię, że z pracy też powinnam odejść, bo przecież on dużo zarabia, a ja się pewnie tylko męczę w pracy... o której marzyłam od zawsze i jest mi w niej dobrze. Do tego nagle zrobił się strasznie nudny, kompletnie olał nasze zainteresowania.
Czerwona lampa się zapaliła i w końcu postanowiłam, że odbędziemy poważną rozmowę, a gdy to nic nie da, to odejdę.
Nie odbyliśmy jej. Zamiast tego spotkałam go w mieście z kolegami. I co usłyszałam? "No moja Madzia to w sumie spoko tylko kurwa za bardzo mi się buntuje, a do tego kurwa dalej oczekuje, że będę się starał! I te jej śmieszne zainteresowania! Ile ona ma kurwa lat, by dalej lecieć na Japonię? Nosz ja pierdolę, jeszcze uczy się tego języka i ta jej jebana praca! Tylko czas kurwa marnuje. A w ogóle zaczynam wątpić czy jestem jej pierwszym i czy szmata wcześniej z kimś nie spała, bo coś za dużo wie i szmata normalnie potrafi żartować z takich tematów, a nie jak prawdziwa kobieta rumienić i trzepotać niewinnie rzęsami."
Tego samego dnia spakowałam się i odeszłam.
Minął rok, a buc dalej do mnie wydzwania, nachodzi moją matkę (bo nie wie, gdzie ja mieszkam) i robi inne podejrzane rzeczy. Na szczęście sprawą zajmują się już odpowiednie osoby.
Podoba mi się pewien chłopak. Chodzimy razem na jedną lekcję, ale jeszcze nigdy z nim nie gadałam. W wolnych chwilach wyobrażam sobie, że rozmawiamy. Układam nawet odpowiedzi na jego potencjalne pytania.
Dzisiaj nie miałam kilku lekcji, bo były matury próbne. Czekałam w szkole. Postanowiłam skoczyć do toalety. Na korytarzu przed nią zobaczyłam go, jak stoi oparty o ścianę. Sam, bez kolegów. Nasze spojrzenia się spotkały.
Minęłam go bez słowa. Z powrotem tak samo.
Czuję, że mój anioł stróż wali głową w ścianę i powoli kombinuje hajs na koty, z którymi spędzę resztę życia.
Mój współlokator uwielbiał kiedyś zostawiać po sobie zawalony po brzegi zlew w kuchni. Garnki, kubki, miski - ciężko było znaleźć coś czystego w szafce. Żadne prośby o posprzątanie po sobie nie przynosiły efektów. W pewnym momencie mojego życia przestałam to tolerować. Za każdym razem, gdy wracałam z pracy późnym wieczorem lub w nocy i widziałam ten rozgardiasz, sama brałam się za sprzątanie, ale nie byle jakie.
Co noc urządzałam mu specjalny koncert naczyń i sztućców, obijałam je o siebie tak głośno, jak tylko się dało. Którejś nocy wyłonił się ze swej groty, wielce niewyspany i oburzony, że co ja sobie wyobrażam, robiąc taki hałas o tej godzinie. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że robię to, czego on nie zrobił, a o co tyle razy prosiłam.
Wytrzymał w sumie półtora tygodnia. Mogę wreszcie wracać do domu z myślą, że nie zastanie mnie w kuchni żadna niespodzianka.
Dodaj anonimowe wyznanie