Mam 17 lat i nigdy nie miesiączkowałam. Powód całej tej anomalii (no bo przecież jak dziewczyna w tym wieku może nie mieć okresu?!) jest mi znany dokładnie od pół roku.
Po 17 latach nieświadomości dowiedziałam się, że urodziłam się bez macicy. Ot, wada genetyczna. Niby nic wobec tragedii milionów ludzi, a jednak informacja ta stała się moją prywatną klęską. Od zawsze miałam bardzo niską samoocenę, jednak teraz jest ona praktycznie zerowa. Nie czuję się kobietą, czuję, że oszukuję wszystkich naokoło i jeszcze samą siebie i jest mi z tym cholernie źle. Nie myślcie, że jestem transem, bo to nie o to tu chodzi, a raczej o tę świadomość, że jestem w jakiś sposób wybrakowana. Ba, nie tylko w "jakiś" tam sposób. Brak mi czegoś, z czym kobiety są wręcz utożsamiane, czegoś, co jest niejako atrybutem płci pięknej. Czuję się jak gówno. Po prostu.
Nie mówiłam o tym nikomu, Wy jesteście pierwsi, o ile to wyznanie do Was dotrze, drodzy Anonimowi. Nie oczekuję litości ani pocieszenia, chciałam to tylko gdzieś napisać, żeby ktoś się dowiedział, że istnieje sobie taki babochłop na tym świecie.
W moim bloku mieszkają prawie same staruszki i staruszkowie. Są to osoby z mnóstwem wolnego czasu i totalnym brakiem pomysłu na spożytkowanie go. Dla mnie zaś wolny czas to coś bardzo niespotykanego i pożądanego. Oprócz tego noszę dredy, mam dość ekstrawaganckie ubrania i oczywiście nie wybieram się do kościoła w każdą niedzielę o 12.00. Często też przychodzą do mnie różne koleżanki, co sprawia, że uznano mnie za rozpustną lesbijkę.
Posiadam auto, które na pewno jest skradzione, no bo jak to tak kobieta może kupić auto. W związku z tym jestem wyklętą obywatelką bloku. Do obserwacji z okien i balkonów się już przyzwyczaiłam, ale dzieje się tu o wiele więcej. Prawie żaden sąsiad nie odpowiada na moje "dzień dobry". Gdy wchodzę do windy, osoba jadąca w niej zazwyczaj wysiada. Do mojej skrzynki pocztowej regularnie trafiają różnego rodzaju kościelne ulotki. Jednak w Trzech Króli miarka się przebrała. Nie napisałam na drzwiach C+M+B. Gdy wieczorem wróciłam do domu, całe drzwi były opisane tymże "działaniem". Równolegle, po 3 w linijce, znajdowało się 5 kolumn C+M+B...
Wszystko starłam, a na drzwiach narysowałam pentagram. Jak sąsiedzi chcą wojny, to będą ją mieli.
Mam 22 lata i nigdy nie przeskoczyłam przez kozła na wychowaniu fizycznym. Zawsze się bałam i w ostatniej sekundzie myślałam "nie"...
Od dłuższego czasu czaiłam się na czarne, wysokie kozaki, które tej zimy cieszą się niezwykłą popularnością. Wybrałam się do dużego obuwniczego, aby przymierzyć parę modeli, a nuż coś wpadnie w oko.
Po pewnym czasie wypatrzyłam idealną, zamszową parę. Miały tylko jeden mankament - wewnętrzna zakładka od zamka była przecięta na pół, mniej więcej na wysokości środka łydki. Myślę sobie, dobra przymierzę, co szkodzi, jakbym chciała je kupić, to tego i tak nie widać. Okazały się perfekcyjne. Plan był następujący - zdejmuję je, zakładam swoje buty i idę do kasy.
Do kasy jednak nie poszłam, bo zamek zaciął się dokładnie w tym miejscu, gdzie zaobserwowałam mankament. Na początku było spokojnie, z czasem, gdy sytuacja coraz bardziej wymykała mi się spod kontroli, zaczęłam wpadać w panikę. Nie szło nim poruszyć ni wte, ni we wte. Próbowałam wszystkiego: delikatnie szarpać, podważyć zakładkę, z czasem zaczęłam mocniej ciągnąć i próbować wyrwać tę cholerną zakładkę od zamka, która uwięziła moją stopę w bucie, niczym u grubej siostry Kopciuszka. Z wysiłku i stresu spociła mi się aż dupa, myślę sobie - jestem zgubiona.
Wtem pojawiła się pani ekspedientka i nieśmiało zagaiłam do niej: "Przepraszam panią, ciężka sprawa, chyba dane mi jest do końca życia chodzić w tym bucie". Wyjaśniłam pani wszystko po kolei, co mi dolega i jak to się stało. Pani próbowała jakoś zaradzić, ale wszystko na nic. Zawołała koleżanki.
Wszystkie panie z salonu nagle znalazły się przy mnie, każda, po kolei próbowała już dawno sprawdzonych przeze mnie działań - wszystko na nic. Nagle jedna z nich pobiegła na zaplecze i przyniosła skalpel. Po jakichś 10 minutach wycinania zakładki wreszcie udało im się wyswobodzić moją stopę z pułapki.
Serdecznie podziękowałam paniom za pomoc, zaproponowały mi, abym wybrała inną parę, bo w tej trzeba by wymienić zamek. Po upewnieniu się, czy nie będą miały z tą felerną parą żadnego problemu, wzięłam rozmiar mniejsze i pobiegłam do kasy. Po dokonaniu transakcji jeszcze raz podziękowałam i przeprosiłam za kłopot. Uprzejma pani powiedziała mi, że nie ma żadnego problemu, że luz - już wiele razy musiała rozrywać buty na klientkach, nic nowego.
Poznałam chłopaka na imprezie, po 30 minutach naszej znajomości zwymiotowałam na niego.
Numer i tak wziął... Ciekawe, czy się odezwie :D
Mój teść robi mi wykłady o odpowiedzialności, bo przygarnęłam kota. Przy każdej okazji mi dogryza, jak bardzo nie potrafię się tym kotem zająć. Jednocześnie naciska na posiadanie dzieci, a przy tym nie wspomina słowem o odpowiedzialności i wyrzeczeniach. Gdzie tu logika?
PS Kot jest przygarnięty, wyleczony, najedzony i szczęśliwy. Dbamy o niego z mężem jak najlepiej umiemy.
Kilka lat temu próbowałam nauczyć się języka czeskiego. Zaczęłam od słówek, które mają wprowadzone nowe akcenty i powtarzałam je kilkanaście razy, aby zapamiętać, jak wymawiać poszczególne litery. Szczególnie uwzięłam się na słowo zszywacz.
Powtórzyłam je tyle razy, że później przez kolejny tydzień śniło mi się, że pracuję w czeskiej korporacji. Na moim biurku zawsze leżał zszywacz, a mój szef, który był Czechem, pytał mnie na wyrywki, jak nazwę owego przedmiotu wymówić po czesku.
Chyba zapamiętam to słówko do końca życia.
Jadę sobie autobusem. Wchodzi typowy moher i sapie nad jakąś kobietą. Ta ustępuje miejsca. Rzecz dzieje się w tzw. "czwórce", gdzie dwie pary siedzeń stoją naprzeciwko siebie.
Naprzeciw mohera (który już wyciągnął różaniec) siedzi dwóch młodych mężczyzn. Jeden kładzie głowę na ramieniu drugiego, a on oplata go ramieniem. Moher wyciąga parasolkę i z okrzykiem "niech wam Bóg przebaczy" uderza parasolem między nich. Oni w szoku, co się dzieje, lokalizują źródło rażenia i z tekstem "spoko, zluzuj majty" wychodzą z autobusu.
Polska...
Mieszkam w spokojnej dzielnicy jednego z mniejszych miast, gdzie każdy każdego zna oraz odnosi się z szacunkiem.
Pewnego dnia moja córka, gdy wróciła z placu zabaw, na którym strasznie lubiła spędzać każdą chwilę, podczas rozmowy zaczęła używać wulgaryzmów. Na pewno nie wiedziała co one znaczą, więc wplątywała każdy nowy wyraz po każdym słowie.
Nigdy z mężem przy naszym dziecku się nie kłóciliśmy, a tym bardziej nie używalismy takich słów!
Gdzie się tego nauczyła? No cóż, dowiedzieliśmy się z mężem już następnego dnia.
Na placu zabaw, gdzie robotnicy rozbudowywali teren o nowe zabawki ;)
Często gdy czytam wyznania zamieszczane na tej stronie, przypominają mi się najbardziej żenujące historie z mojego życia.
Ta również do takich należy. Byłam w ostatniej klasie podstawówki, może w pierwszej klasie gimnazjum. Bardzo interesowały mnie kwestie związane z seksem, lubiłam oglądać filmy dla dorosłych, zabawiać się ze sobą etc. Pewnego dnia zaczęłam rozmawiać na te tematy z moją przyszywaną kuzynką. I tak od słowa do słowa, postanowiłyśmy "przeszkolić" się nawzajem. Zaczęło się od pocałunków, ale cóż w tym wyjątkowego, skoro nie raz całowałam się z kolegami (w zasadzie z koleżankami też). Poszłyśmy więc o krok (albo nawet kilka kroków dalej). Nie będę wdawała się w szczegóły, ponieważ nie jest to portal z erotycznymi opowiadaniami.
Ta relacja trwała jakiś czas, nie pamiętam jak długo - może jakieś pół roku. Nie pamiętam również, dlaczego się zakończyła, ale po prostu przeszłyśmy nad tym do porządku dziennego. Do dziś, nikt - prócz nas - nie ma pojęcia o tym, że łączyła nas fizyczna relacja. Ja mam męża, ona również, przyjaźnimy się i nie wspominamy o przeszłości.
I do dziś, gdy o tym pomyślę, ogarnia mnie ogromne zażenowanie.
Dodaj anonimowe wyznanie