Będzie krótko. Ostatnio do naszego małego, domowego zwierzyńca dołączył szczeniaczek rasy shiba inu. Tak, ten "pieseł". Nie każdy wie, więc wspomnę, że rasa ta podobnie jak husky potrzebuje dużo ruchu, więc staramy się wychodzić z nim jak najczęściej i jak najdłużej.
Od samego początku mnóstwo osób na ulicy podchodzi do nas - a właściwie do Edwarda, mówiąc "Wow! Uszanowanko! Wow! Pieseł Wow!".
Teraz Edward przestał reagować na swoje imię... Zaczął reagować na "Wow" :)
Dziś po raz kolejny usłyszałem kawał o tym, jak nawalony student przekonuje profesora, żeby przeegzaminował pijanego, a gdy ten się w końcu zgadza, student krzyczy do kolegów "Chopaki! Wnieście Mietka!". Śmieszy za każdym razem, głównie dlatego, że sam byłem bohaterem bardzo podobnej akcji.
Historia, wbrew wstępowi, jest bezalkoholowa, toteż mogą ją czytać również osoby niepełnoletnie ;)
Za pięknych studenckich czasów miałem przedmiot o szumnej nazwie "Teoria chaosu". Prowadził go profesor, który w tym temacie przesiedział pół życia, co najwyraźniej odcisnęło się na jego osobie - był to człowiek mocno zwichrowany, o bardzo specyficznym poczuciu humoru i niestety przekonany o własnej nieomylności. Z relacji starszych roczników wynikało, że oceny z egzaminów u niego również są bardzo chaotyczne i w dużej mierze zależą prawdopodobnie od pogody. I raczej ciężko o pogodę, w trakcie której dawałby coś wyższego niż 4.
Przyszła sesja, a moje ambicje, żeby zdobyć stypendium, nakazały mi mocno się przyłożyć do powtórki materiału. Praktycznie każdą wolną chwile poświęcałem na teorię chaosu.
Dzień przed egzaminem zaczęła mnie łapać grypa czy jakieś inne dziadostwo - łyknąłem jakieś proszki i położyłem się spać.
Następnego dnia obudziłem się. Z przerażeniem zauważyłem, że już dziesiąta - egzamin zaczyna się za pół godziny. Szybko się ubrałem i biegiem na uczelnię. W rekordowym czasie dobiegłem na miejsce, a tam przed salą nikogo. Zadzwoniłem do znajomego
- Cześć. Ten egzamin z chaosu to w jakiejś innej sali jest?
- Cześć. Jaki egzamin? Przecież był przedwczoraj...
Przedwczoraj... Przespałem dwa dni... To by tłumaczyło, dlaczego jestem taki głodny i nieświeży.
- A tak w ogóle to jak się czujesz? Na egzaminie wyglądałeś nie najlepiej...
- Na jakim egzaminie?
- No z chaosu. Przyszedłeś blady jak ściana, cały zlany potem, koszula krzywo zapięta, buchało do ciebie gorącem jak z pieca i nie odezwałeś się nawet słowem... normalnie zombi jakieś...
- I co?
- No siadłeś w ławce i napisałeś ten egzamin. Pierwszy oddałeś kartkę i poszedłeś.
- Aha... Orientujesz się kiedy drugi termin?
- To nie wiesz? Sprawdź maila. Masz 5, a prof jeszcze pochwalił, że tak dobrze napisanego egzaminu jeszcze nie widział.
- Ta, jasne. Dobra. Dzięki, nie przeszkadzam już.
Rozłączyłem się i poszedłem do mieszkania.
Sprawdziłem maila - znajomy jednak nie robił sobie jaj, mam 5 i pochwałę...
Wieczorem do mieszkania wrócił współlokator. Dowiedziałem się od niego, że w dniu egzaminu po powrocie do mieszkania miałem 40 stopni gorączki, zaprowadził mnie do przychodni i trochę mnie ogarnął. I że wiszę mu za leki plus flasz... ymm... czekoladę za fatygę ;)
Bo żeby zrozumieć teorię chaosu, trzeba być trochę wariatem... albo mieć 40 stopni gorączki :)
Zostałam zgwałcona przez kolegę z pracy. Mam narzeczonego, który mnie wspiera w tym wszystkim i sam to mocno przeżywa.
Niedługo po tym okazało się, że jestem w ciąży. Nawet nie macie pojęcia, jakie to masakryczne uczucie nie wiedzieć, czy nosi się pod sercem dziecko swojego ukochanego czy oprawcy.
Jest możliwość usunięcia dziecka z powodu gwałtu. Jednak przeraża mnie myśl, że to mogłoby nie być dziecko tego zwyrola.
Od kilku miesięcy, wychodząc na spacery z psami, obserwuję, że do okolicznego lasu pewne osoby wyrzucają śmieci. Na początku nic z tym nie robiłam, właściwie to nie wiem czemu. W końcu jednak, gdy odpadów było coraz więcej, postanowiłam się tym zainteresować. Godzinami czekałam na idiotów, którzy zanieczyszczają środowisko, a gdy byli na miejscu, z ukrycia ich nagrywałam.
Mam 6 nagrań (każde tyczy się innej osoby) i wkrótce idę na policję. Chyba mnie znienawidzą w tej wsi, ale ciul z tym :D
Byliśmy z chłopakiem w górach. Cały czas jakby był zdenerwowany... Wiedziałam, że chce się mi oświadczyć, więc postanowiłam wymyślić sobie jakiś mały scenariusz na ten moment...
Minęło dosłownie kilka chwil! Patrzę? A on klęka i wyciąga pierścionek...
Chciałam mu położyć palec na ustach i powiedzieć "ciii... tak, chcę zostać twoją żoną" nim cokolwiek powie.
Zamiast tego wsadziłam mu palec do nosa :D
Studenci prestiżowej (jak na polskie warunki) publicznej uczelni. Ludzie dorośli i poważni... No właśnie nie do końca.
Przez jakiś czas prowadziłem ćwiczenia z matematyki na takiej uczelni.
Pewnego razu do mojego gabinetu wkroczyła kobieta, lat około 50
- Przepraszam, można? - spytała.
- Tak... w czym mogę pani pomóc?
- Bo mój Marcinek mówi, że pan się na niego uwziął...
Dopiero w tym momencie zauważyłem stojącego za nią skromnie z opuszczoną głową chłopaka. W pierwszej chwili nie skojarzyłem, jednak po paru sekundach mnie olśniło.
Marcin Anonimowy, na zajęciach siadający zawsze w ostatniej ławce, mający na wszystko wy...rąbane. Na kolokwiach oddawał zawsze puste kartki zanim jeszcze zdążyłem podyktować zadania.
- Yhmmm... A w jaki sposób to moje uwzięcie się na pana Marcina się przejawia?
- Pan zaniża jego oceny z kolokwiów!
- Zapewniam panią, że oceny z kolokwiów są całkowicie obiektywne, a wszelkie zgłoszone w terminie do dwóch tygodni od ogłoszenia wyników reklamacje i roszczenia zostały rozpatrzone. Pan Marcin, z tego co pamiętam, nie miał żadnych zastrzeżeń do oceny.
- To niech pan pokaże pracę mojego Marcinka!
Nie chciałem tego robić. Rodzina ważna rzecz i nie chciałem być tym, który sprawi, że w ich rodzinie relacje się pogorszą. Bycie niefajnym nauczycielem jest już i tak wpisane w zawód nauczyciela matematyki, a psucie rodzin obciąża już sumienie.
- Przykro mi, proszę pani, ale nie mogę tego zrobić. Praca pana Marcina jest dokumentem poufnym i może być przedstawiona jedynie niektórym organom uczelnianym i to tylko w uzasadnionych przypadkach... - zacząłem kręcić, nieco wyolbrzymiając przepisy.
- No ale przecież on sam chyba może zobaczyć swoje kolokwium?
- Tylko na jego wyraźną prośbę - rzuciłem, mając nadzieję, że student jakoś mnie poprze w mojej walce o jego prywatność i dobre stosunki z rodziną...
- Proszę pokazać to kolokwium mojej mamie! - zażądał.
Okej... Tylko potem nie mówcie, że nie próbowałem.
Z szafki wyjąłem plik kolokwiów, z których wybrałem pracę pana Anonimowego. Trzy arkusze papieru kancelaryjnego, ponumerowane i własnoręcznie podpisane przez autora, prawie całkiem puste - poza wspomnianą numeracją i podpisami zawierała jedynie kilka czerwonych zer napisanych przeze mnie.
- Proszę, oto praca pani syna.
- Ale... ale te kartki są puste!
- W rzeczy samej.
- A... to... my już pójdziemy.
Pani wyszła, zabierając z sobą syna, któremu awanturę urządziła jeszcze zanim drzwi od gabinetu się zamknęły.
- Widziałeś to? - rzuciłem do znajomego doktora, który przez cały czas siedział cicho w swoim kącie schowany za komputerem
- No... to jeszcze nic. Do mnie kiedyś przyszedł student z dziadkiem, który straszył mnie swoimi znajomościami.
Jacy potrafią być lekarze.
Gdy miałem 16 lat, zacząłem spotykać się z moją o rok młodszą przyjaciółką; dziewczynę znam od 5 roku życia, tak że chyba był to naturalny etap, iż hormony zrobią swoje.
W każdym razie po kilku miesiącach rozpoczęliśmy współżycie intymne i było super.
Ale po kilku miesiącach po każdym stosunku bolało mnie przyrodzenie, a potem także odczuwałem dyskomfort w trakcie. Choroba WR odpadała, bo do osiemnastki Ani i jej wizyty po pigułki seks był zawsze w gumce.
W każdym razie decyzja: chyba wypada iść do lekarza dla mężczyzn, czyli urologa.
I tu lekki szok.
Lekarz nr 1
Obejrzał, zapytał i stwierdził, że skoro napletek schodzi lekko i w spoczynku, i we wzwodzie, to jest wszystko OK.
Lekarz nr 2
Jak wyżej, plus dodał, że skoro mam młodą dziewczynę, to pewnie ciasna i dobrze, że boli.
Obaj lekarze to faceci koło 50-60 roku życia, chyba pracujący za karę.
Lekarka nr 3
Młoda, wg mnie około 30-35 r. życia.
Porozmawialiśmy, obejrzała i oto co mnie zdziwiło. Najpierw założyła rękawiczki i ogląda, ale w przeciwieństwie do poprzedników włączyła sobie lampę, by lepiej widzieć.
Myślę, że to koniec badania, ale nie. Zdjęła rękawiczki, umyła ręce i jeszcze raz w kilku miejscach ogląda moje przyrodzenie. Następnie prosi, bym poszedł za parawan i doprowadził się masturbacją do wzwodu. Ja w głębokim szoku, ale wykonałem polecenie.
Pani doktor ponownie założyła rękawiczki i jeszcze raz obejrzała prącie, tym razem we wzwodzie. Naciągnęła napletek i spytała o ból. Potwierdziłem. Podziękowała i kazała się ubrać.
Diagnoza: delikatne pęknięcia i ich zabliźnianie i pękanie blizn. Zalecana korekcja lub usunięcie napletka.
A dodam, że nieleczone prowadziłoby to do stulejki nabytej.
Mija już kilka lat od tej wizyty, ja mam wyleczoną męskość i seks jest czystą przyjemnością. A pani urolog na pewnym portalu z lekarzami ma bardzo wysokie notowania.
Można? Można, tylko trzeba chcieć.
W te wakacje przygarnąłem współlokatorkę.. Zdziwiłem się, ale była to 16-letnia dziewczyna, sama w wielkim mieście, bez rodziców. Tylko z kotami. Nie chciałem mieć problemów z jej płaceniem czynszu, ale uparła się, że będzie płacić i nie będzie mi wchodzić w drogę, no to okej. Pierwsze miesiące - anioł. Uśmiechnięta, gra w gry, ćwiczy, uczy się i pracuje! Uczyła się w technikum informatycznym, a potem chciała iść na rachunkowość, bo jak sama twierdzi, chciałaby i programować i być księgową.. Po szkole programowała na komputerze i tym dorabiała, a w weekendy pracowała jako kelnerka. Zszokowało mnie to, bo taka odpowiedzialność. Sama się utrzymywała, nie wiedziałem, co z nią nie tak, nic o sobie nie mówiła. Dbała jedynie o swoje dwa koty, a że ja miałem też swoją kicię, to zawsze jak coś kupowała swoim (a bardzo je rozpieszczała), to i mojej kici, bo zawsze mówiła: "Kotów nie wolno faworyzować! Nie będę odpowiedzialna za to, że twój kot będzie zazdrosny o przysmaki i zabawki moich!". Nie wiem skąd w niej tyle dobroci, bo która dziewczyna w tym wieku by się sama utrzymała i jeszcze myślała o zwierzakach?! Co wieczór brała jakieś leki, czasem rano, ale to nie mój interes, choć zainteresowało mnie, że po paru miesiącach miała taki dołek, że ciągle płakała, brała te leki z 5x dziennie po 2 tabletki. To sprawdziłem w internecie - antydepresanty. Ja w szoku, bo wcześniej mega pozytywna dziewczyna.
Po czasie znów się zaczęła uśmiechać. Czasem wpadała do nas moja młodsza siostra, która miała, lekko mówiąc, problem z heroiną. Nie wiedziałem co robić, mega się zamartwiałem. Pewnego razu M. (moja współlokatorka) usłyszała naszą rozmowę i powiedziała do mojej siostry stanowcze: "CHODŹ", na co ta druga "Na chuj się wpierdalasz?". Na to M. "Nie pierdol, tylko rusz tyłek" i poszła do pokoju, a moja siostra chyba z ciekawości za nią. Moja mała siostra wyszła z pokoju z płaczem i poszła, na co ja zrobiłem M. aferę. Potem siostra znów przychodziła, ciągle do M. i wychodziła z płaczem.
Okazało się, że M. również miała problem z narkotykami, była na odwyku. Kazałem jej zagonić moją siostrę na ten odwyk, a ona uparcie, że nie i że sama sobie poradzi. Miała rację - moja siostra przestała ćpać po jakimś czasie. Cud. Zaprzyjaźniły się. Było świetnie, aż zaczął przychodzić do M. jakiś starszy koleś, byłem w szoku, słysząc ich rozmowy. Był on sponsorem M., aby miała lepszy start wyjeżdżając od rodziców i się zakochali, a ta wyjechała i nie powiedziała nic temu typowi, żeby nie rozbijać jego małżeństwa. Znów zaczęły się płacze po nocach, niechodzenie do szkoły. Minął niecały miesiąc i M. się zabiła, zostawiając mi tylko kartkę z przysmakami swoich kotów...
Rozumiecie? Mija drugi tydzień, a ja musiałem komuś to opowiedzieć. Wszystko przez niego... Gdy nie ma M., moja siostra chyba wróci do ćpania, a ja powoli popadam w paranoję. Nie wierzę, że taka młoda dziewczyna, tak ambitna, codziennie śmiejąca się na teamspeaku, grająca w gry z ekipą...
Eh, proszę, pożegnajcie ją, błagam.
Żegnaj, M.
Wiem, że mam dosyć słabe kości.
Ale żeby od razu wybić sobie palec obierając mandarynkę ...
Aż wstyd się przyznać, jak sobie ten palec wybiłem.
Pierwsza klasa podstawówki, przenoszę się pamięcią 20 lat wstecz, zamykam oczy i widzę jego, znienawidzonego kolegę z klasy, który wiecznie mi dokuczał, ciągnął za warkocze, przezywał.
Poskarżyłam się na niego w domu, starszy brat pokazał mi jak mam się bronić.
Na następny dzień przerwa w klasie, owy kolega podchodzi do mnie i chce bić. Zaparłam dłonie o ławki, uniosłam szybko nogę i bach!, kopnęłam go prosto w zęby. Kolega zalał się krwią. Wchodzi pani... Patrzymy - on bez jedynki. O cholera, będzie masakra! Ale klasa stanęła za mną murem, powiedzieli jak było i to on dostał uwagę.
Następnego dnia tuż przed ostatnią lekcja przychodzi mama Tomka z pretensjami - jak to, że jej Tomek dostał uwagę, chociaż to on wrócił do domu z brakami w uzębieniu, że to niesprawiedliwe itp. Pani wytłumaczyła jej, że Tomek bardzo mi dokucza, opowiedziała tę i wiele innych sytuacji, tak że matka Tomka przy całej klasie dała Tomkowi w tyłek. Tomasz zły na mnie jak 150, po dzwonku wybiegł za mną z klasy i chciał zdążyć jeszcze wyładować się na mnie zanim wsiądę do autobusu szkolnego, ale ja w poczuciu bezradności skuliłam się w mała kulkę tuż przy schodach... Tomek się o mnie potknął, spadł na półpiętro. Wstaje zalany krwią, a w buzi widać dziurę po kolejnej jedynce...
Minęło 20 długich lat, w międzyczasie zdążyły mu wyrosnąć stałe zęby, a my z Tomkiem nadal nie zmieniliśmy nawet zdania :D
Tomku, jeżeli to czytasz - przepraszam :D
Dodaj anonimowe wyznanie