O tym, jak pobiłam samego diabła, gdy miałam sześć lat.
Jako dziecko nieraz widziałam wizerunki złego, m.in. w naszym zabytkowym, cudownie malowanym kościółku. Zawsze był on (diabeł, nie kościół) brudny, kudłaty, rogaty, ogoniasty i z kopytami. Ten wizerunek dobrze sobie zapamiętałam. Moja ukochana babcia była prostą kobietą, bogobojną (ale daleko jej było do dewotki!) i wychodziła z założenia, że gdyby spotkała na swojej drodze takiego diabła, to by go pogoniła choćby mokrymi majtkami i mnie również zachęcała do stawiania mu się za wszelką cenę.
To było tuż przed Bożym Narodzeniem. Roraty u nas odbywały się wieczorami i gdy już niemal się kończyły, poprosiłam babcię o zabranie mnie na nie. Babcia ubrała mnie ciepło, wsadziła na sanki i zabrała, dając przepiękny lampion w łapki :)
Wszystko byłoby super, gdyby nie sam diabeł... który bezczelnie przemykał sobie po bocznej nawie, między drzwiami zakrystii a bocznymi kościoła. Obserwowałam go starannie, ale za każdym razem gdy dyskretnie starałam się zaalarmować babcię, on znikał i babcia ani razu go nie zobaczyła. Uznała, że to wynik ogromnej wyobraźni i przejęcia chwilą. Powiedziała, że mam się niczego nie bać, bo Pan Jezus diabła pogoni.
Msza się skończyła, ja znów na sanki, niby mam lampion itd., ale jednak strach przez tamtym diabłem nie dawał mi spokoju. Przez następne trzy dni również go widywałam i razem z siostrą oraz bratem doszliśmy do wniosku, że Pan Jezus jest jeszcze za mały, żeby samemu diabła przegonić, więc my mu pomożemy i go obronimy.
Przed ostatnimi roratami babcia zgodziła się zabrać całą naszą trójkę, ale zastrzegła, że tym razem pójdziemy o pół godziny wcześniej, bo musi coś załatwić. Babcia poszła do zakrystii, a my grzecznie oglądaliśmy malowane ściany kościoła, czając się na diabła. Każde z nas miało pod kożuszkiem solidny kij, a ja nawet sznur i butelkę z wodą święconą, ukradzioną z misy przy drzwiach.
Msza się niemal zaczyna i jest! Diabeł! Przemyka nawą do zakrystii, żeby ukraść małego Jezuska! Z pobożną pieśnią na ustach, z tymi kijami, sznurem i wodą rzuciliśmy się na biednego diabła, podcinając mu nogi, tłukąc go i próbując krępować.
Diabeł okazał się być przebranym, ciemnoskórym, młodym księdzem, który miał grać diabła na jasełkach w ostatni dzień rorat. W pełnym przebraniu (epickim!) przemykał codziennie na próby, które odbywały się tuż po wieczornej mszy, a jego chwila sławy miała nadejść tamtego wieczora. Biedny chłopak nieźle dostał, zanim ktoś nas odciągnął.
Babcia złapała się za głowę, proboszcz kisł ze śmiechu, młody ksiądz z jednej strony jęczał, z drugiej się śmiał. Ludzie zdezorientowani, dwóch panów chciało nam nawet pomóc diabła lać. Sprawę szybko wyjaśniono, nikt na nas nie krzyczał, ale mnie wstyd do dzisiaj...
Z koleżankami grałyśmy w multiplayera zwanego PANFU. Chodziło o to, że każdy miał swoją pandę i mógł ją upiększać, kupować ubranka, rozmawiać z innymi pandami na serwerze. Oczywiście za niektóre dodatki dla naszych bohaterów trzeba było płacić poprzez połączenie konta z kartą bankową (żadna z nas nie miała konta premium).
Kiedyś ogłoszono, że do gry dodają kolejny ląd, na który można było wybrać się swoją pandą. Wszystkie byłyśmy strasznie zajarane tym faktem. Czekałyśmy na to wydarzenie bardzo długo. Jakie było nasze zdziwienie, kiedy okazało się, że tylko pandy z kontem premium maja możliwości udania się w to nowe miejsce...
Jako że byłyśmy bystrymi dziewuchami, zamiast załamywać się i ubolewać nad brakiem tych przywilejów, uknułyśmy plan.
Codziennie przychodziłyśmy o tej samej porze na dany serwer, zbierałyśmy się pod wejściem na nowo otwarty ląd i strajkowałyśmy naszymi kolorowymi pandami, że to dyskryminacja i niedopuszczalna sytuacja i że każdy ma prawo do zwiedzania. Trwało to przez jakiś tydzień, dołączyli do nas nawet obcy ludzie. Szczerze mówiąc nikt nie podejrzewał, że nasz strajk coś wniesie, aż pewnego pięknego dnia jakaś dziewczyna podała nam hasło do swojego konta premium i nasza ciekawość mogła zostać zaspokojona.
Tak więc zorganizowałyśmy kiedyś z koleżankami strajk na serwerze gierki internetowej i nawet odniosłyśmy sukces!
PS Samo odkryte miejsce okazało się mega chałą, a chwilę później przeszłyśmy grać w nasze pandy :D
Pewnego razu, będąc na zakupach w jednej z rzeszowskich galerii, postanowiłam pójść zapalić papierosa na palarnię. W momencie kiedy tam wchodziłam, byłam zupełnie sama. Totalnie pochłonięta swoim telefonem puszczałam bąka za bąkiem. Były naprawdę głośne, ale uznałam to miejsce za najbardziej odpowiednie w tym momencie.
Kiedy podniosłam głowę, okazało się, że razem ze mną siedzą tam jeszcze 3 inne osoby, które jakimś cudem niezauważone musiały tam wejść.
To było żenujące.
Jako mała dziewczynka uważałam, że posiadam mnóstwo talentów. Oczywiście, jak to dziecko, chwaliłam się nimi naokoło.
Może byłoby to normalne, gdyby nie to, że wyznałam mojej pani przedszkolance, że mogę zatrzymać proces siusiania i zacząć robić kupkę i odwrotnie.
Teraz pani przedszkolanka jest moją teściową i lubi to przypomnieć.
Osoba, którą znam od dzieciaka i uważałam za bratnią duszę, okradła mnie z mojego marzenia.
Planowałyśmy razem składać podania o dofinansowanie unijne na otwarcie własnej działalności; rozmawiałyśmy godzinami z zapałem o naszych pomysłach. I co?
Ona złożyła cichaczem wcześniej, z moim planem.
Jej mąż wygadał się przypadkiem, mówiąc, że trochę był zdziwiony nawet jej nagłą zmianą pomysłu, ale ten nowy projekt brzmi świetnie i oryginalnie. Zachowałam zimną krew, pogratulowałam i kazałam życzyć żonie szczęścia w moim imieniu.
Ale wiecie co? Nie poddałam się. Wzięłam na tapetę jej plan, tylko zmodyfikowałam go po swojemu. Nie jest to to, o czym marzyłam od wielu lat, ale myślę, że też się w tym odnajdę i będzie dobrze :) Mój mąż, dobry znajomy jej męża, wrócił w zeszłym miesiącu z pracy z informacją: udało im się, dostali. Powiedziałam, żeby przesłał im kwiaty. Wiedział, jak to przeżyłam, więc patrzył na mnie zdziwiony.
Dziś dostałam kolejnego smsa o próbie trzydziestego połączenia w ciągu kilku dni z jej numeru. Jest zablokowana.
Kłopot polega na tym, że aby wykonywać działalność, którą sobie wymarzyłam, trzeba mieć pewną wiedzę tematyczną i praktyczną... nie wystarczy fajny pomysł. Więc chyba znam powód jej nagłej chęci ocieplenia stosunków.
I... nie żałuję, serio :). Jedna toksyczna osoba mniej w otoczeniu!
Byłam dziś u kolegi, w którym skrycie się podkochuję. Chcieliśmy pograć na konsoli.
Zorientował się, że zapomniał hasła do swojego konta na Xboksie. Nieźle się zakłopotał, i postanowił, że wpisze pierwsze hasło jakie pamięta, że używał na tym koncie.
Jakie wielkie było moje zdziwienie, kiedy w miejsce hasła wpisał... moje imię.
Jeszcze dziwniejszym było, że hasło było poprawne.
Ostatnio podczas rozmowy z koleżankami zeszliśmy na temat utraty dziewictwa. Pierwszy raz u większości dziewczyn był w wieku 15-18 lat. W domach, na imprezach itp. Ja bałam się przyznać i skłamałam wymyślając podobną historię do ich przeżyć.
Straciłam dziewictwo w wieku 12 lat na placu zabaw z chłopakiem z którym chodziłam od pierwszej klasy podstawowej. Uważaliśmy się za takich dojrzałych, a teraz jak o tym myślę, jest mi strasznie wstyd. Taka oto moja mała tajemnica :)
WYZNANIE DLA +18
Wynajmuję mieszkanie.
3 osobne pokoje, kuchnia, łazienka.
Normalne mieszkanie, w którym dzieją się nienormalne rzeczy.
Mieszkam z dwoma moimi kolegami z roku.
Kiedyś, gdy wróciłam do domu wcześniej niż miałam, zastałam mojego współlokatora, który uprawiał seks ze swoją dziewczyną w kuchni.
Normalnie brał ją na kuchennym blacie.
Zamurowało mnie, stałam i patrzyłam. Dopiero po chwili zorientowali się, że patrzę.
On speszony, ale ona zaczęła się śmiać i dla żartów zaprosiła mnie do wspólnej zabawy. Odparłam, że wolę popatrzeć, ale jednak sobie poszłam.
Na moich urodzinach byli moi współlokatorzy, dziewczyna jednego z nich i mój chłopak. Upiliśmy się i zaczęliśmy ze sobą gadać. Nie wiem czemu, ale laska mojego współlokatora wspomniała o tym żenującym incydencie. I tak się zaczęło.
Wszyscy pijani, to zaczęliśmy żartować, że trafiłam na seans porno w 3D.
Dziewczyna kumpla wyznała, że od zawsze kręciły ją takie dziwne rzeczy i że ma ogromną ochotę zobaczyć, jak jej facet całuje się z inną.
A że byłam jedyną dziewczyną i mój facet się zgodził, to pocałowałam się z nim.
Na następny dzień, gdy wytrzeźwieliśmy, pogadałam z kumplem i jego dziewczyną i przepraszali mnie za to, ale ja wcale nie byłam zła. Wręcz przeciwnie. Miałam ochotę na więcej takich zabaw.
Mój facet był moim pierwszym, z którym się całowałam i z którym uprawiałam seks i byłam ciekawa, jak to jest.
Z czasem zaczęłam pozwalać sobie na coraz więcej. Moi współlokatorzy uprawiali seks ze sobą, a ja patrzyłam albo się zabawiałam sama ze sobą. Strasznie to podniecało dziewczynę mojego kumpla i raz w trakcie takiej zabawy zaliczyliśmy trójkąt. Nigdy w życiu nikt mi takiej minety nie zrobił (do czasu, ale o tym potem).
Mój facet, gdy się o tym dowiedział, to się wkurzył, ale stwierdził, że też chce coś z tego mieć.
Co weekend robiliśmy sobie niegrzeczne spotkania.
Siadaliśmy w piątkę, a czasem w szóstkę, jak drugi kumpel przyprowadził koleżankę biseksualną.
Uprawialiśmy seks w parach, gdy reszta patrzyła.
Biseksualna koleżanka robiła najlepsze minety.
A wiecie co najbardziej mi się podobało?
Gdy mój facet wjechał we mnie od przodu, a biseksualna koleżanka założyła pas i zajęła się mną od tyłu. Nigdy nie było mi tak dobrze.
Reszta patrzyła.
Pewnie wiecie, co w tym anonimowego.
Ale jest jeszcze jeden mały szczegół.
Mieszkanie wynajmujemy od KSIĘDZA, który nie chciał, bym mieszkała z moim facetem z jednym pokoju, bo on tego nie popiera.
Wiem, że nigdy się o tym nie dowie, ale cholernie mnie to bawi.
Jak byłam mała, to byłam wzorową uczennicą. Same 5 i 6, koło recytatorskie, konkursy - no takie typowe dobrze uczące się dziecko. Ale właśnie z takimi uczniami sadza się osoby niewychowane, żeby się naprostowały, albo niepełnosprawne czy chore umysłowo.
Pani uważała, że skoro jestem taka super miła, grzeczna i ułożona, to jak się posadzi ze mną niegrzecznego chłopca, to on nagle stanie się taki jak ja. Nieprawda. Obcinał mi włosy, niszczył zeszyty i przy nim nie potrafiłam się uczyć. A przy próbie rozmowy z nauczycielem o zmianie kolegi z ławki - "Nie i koniec! A poza tym to do ciebie niepodobne, by mieć 4, masz się poprawić!".
Potem posadziła do mnie chłopca z ADHD, wulgarnego, obleśnego i zboczonego. Obmacywał mnie, wmawiał wszystkim, że jesteśmy parą i ma prawo takie rzeczy robić. Koleżanki się ze mnie śmiały, a koledzy chcieli być jak on. Też chcieli mnie obmacywać. Mama wpadła w szał, szum z dyrektorem, a chłopak i tak nie zdał.
Nowy rok, a do mnie posadzono dziewczynkę z zespołem Downa. Była bardzo fajna i w końcu ktoś, że się tak wyrażę, normalny. Ale sęk w tym, że ja jej miałam pomagać, a ona była lata świetlne za nami w materiale. Więc ja musiałam stać się jej prywatnym nauczycielem i mój program z mamą robić w domu same. Bo nie miałam kiedy uczyć się na lekcji, jak przymuszano mnie do pracownia z nią. Delikatna sprawa. Mama się trochę bała z tym interweniować, ale to zrobiła. Dziewczyna dostała lekcje indywidualne plus parę lekcji z nami dla socjalizacji, a ja w końcu miałam swoją koleżankę do ławki (przez miesiąc).
Niedoczekanie, ostatnia klasa podstawówki a mi dosadzili dużo starszego kiblowicza. On lada chwila będzie dorosły, a sadzają go z 12-latką... To jest dopiero chore. Motywu nie znam do tej pory. Ale to co wyczyniał siedzi mi do teraz w głowie i nigdy nie wyjdzie. Rzucał w nauczycieli i we mnie plecakiem, wytykał do mnie pod ławką swojego członka, chciał, żebym go macała. Niszczył mi rzeczy, darł ubrania, obmacywał. Gdyby koleżanki nie poszły do mamy, to nie wiem, co by było. Ja byłam tak straumatyzowana, że nie chciałam jej w to wciągać. A właśnie powinnam. I to nie tak, że to jedna mnie posadziła i strugała pajaca. Wszyscy to widzieli i nagle im wzrok odebrało.
To nie jest i nigdy nie będzie dobra metoda wychowawcza. Wypacza dobre dziecko i złe czuje się chronione, pod przykrywką. Słuchajcie swoich dzieci, jak moja mama. Gdyby nie ta "nachalna i nietolerancyjna" kobieta, to nie byłoby dobrze. A każde dziecko chce mieć znajomych, z którymi siedzi w ławce i z którymi może rozmawiać i się śmiać, zawrzeć prawdziwą przyjaźń. Ja też chciałam. A to była cholerna podstawówka.
Historia Marka, człowieka, który odmienił mój światopogląd.
Prowadzę firmę remontową wraz z dwoma kolegami. Pewnego razu przeceniliśmy swoje możliwości i musieliśmy zatrudnić rąk do pracy, bo termin się zbliżał nieubłaganie. Dałem ogłoszenie w internecie. Przez trzy tygodnie przewinęło się 8 osób, ale niestety wymagali ogromnych wynagrodzeń bez żadnych umiejętności. Chcieli zarabiać po 3000 na rękę nie brudząc sobie rąk...
Już totalnie zrezygnowany odbieram telefon w czwartek wieczorem. Marek. 19 lat. Bez doświadczenia. Mówię: dobra, przyjdź o 7 tam i tam.
Piątek rano Marek stoi już za 10 siódma. Trochę Cygan, wychudzony. W starych ciuchach i z kolorowym plecakiem. Cały dzień pracował bardzo dobrze. Pod koniec dnia poprosił o 100 zł zaliczki. Dałem mu i już myślałem, że go nie zobaczę. Bo w końcu piątek, przyszedł dorobić na imprezę.
Zdziwiłem się, bo następnego dnia znów na nas czekał. I tak codziennie. Szybko się uczył i pracował jak maszyna. Dosłownie. Co tydzień brał tylko 100 zaliczki . Nic o sobie nie mówił. Nie żartował z nami. Był bardzo grzeczny i się słuchał. Nie zapytał nawet, ile dostanie wypłaty.
Zlecenie oddane przed terminem... Głównie dzięki Markowi, bo robił za dwóch. Chłopaki już pojechali do domu, a ja z Markiem spakowaliśmy sprzęt. Jak skończyliśmy, mówię do Marka, że czas rozliczyć się za pracę. Wyciągnąłem 3000 zł i mu podałem. A Marek trzyma te pieniądze bez słowa... i płacze. Łzy lecą mu jak woda z kranu. Ja w szoku. Pytam, co się stało. I chłopak opowiedział mi swoją historię.
Że pochodzi z patologii. W wieku 18 lat uciekł z południa Polski na wybrzeże. Że w jego domu był bity. Matka uprawiała seks z menelami na jego oczach, bo przynosili wódkę, a ojcu też to pasowało. Starsza siostra nie lepsza. Że w jego domu nie było nic. Syf i melina. Długo by opowiadać.
Od roku bezdomny... miał parę prac, ale mu nie płacili albo gnębili psychicznie. Opowiadał mi to wszystko dalej płacząc.
Byłem w szoku totalnym... Zawiozłem go do siebie, bo mam piwnicę wyremontowaną na kawalerkę, pozwoliłem mu tam mieszkać.
Minęło 8 lat od tego zdarzenia.
Marek dalej z nami pracuje. Dobrze zbudowany i pewny siebie. Kupił mieszkanie, poznał piękną dziewczynę. Zdał prawo jazdy. Rok temu powiedział mi, że uratowałem mu życie. A to on swoją ciężką pracą zapracował sobie na wszystko. Sam jeden. Wiem, że zawsze mogę na niego liczyć. W sumie to kocham tego chłopaka jak syna.
PS. Po roku pracy tak sobie rozmyślam całą sytuację i coś mi nie pasowało... Mówię do Marka "Ku**a, Mareczek, a jak to możliwe, że znalazłeś nasze ogłoszenie w internecie, jak nie miałeś wtedy komputera?".
Marek mi powiedział, że pomógł mu jeden człowiek, którego poznał w poprzedniej pracy. Pan Witold, lat 53. Jego wnuczka drukowała ogłoszenia, a on dzwonił. I to on wtedy podał się za Marka, jak do mnie dzwonił.
Dodaj anonimowe wyznanie