Właśnie doświadczyłem największego wstydu w swoim życiu.
Zacząłem kręcić ze studentką 6 roku medycyny. Mieliśmy pierwszą randkę, poznaliśmy się, było miło. Nie spodziewałem się, że do następnego spotkania dojdzie tak szybko.
Na następny dzień poszedłem na zastrzyk antybiotyku. Wchodzę do pokoju zabiegowego, a tam grupa studentów, w tym ona...
Nie, nie wstydziłem się pokazać kawałka pośladka przy dziewczynie, bardziej wstydzę się tego, że był to oddział wenerologiczny...
Trzeciego spotkania chyba nie będzie :(
Nienawidzę szowinizmu, nienawidzę, jak mężczyźni mówią "baba to tylko do garów" itd. Z moją żoną jestem już prawie 7 lat. Na studiach pracowała jako kelnerka, a później kierownik sali w restauracji. Jest niezwykle ambitna, obecnie wychowuje nasze maleństwo, robi szkołę podyplomową i planuje otworzyć swoją poradnię dietetyczną. Jest naprawdę świetna w tym co robi. Jednak zrozumiałem to dopiero ostatnio.
Wszystko zaczęło się po narodzinach synka. Ja wziąłem dodatkowe godziny w pracy, aby (jak mi się wtedy wydawało) podreperować nasz domowy budżet, a ona została w domu. Zacząłem zachowywać się jak totalny pajac. Przychodziłem do domu po pracy i zastanawiałem się gdzie jest obiad, przecież jest 15, miała tyle czasu, aby go ugotować. Zacząłem wytykać jej, że to ja zarabiam, a ona siedzi z dzieckiem (tak jakby nie dostawała macierzyńskiego), że nie mam siły ani ochoty przychodzić po pracy i ogarniać domu, skoro ona i tak tutaj siedzi. Tłumaczyła mi, że z niemowlakiem nie da się nic zaplanować, że samo karmienie go (na początku) to dobre parę godzin dziennie. Ja się tylko wkurzałem, krzyczałem, że powinna dać butelkę i po sprawie, ale ona się uparła (i bardzo dobrze! Dziękuję jej za to). Nie widziałem tego, jaki ogrom pracy ona wykonuje, że wstaje w nocy po parę razy, kiedy ja smacznie śpię, że sprząta, kiedy synek zasypia, że uczy się wieczorem. Byłem egoistą! Chciałem, aby znowu była seksowna, aby znowu się malowała, aby w domu było czysto, aby znowu się uśmiechała.
Wszystko to trwało jakieś 4 miesiace, do momentu, aż moja żona zachorowała. Miała zapalenie nerek, bardzo ostre, trafiła do szpitala, a ja zostałem z dzieckiem sam! Totalnie sam. I uświadomiłem sobie, że nie wiem co mam robić. Kiedy on je, ile je, co ile zmieniać pampersa, jak kąpać, jak usypiać, nie wiedziałem kompletnie nic. Pierwszy dzień był najgorszy, ale ja podszedłem na lajcie. Włożyłem synka do bujaka i odpaliłem Xboxa, gram w Fifę, a on zaczyna płakać! Mówię - zaraz podejdę, daj już spokój, a on jeszcze głośniej. Tak było przez cały dzień, nosiłem go na rękach, bujałem, plecy mnie już bolały, nie mogłem napić się spokojnie kawy. Trzeba było iść do sklepu na zakupy, nie wiedziałem nawet jak go ubrać. W pewnym momencie zacząłem płakać i nie dlatego, że sobie nie radziłem (choć to było oczywiste), ale dlatego, że zostawiłem swoją żonę samą. Po porodzie nie miała we mnie wsparcia, a było jej ciężko, często nie miała czasu, aby coś zjeść, a martwiła się o mnie. Wykończyła się i dlatego jej organizm się zbuntował, a wystarczyło, abym czasem podał jej malucha w nocy, abym czasem zrobił jej obiad czy śniadanie, abym ją docenił i pomógł. Bo dla mnie opieka nad niemowlęciem i domem jest dużo cięższą pracą niż moja praca za biurkiem w banku.
Dla mnie kobiety są bohaterkami, potrafią często dużo więcej niż faceci!
Moi "rodzice" to typowa polska cebula.
Dla mojego ojca, zagorzałego socjalisty, każdy kto może pozwolić sobie na droższy samochód, czy zagraniczne wakacje to "pieprzony złodziej". Oczywiście on sam jest wzorem wszystkich cnót tego świata, co niedziela na kolanach do kościoła, no po prostu świętością bije na głowę samego papieża, jednak mimo to nie on jest najgorszy.
Najgorsza jest moja matka - manipulatorka, która okręciła sobie mojego ojca wokół małego paluszka. Uważa, że wszystko jej wolno i do wszystkiego ma prawo.
W swoim pokoju na wierzchu nie mogę zostawić niczego, ponieważ zaraz jest pootwierane, przekopane itp. Na wszystko ma jedno wytłumaczenie "Skoro to mój dom, to wszystko co w nim jest również należy do mnie". Jedak przegięła pałę, kiedy odebrała od listonosza list, podając się za mnie. Listonosz najwidoczniej w dupie miał to, komu przekazuje list. Był to list z zawiadomieniem o spóźnionej zapłacie raty, którego ona NIE MIAŁA PRAWA odbierać, a co dopiero otwierać.
To, co stało się po tym, jak go przeczytała, to prawdziwe piekło. Zaczęła wyzywać mnie od złodziei i oszustów, nie docierały do niej żadne moje argumenty, że to była jednorazowa sytuacja. Z udawanym płaczem zadzwoniła do ojca, żeby powiedzieć mu o wszystkim, a kiedy się rozłączyła z uśmiechem powiedziała, że jak ojciec wróci, to mnie "zaj*bie". To, co działo się po jego powrocie, to był jakiś chory cyrk. Żadne tłumaczenia nie docierały do jego pustego łba. Rozpowiedzieli całej rodzinie, że jestem złodziejem i dłużnikiem, wskutek czego wszyscy się ode mnie odwrócili. Nikt nawet nie chciał wysłuchać mojej wersji. Moja kochana mamusia osiągnęła swój cel - udało jej się nastawić całą rodzinę przeciwko mnie. Zrobiła ze mnie najgorszego potwora "bo przecież ona otwarła ten list dla mojego dobra, a ja nie doceniam tego, jak ona się dla mnie poświęca!".
Po tym wszystkim w przeciągu kilku dni wynająłem sobie małą kawalerkę i wyniosłem wszystkie swoje rzeczy pod ich nieobecność. Wyszedłem bez słowa i więcej nie wróciłem, dla mnie ci ludzie już nie istnieją. Jak tylko uporządkowałem swoje życie, poszedłem na policję złożyć zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa, jakim jest otwieranie i powielanie cudzej korespondencji, ponieważ od kuzynki dowiedziałem się, że ojczulek skserował sobie to pismo i porozsyłał je po całej rodzinie "jako dowód".
Jestem ciekaw, czy jeśli dostanie wezwanie na komisariat, to dalej będzie święcie przekonana, że ma prawo otwierać cudzą korespondencję.
Moja siostra jest płaskoziemcem, antyszczepionkowcem, wierzy, że za 9/11 odpowiadają Amerykanie, w chemtrails, Zięba to jej guru. Wierzy we wszelkie teorie spiskowe, ogólnie każdą taką teorię traktuje zupełnie serio.
Bardzo ją kocham, ale tak mi za nią wstyd, że usunęłam swoje konto na Facebooku, na którym miałam ją w znajomych, bo ciągle udostępniała różne takie pierdołowate posty i wklejała je na mojej tablicy. Siostrze powiedziałam, że to przez ostatnią aferę ze zdobywaniem danych przez różne firmy.
Nigdy się jej nie przyznam, że założyłam nowe konto, na które jej nie zaproszę.
To znowu ja, były nauczyciel matematyki pozwalający studentom na ściąganie.
Pod poprzednim wyznaniem pojawiło się ubolewanie nad moim odejściem od nauczania. Spieszę z pocieszeniem, że na wydziale, na którym pracowałem było wielu pracowników, którzy jako dydaktycy byli... no... mistrzami. Ideałami, którym bardzo nieudolnie starałem się dotrzymać kroku.
Jednym z tych ideałów był doktor X, z którym miałem przyjemność jeszcze w trakcie studiów mieć zajęcia. Człowiek o ogromnym poczuciu humoru i dystansie do siebie. Egzaminy i kolokwia w żartach przedstawiał jako pojedynek studenci-wykładowca. Zadania były trudne, ale przegrać z kimś takim jak on to jak wygrać.
Doktor X często formułował wskazówki, jak w pełni wygrywać ze studentami.
Myślą przewodnią było: Starać się wspiąć na wyżyny własnej złośliwości.
Oczywiście trzeba to robić z klasą. Nie poprzez zadawanie diablo trudnych zadań, nie przez kładzenie nacisku na duże skomplikowanie lub czasochłonność, a wręcz przeciwnie...
1. Podczas omawiania jakiegoś przykładu wspomnij kilkukrotnie, że to pewnik na kolokwium/egzamin. Upewnij się, że nikt nie ma pytań i wszyscy rozumieją. Przed egzaminem przypomnij, że tego typu zadanie jest niemal pewne. Gwarancja, że 70% studentów go nie zrobi.
2. Jeżeli jest jakaś popularna w internecie metoda, skup się na przedstawianiu metody alternatywnej. Zaznacz, że zadanie z wykorzystaniem tej metody będzie na kolokwium. Zadanie skonstruuj tak, żeby wykorzystanie metody z internetu było mozolne i czasochłonne, a metody alternatywnej niemal trywialne. 80% zrobi metodą z internetu i pogubi się po drodze.
3. Konstruuj zadania, w których chwila zastanowienia się pozwala zaoszczędzić mnóstwo czasu (np. skomplikowana całka potrójna, w której zamiana kolejności całkowania sprawia, ze staje się trywialna) - 90% polegnie.
4. Na poprawie daj te same zadania, co na pierwszym terminie, bez zmieniania treści ani nawet danych - gwarantowane 99% zwycięstwa.
To zaledwie kilka ze wskazówek doktora X.
Jako człek z natury złośliwy, na swoich zajęciach wprowadzałem w życie wszystkie wskazówki mojego guru. Urzekła mnie przede wszystkim konstrukcja sprawiająca, że wygrana była podwójna - nie dość, że student nie zaliczył, to jeszcze mógł mieć o to pretensje tylko i wyłącznie do siebie ;)
Jedyne, co mi nie pasowało w tych wskazówkach, to statystyki, które wydawały się bardzo zawyżone.
Otóż, Szanowni Anonimowi, myliłem się.
Te statystyki nie były ani trochę zawyżone.
Tak więc do listy moich wad możecie śmiało dopisać: złośliwy i znęcający się psychicznie nad studentami ;)
PS. Po tym wyznaniu raczej nie będę tak lubiany, ale na wszelki wypadek (żeby uniknąć rozczarowań i złamanych serc) zaznaczę, że jestem już w szczęśliwym związku z cudowną dziewczyną :)
Mój chłopak zawsze mówi, że podszedł do mnie, bo w środku lata pachniałam jak jego ulubiony napój - grzane wino. Uznał to za znak od Boga, że to właśnie ja jestem tą właściwą osobą, bo dopóki nie zaczęliśmy oficjalnie być razem, to wciąż czuł ten zapach.
Nigdy się mu nie przyznałam, że w tamtym czasie olejkiem goździkowym, który oprócz charakterystycznego zapachu ma też silne właściwości przeciwgrzybicze, leczyłam łupież pstry.
W ubiegłym tygodniu wychodziłam z domu dość zmęczona. Kiedy dojechałam na parking koło mojej pracy, nagle usłyszałam cichy głos mówiący do mnie: "Ale mamo, to nie jest szkoła". Tak, zapomniałam odwieźć córkę do szkoły...
Ostatnio podczas podróży do miasta zobaczyłem starszą panią, która macha na stopa. Zatrzymałem się i spytałem, czy pilna sprawa i dokąd młoda gazela kopytkuje. Pani babcia odpowiedziała, że "do lekarza umówiona jest, a rozkład zmienili i autobus był wcześniej".
Rodzice wychowali mnie na dobrego człowieka, więc postanowiłem pomóc starszej kobiecie w potrzebie. Pani usiadła z tyłu, poprosiłem, żeby zapięła pasy i ruszamy w drogę. Ważne jest, że w tym czasie w moim samochodzie grała muzyka Perfectu. Pani coś tam skomentowała, że za młodu bardzo lubiła i przez większość drogi siedziała cicho.
Jak wiadomo, utwory w odtwarzaczu się zmieniają i się zmienił na nowa piosenkę Taconafide - Metallica 808. Pani tylko popatrzyła, no i słucha. Aż doszło do momentu, w którym Taco wypowiada słowa "I zaczął pisać ten hip-hop po to, by was wkurwić
Neandertalczyku, ja patrzę w przyszłość jak Stan Kubrick".
Babcia zaczęła robić mi tyradę, że to pomiot Szatana ta muzyka, że ona wysiada i ogólnie to ja nadaję się do psychiatryka i leczyć się powinienem. Zaczęła szarpać za klamkę (na szczęście mam automatyczne zamykanie zamków), za mój fotel.
Co zrobiłem ja? Nakrzyczałem na nią?
Zatrzymałem się w zatoczce i sobie tak grzecznie stałem. Pani oburzona, że ona do lekarza nie zdąży, że mam ruszać, bo coś tam. Poczekałem jeszcze chwilę, pani tylko wymamrotała cichutko "przepraszam", a ja ruszyłem dalej w drogę.
Pani babcia zdążyła, a ja? Ja dostałem kinderka w ramach przeprosin.
Może to jest metoda na wszystkie agresywne starsze babcie? Opanowanie i spokój? A może jej się wygodnie jechało i dlatego nie chciała wysiąść? Czort ją wie :/
Nauczyłem się grać na gitarze ani razu jej nie dotykając.
Jak, spytacie?
Ano tak, że na gitarę nie było mnie stać, za to znalazłem w domu starą ciupagę, która wielkością przypominała gryf gitary. Tam, gdzie jest końcówka ciupagi, były moje "przetworniki". Dalej nie nadążacie?
Aby grać na ciupadze, przywiązałem do niej kilka sznurków i włączałem sobie tutoriale czy nagrania, gdzie znani gitarzyści grają. Ja starałem się odtworzyć ich ruchy, a także ułożenie palców na gryfie, tak żeby odpowiadały akordom. Tak właśnie się nauczyłem grać na gitarze. Kiedy już było mnie stać na upatrzonego Stratocastera, nie miałem problemów, żeby na nim zagrać.
Dlaczego to zrobiłem? Gitara była mi potrzebna do jednego, żeby zagrać dziewczynie, która mi się podobała utwór Stinga, jej ulubiony.
Zadziałało. ;)
Słoneczne popołudnie w osiedlowym sklepiku moich rodziców. Ruch całkiem spory, bo pora powrotów z pracy. Kasuję towary i śmieszkuję ze stałymi klientami, gdy wchodzi on - wysoki, przystojny, w idealnie skrojonym, pewnie drogim garniturze. Wchodzi niepewnym krokiem i nieśmiało kieruje swe kroki ku warzywniakowi.
Zaciekawiona/zauroczona/prawie zakochana obserwuję go zza kasy, w międzyczasie kasując towary. Mija dwadzieścia minut, a on dalej ogląda warzywa. Nie powiem, wybór mamy zacny, bo rodzice mają też stoisko na giełdzie spożywczej i zawsze mamy różnorodne świeże warzywa i owoce. Ale bez przesady, nikt nie wybiera marchewki 20 minut. Schodzę z kasy i pod pretekstem układania towaru chowam się między półkami, żeby móc go swobodnie obserwować, sama nie będąc zauważoną. Ruch spokojniejszy, ludzi praktycznie nie ma, więc zadanie ułatwione.
Nagle mój przyszły mąż i ojciec moich dzieci rozgląda się ukradkiem, po czym wącha, maca i ogląda paprykę i pomidory. Mój luby jakimś warzywnym perwersem?! Nie będzie ci on wkładał swoich paluchów w moje pomidory! Uzbrojona w miotłę podchodzę do niego w bojowym nastroju (a takie piękne mieliśmy mieć dzieci, bliźniaczki!) i pytam groźnie, czy w czymś pomóc. Zaczerwiony, jąkając się (ha! A jednak przyłapany na niecnym czynie!) pyta się, która papryka najsłodsza. "Bo widzi pani, moja dziewczyna się na mnie obraziła i chcę jej coś kupić na przeprosiny. Ale ona jest na diecie, więc czekoladki odpadają, a tak uwielbia paprykę". Ocierając ukradkiem łzy zawodu i wzruszenia pomogłam mu wybrać najlepsze warzywa, zapakowałam w piękny kosz i celofan i dodałam nawet wstążkę w serduszka. Podziękował wylewnie i niesiony nadzieją na przebaczenie pognał do swojej wybranki.
Następnego dnia zaś przyszła jego dziewczyna, a nasza stała klientka, podziękować za paprykowe doradztwo. Okazało się, że jej chłopak zwolnił się wcześniej z pracy i gnał przez pół miasta, żeby kupić u nas najlepsze pomidory, bo słyszał, jak ona zachwala nasz sklep. A pokłócili się za brak jego wsparcia w jej diecie.
Ech, to jest miłość...
Dodaj anonimowe wyznanie