Największym problemem dla pierwszoroczniaków medycznych jest anatomia. Zetknięcie z taką masą materiału, skomplikowanych łacińskich nazw, szczegółów, o istnieniu których się nie sądziło, a do tego krótki czas na przyswojenie tego powoduje, że szok jest nieodzowną częścią przynajmniej początku przygody z tym kierunkiem.
Znajoma z grupy, nazwijmy ją Ania, jest wrażliwa na natłok informacji, w związku z czym nie radzi sobie za dobrze. Dodatkowo sprawy nie ułatwia prowadzący, facet przed emeryturą, który nadal sądzi, że lekarzami powinni być mężczyźni, a kobiety nadają się najwyżej na pielęgniarki, a najlepiej to salowe, bo nie da się tam nic zepsuć. Wziął sobie biedaczkę na celownik i ewidentnie gnębił od początku, pytając na niemal każdych zajęciach (na szczęście oceny cząstkowe nie mają wpływu na dopuszczenie do kolokwiów). Ostatnio facet jednak przebił wszystko.
Przed każdym kolokwium dostajemy listę tematów, z których mamy się nauczyć teoretycznie. Potem losujemy z puli, mamy czas na przygotowanie i odpowiadamy. Ania wylosowała mięśnie przednie uda. Temat całkiem przyjemny, bez dziwnych nazw, unerwienie i unaczynienie w dużej mierze wspólne. No i mówi. Skończyła, a gość się pyta o nerw udowy. Ona robi wielkie oczy, przecież to jest inne pytanie. Nie, ma odpowiadać, bo jej nie zaliczy. Powiedziała wszystko. A od czego on wychodzi? Ze splotu lędźwiowego. Proszę o nim opowiedzieć. Kolejne osobne pytanie, do tego strasznie upierdliwe, z tych, o którego niewylosowanie modlą się studenci do Wielkiego Ducha Anatomii, względnie czaszki stojącej w pokoju. I tak dalej. Dziewczyna jednak obkuta, czasem się za długo zastanawia, ale jednak prawidłowo odpowiada.
Zagiął ją na czymś innym, nie pamiętam już. Ania odwołuje się, będzie zdawać komisyjnie.
I tu na doktorka jest hak. Zmienił się kierownik katedry. Za przechodzącego na emeryturę profesora przyjaźniącego się z prowadzącym przyszedł lekarz dość młody, ale z pozytywnym zacięciem i nielubiący się z naszym. No ale on jest kierownikiem, on pyta. Ania odpowiedziała na 4,5. Po tym prosi ją, żeby została na chwilę i żeby opowiedziała całą sytuację. Tak też zrobiła, nas poprosiła, żebyśmy w obrębie grupy zebrali świadectwa, jak się zachowuje prowadzący i przekazali to kierownikowi.
Na konsekwencje czekamy, ale chodzą słuchy, że będzie wywalony.
Oby, niech choć tutaj, na uczelni państwowej, sprawiedliwości stanie się zadość.
Oficjalnie podczas jazdy rowerem nieszczęśliwie upadłam pupą na rozbite szkło. Jak było naprawdę?
Leżę sobie na łóżku, aż tu nagle odczuwam spore ciśnienie w pośladach. Wypinam więc tyłek i uwalniam pierda mordercę. Ryknęło basem, od którego drżą ściany i pęka podłoga. Srogi bączur poniósł się echem po całym mieszkaniu.
Opętańczy wyziew piekielnej otchłani dotarł do moich królików, które chyba pomyślały, że atakuje mnie jakiś demon. Przybiegły do pokoju, skoczyły na łóżko i jak jeden mąż wgryzły mi się w pośladki. Zaskoczona krzyknęłam i mimowolnie wypuściłam kolejnego potwora. Króliczy wojownicy odebrali to jako wrogie warczenie demona i zaatakowali brutalnie.
Bitwa była krótka, ale krwawa.
Podziwiam lekarza, który nie wybuchnął śmiechem, gdy opowiadałam co się stało - zrobił to dopiero jak wyszłam :D
W odpowiedzi na zarzut, że matematyka nikomu do niczego nie jest w życiu potrzebna zwykło się się mówić, że jest potrzebna choćby do najprostszych obliczeń, jak wydatki, kalorie, ilość farby potrzebna do pomalowania pokoju...
Otóż okazuje się, że niekoniecznie - czasem ludzie stosują pewne uproszczenia, dzięki którym mogą całkowicie ominąć matematykę.
Opowieść jednego z wykładowców matematyki na uczelni, na której również prowadziłem zajęcia z tego przedmiotu.
Wykładowca ów prowadził ćwiczenia i poprosił studenta o rozwiązanie zadania na tablicy. Na pewnym etapie zadania należało wykonać działanie: 1/2 - 1/4.
Student bez chwili namysłu wpisał: "-1/2".
Czujny wykładowca od razu wychwycił błąd.
- W pana obliczenia wkradł się błąd.
Student bez śladu zrozumienia wpatrywał się w tablicę. Wykładowca postanowił go naprowadzić:
- Jedna druga minus jedna czwarta to...
- ...minus jedna druga - dokończył student.
Sytuacja ciężka - student najwyraźniej z tych, którzy nie ogarniają działań na ułamkach. Ułamki w przykładzie nie są jakoś bardzo skomplikowane, a wręcz idealnie pasują do opisu przykładu, w którym żaden student nigdy się nie pomyli...
- Powiedzmy, że ma pan pół litra. Wypija pan ćwierć. Ile panu zostało?
Student, bez chwili zastanowienia, podaje prawidłową odpowiedź:
- Mało.
Dzisiaj sobie uświadomiłem, jak bardzo jesteśmy zje*ani z moimi współlokatorami.
Wyobraźcie sobie taką sytuację: 4 facetów, każdy ma 25 lat, kończących studia, razem w jednej łazience. Jeden goli miejsca intymne pod prysznicem, drugi myje zęby, trzeci sra. Czwarty siedzi na pralce i nie robi nic, przyszedł sobie pogadać z resztą, co będzie sam siedział. A o czym rozmawialiśmy? Wspominaliśmy stare czasy i kłóciliśmy się, która klasa była najlepsza w Metinie.
Tak że pozdro, mam nadzieję że nie jest dla nas jeszcze za późno.
Dzisiaj wpadł mi do kibla telefon. Spanikowany szybko wyjąłem go z muszli i... natychmiast zacząłem płukać w zlewie. Ocknąłem się po około 5 minutach...
Jestem nauczycielką.
Naczytałam się w głupich babskich pismach, żeby spróbować sextingu, aby urozmaicić małżeństwo. Wysłałam sprośną, obrzydliwą wiadomość do ucznia zamiast do męża.
Jeśli niedługo będzie głośno w mediach o nauczycielce-pedofilce - to ja.
Nie wiem co robić.
Mam to do siebie, że zdarza mi się mieć tzw. zastój umysłowy vel zaćmienie umysłu vel wczesnoporanną niedyspozycję rozumu, nazywajcie jak chcecie. Ale dzisiaj przeszłam samą siebie.
Godz. 5.45, ja w sklepie, kupuję jedzonko do pracy (wszakże przez te 8 godzin żołądek musi być doceniany), pani kasjerka już mi skasowała produkty, a ja się zagapiłam na nią i słyszę: "dwanaście, trzynaście". Otrząsnęłam się z tego zagapienia i w tym momencie owej wczesnoporannej niedyspozycji rozumu, dopowiadam: "czternaście"... Chwila konsternacji, pani kasjerka patrzy na mnie, ja na nią i wtem mówi: "Płaci pani 12 złotych i 13 groszy. Czternastki tu nigdzie nie ma".
Jak do tej pory to jest mój rekord :]
Od dziecka miałam kompleks na punkcie zębów. Chociaż były dość równe, zawsze wydawało mi się, że są lekko pożółkłe, akurat tak, żeby było to zauważalne i lekko żenujące, kiedy trzeba uśmiechnąć się szeroko do zdjęcia. Wstydziłam się tego okropnie i robiłam wszystko, żeby tylko ukryć tę niedoskonałość lub ją usunąć, ale niestety - pasty, płukanki i paski wybielające nie przynosiły zadowalających efektów w moim przypadku. Byłam w tym temacie tak bardzo zafiksowana i przewrażliwiona, że kontrolowałam stan uzębienia tylko w domowej łazience, a w innych miejscach (nawet u koleżanek czy na wycieczkach szkolnych) unikałam chociażby otworzenia ust przed lustrem.
Pod koniec września przeniosłam się na studia do wynajmowanego mieszkania. Jak co wieczór, przystąpiłam do rytualnych oględzin paszczy - i wtem, zaskoczenie. Moje zęby były... no, może nie białe jak z reklamy gabinetu dentystycznego, ale znośne. Takie akurat naturalnie jasne, w odcieniu jak np. u kilkuletniego dziecka. Długo nie mogłam zrozumieć, co się stało. Halucynacje? Magia? Boska interwencja?
Przyczynę odkryłam, kiedy wróciłam do domu na długi weekend - otóż w łazience u moich rodziców zawsze montowane były żarówki starego typu, kupowane w pobliskim sklepie elektrycznym. Nigdy nie zwracałam na to uwagi, ale nadawały wszystkiemu żółtawy odcień... a w tym moim zębom.
W skrócie - żarówka o białym świetle wyleczyła mnie z hodowanych przez prawie dwadzieścia lat kompleksów. Można? Można...
Nieszczęścia chodzą parami?
Spoko, u mnie to czwórkami.
Moja dziewczyna rzuciła mnie, bo miała dość tego, że ciągle narzekam.
Narzekałem, bo było mi ciężko, bo moja mama chorowała na raka i musiałem połączyć jakoś pracę, uczelnię i opiekę nad mamą.
Parę tygodni po zerwaniu moja mama zmarła.
Wpadłem w błędne koło alkoholu.
Już po stypie mocno się napiłem i wytrzeźwiałem trzy dni później, bo trafiłem na izbę wytrzeźwień. Trochę się rzucałem, więc skopali mnie pracownicy. W sumie to nie dziwię im się. Sam bym przywalił, gdyby ktoś się do mnie pruł.
Chwila spokoju.
Potem znowu ciąg.
Wyrzucili mnie z pracy, bo przyszedłem na kacu.
Co zrobiłem? Poszedłem pić.
Napiłem się tak mocno, że urwał mi się film.
Rano obudziłem się z obcą dziewczyną w mieszkaniu.
Siedziała w fotelu i czytała książkę.
Jak mi powiedziała co odwaliłem, to byłem w szoku.
Spotkała mnie, jak chciałem wsiąść w auto i wrócić do domu.
Urwał mi się film, więc nie muszę mówić, jak bardzo byłem pijany.
Laska wzięła mi kluczyki od auta i powiedziała, że dzwoni na policję.
Nie zadzwoniła, bo zacząłem płakać jak małe dziecko i mówić, że chcę umrzeć.
Ponoć opowiedziałem jej przy tym aucie całą historię swojego życia.
Od dziewczyny, która zostawiła mnie w tak ciężkim okresie życia, po śmierć kochanej mamy i stratę pracy.
Odwiozła mnie do domu, wpakowała w łóżko i została do rana.
Gdy wstałem, opowiedziała mi o tym i dała wizytówkę do swojej siostry - psychologa.
Odkąd poznałem A. (od anioła, lubię ją tak nazywać) trochę stanąłem na nogi.
A. dzwoni do mnie czasem i przyjeżdża, gdy mam doła.
Oprócz tego regularnie chodzę do jej siostry i od 2 miesięcy już nie piję.
Mogę śmiało powiedzieć, że anioł spadł mi z nieba.
Pół roku temu urodziłam córeczkę. Od momentu jej pojawienia jedna sprawa spędza mi sen z powiek.
Mój mąż ma 22-letniego kuzyna. Nazwijmy go Grzesiek. Sympatyczny chłopak. Nie pije, nie pali, studiuje dość trudny kierunek. Niby wszystko OK, chociaż jest on trochę dziwny. Wydaje mi się, że może mieć jakąś lekką odmianę autyzmu. Ciężko wytłumaczyć co jest z nim nie tak, ale na pewno znacie takich ludzi w swoim otoczeniu, że niby ktoś jest normalny, ale jednak trochę inny. Mieszka z rodzicami, nie miał nigdy dziewczyny i nie wiem, czy kiedykolwiek będzie miał. Ale do rzeczy.
Odkąd pojawiła się moja córka, on na jej punkcie oszalał. Jak mamy przyjechać do nich w odwiedziny, a zdarza się to dość często, bo ciągle jakieś imieniny, urodziny, święta, to on już wygląda za nami w oknie. Jego matka nieraz dzwoni i pyta, kiedy przyjedziemy, bo Grzesiek aż się trzęsie, żeby małą zobaczyć (to są jej słowa). Wpatrzony jest w nią jak w obrazek. Nie widziałam w tym nic złego, dopóki moja teściowa będąc lekko podpita powiedziała mojej mamie, że Grzesiek na wczasach bawił się tylko z dziećmi, że czatował nieraz z dziećmi i według niej to nie jest normalne, żeby 22-letni chłopak aż tak bardzo lubił dzieci.
Od tego momentu w mojej głowie zapaliła się ogromna czerwona lampa. A co jeśli, nazwijmy to po imieniu, on jest pedofilem? Długo się zastanawiałam, czy powiedzieć o tym mężowi, bo bałam się, że wkurzy się na mnie, że wymyślam bzdury na temat jego rodziny, ale w końcu mu powiedziałam i oczywiście stwierdził, że jego matka gada bzdury. Więcej tego tematu z nim nie poruszałam.
Wyobraźcie sobie, że jak u nich jesteśmy, za każdym razem jak chcę córkę przewinąć, to Grzesiek zrywa się nagle jak poparzony i łazi za mną jak pies, żeby popatrzeć. Jego matka oczywiście jest zachwycona tym jak jej synuś lubi dzieci i nie widzi w tym nic złego. W ogóle uważa, że on jest całkowicie normalny, a ja dostaję szału. Wkurza mnie, jak do niej gada, jak wyciąga swoje palce, żeby go schwytała, jak bierze ją na ręce. Jestem wściekła i przerażona, że całe życie będę musiała mieć go na oku. Teściowej też nigdy samej córki nie zostawię, bo boję się, że z nią pójdzie do ciotki, zagada się, a ten ją zabierze do pokoju się "pobawić". Męża też nigdy samego z córką do nich nie puszczę. Jednak zdaję sobie sprawę, że może będę zmuszona kiedyś dać teściowej córkę pod opiekę. Z jednej strony nie chcę pochopnie go osądzać i mówić teściowej, żeby go pilnowała, bo może okazać się pedofilem. Brzmi absurdalnie, bo pewnie to moja chora wyobraźnia. A cała rodzina męża obrazi się na mnie do końca życia.
Mam ogromną nadzieję, że przesadzam, że on naprawdę po prostu tak lubi dzieci i to wynika z tego jego upośledzenia. Wolę jednak dmuchać na zimne i mam zamiar całe życie patrzeć mu na ręce, jak tylko będzie w pobliżu mojej córki.
Dodaj anonimowe wyznanie