#haEWZ
Pod poprzednim wyznaniem pojawiło się ubolewanie nad moim odejściem od nauczania. Spieszę z pocieszeniem, że na wydziale, na którym pracowałem było wielu pracowników, którzy jako dydaktycy byli... no... mistrzami. Ideałami, którym bardzo nieudolnie starałem się dotrzymać kroku.
Jednym z tych ideałów był doktor X, z którym miałem przyjemność jeszcze w trakcie studiów mieć zajęcia. Człowiek o ogromnym poczuciu humoru i dystansie do siebie. Egzaminy i kolokwia w żartach przedstawiał jako pojedynek studenci-wykładowca. Zadania były trudne, ale przegrać z kimś takim jak on to jak wygrać.
Doktor X często formułował wskazówki, jak w pełni wygrywać ze studentami.
Myślą przewodnią było: Starać się wspiąć na wyżyny własnej złośliwości.
Oczywiście trzeba to robić z klasą. Nie poprzez zadawanie diablo trudnych zadań, nie przez kładzenie nacisku na duże skomplikowanie lub czasochłonność, a wręcz przeciwnie...
1. Podczas omawiania jakiegoś przykładu wspomnij kilkukrotnie, że to pewnik na kolokwium/egzamin. Upewnij się, że nikt nie ma pytań i wszyscy rozumieją. Przed egzaminem przypomnij, że tego typu zadanie jest niemal pewne. Gwarancja, że 70% studentów go nie zrobi.
2. Jeżeli jest jakaś popularna w internecie metoda, skup się na przedstawianiu metody alternatywnej. Zaznacz, że zadanie z wykorzystaniem tej metody będzie na kolokwium. Zadanie skonstruuj tak, żeby wykorzystanie metody z internetu było mozolne i czasochłonne, a metody alternatywnej niemal trywialne. 80% zrobi metodą z internetu i pogubi się po drodze.
3. Konstruuj zadania, w których chwila zastanowienia się pozwala zaoszczędzić mnóstwo czasu (np. skomplikowana całka potrójna, w której zamiana kolejności całkowania sprawia, ze staje się trywialna) - 90% polegnie.
4. Na poprawie daj te same zadania, co na pierwszym terminie, bez zmieniania treści ani nawet danych - gwarantowane 99% zwycięstwa.
To zaledwie kilka ze wskazówek doktora X.
Jako człek z natury złośliwy, na swoich zajęciach wprowadzałem w życie wszystkie wskazówki mojego guru. Urzekła mnie przede wszystkim konstrukcja sprawiająca, że wygrana była podwójna - nie dość, że student nie zaliczył, to jeszcze mógł mieć o to pretensje tylko i wyłącznie do siebie ;)
Jedyne, co mi nie pasowało w tych wskazówkach, to statystyki, które wydawały się bardzo zawyżone.
Otóż, Szanowni Anonimowi, myliłem się.
Te statystyki nie były ani trochę zawyżone.
Tak więc do listy moich wad możecie śmiało dopisać: złośliwy i znęcający się psychicznie nad studentami ;)
PS. Po tym wyznaniu raczej nie będę tak lubiany, ale na wszelki wypadek (żeby uniknąć rozczarowań i złamanych serc) zaznaczę, że jestem już w szczęśliwym związku z cudowną dziewczyną :)
No wiesz, akurat jako studentka ja uważam to raczej za ułatwianie, nie złośliwość, ale ja należę do mniejszości, która zapisuje wykrzykniki przy tym, co wykładowca mówi, że na egzaminie będzie. Tylko całka by mnie dobiła, ale to dlatego, że mam zgubną tendencję do zapominania o minusie albo nagłego oduczania się dzielenia przez 2 i z normalnej całki robię niemożliwą do rozwiązania znanymi mi metodami. Więc w sumie moja wina.
Za to ciekawa jestem z tą poprawą egzaminu, bo wszyscy znajomi (w tym i ja) w przypadku drugich terminów zaczynali powtórkę od robienia zadań z pierwszego terminu właśnie.
Też mnie to zastanawia. U mnie też pierwszym (a czasem jedynym :D), co robiło się przed drugim terminem, było nauczenie się zadań, czy innych zagadnień, które były na pierwszym. Chyba wszyscy chodziliśmy na poprawki z nadzieją, że będzie to samo.
Tak, czy siak studenci ogarniali materiał, więc to jednak nie najgorzej.
Moja pani profesor miała inny sposób uwalenia studentów - na zajęciach przerabiała szalenie trudny materiał, którego nie sposób było ogarnąć. O pytaniach na egzaminie mówiła bardzo ogólnikowo, np. "ten temat pojawi się w jednym pytaniu", bez wdawania się co konkretnie z tego tematu. Wszyscy przerażeni i obkuci z najtrudniejszych partii materiału przychodzą na egzamin... i dostajemy 5 pytań z podstawowych i 2 z tych trudniejszych (a i to nie tych najtrudniejszych) zagadnień.
Osobiście nie do końca wiem jak dało się nie zdać, bo ja, żeby ogarnąć trudne rzeczy, potrzebuję podstaw, ale widać nie wszyscy, bo większość nie zdała. Żeby było zabawniej, na poprawie pani profesor dała bardzo podobne i równie proste pytania, a studenci dalej byli obkuci wyłącznie z tych najtrudniejszych i nadal spora część nie mogła zaliczyć.
Dalej uważam, że jesteś zaje*istym wykładowcą!!
Miałam w tamtym roku zajęcia z Prawa Finansowego z jednym (teraz już) doktorem, który żeby uniknąć ściągania wśród studentów, a nie wymyślać miliarda grup, wydrukował to samo kolokwium innymi czcionkami.
Jak sam się chwalił, 100% skuteczności ;)
Przypomniał mi się egzamin z matematyki finansowej. Pierwszy termin oblałam, na drugim- poprawie, były identyczne zadania jak na pierwszym i dostałam 4+. Najciekawsze jest to, że zadania zrobiłam tak samo, jak na pierwszym terminie.
Krążyły legendy, że prace nie były dość dokładnie sprawdzane (były to różne wersje np. że prowadzący rzucał prace na stół; te, które spadły, niestety nie zaliczały), nie do końca w nie wierzyłam, ale coś w tym musiało być.
Mogłam iść i poprosić o pracę do wglądu, ale jakoś bałam się tego prowadzącego :D
Zgadzam się z taką metodologią. Robisz poprostu sito na leniuchow. Ci ktorzy faktycznie notowali, sluchali i sie uczyli nie zawalili ;)
Oj chcialabym na ciebie trafić! Ja sie wole uczyć z notatek, niestety tym sposobem uwalilam anatomię. Chociaż na połowie przedmiotów potrafiłam miec identyczne zadanie co na wykładach wiec można powiedzieć łatwa piątka. Miny kolegów i koleżanek z roku, którzy uczyli się z internetu bezcenne
"skomplikowana całka potrójna, w której zamiana kolejności całkowania"
Mów do mnie jeszcze :-)
Ja akurat takich prowadzących lubię najbardziej :)
Nie lubię się uczyć na pamięć, więc zadania, w których trzeba bardziej pomyśleć, niż wiedzieć są dla mnie zawsze na plus.