#7ohGb

Jedną z rzeczy, które wyprowadzają mnie z równowagi, jest kontakt fizyczny z moimi rodzicami.

Nie mam problemu z kontaktem fizycznym z innymi ludźmi. Nie mam takiego problemu z dziadkami czy innymi członkami rodziny. A moi rodzice są wspaniali, mnóstwo dla mnie robią, mieszkamy nadal razem (jestem już "zupełnie dorosła"), generalnie ich uwielbiam, lubię spędzać z nimi czas, cenię ich jako osoby. Zawsze byli dla mnie dobrzy, nigdy niczego mi nie brakowało, ale też nie byłam rozpieszczona i wyrosłam na dobrego człowieka, otwartego na innych. Są też osobami, którymi mogę się wręcz pochwalić przed przyjaciółmi, zresztą wszyscy moi znajomi ich uwielbiają.

Na festiwalach często chodzę z tabliczką "Free hugs" i nie robi mi różnicy, czy przytuli mnie chłopak czy dziewczyna, dziecko czy dorosły, ktoś bardzo zadbany czy nawet jakiś pijaczek, od którego trochę śmierdzi.

A rodziców przytulać nie umiem. Kiedy mama mnie zaczepia, mimowolnie się odsuwam. Kiedy tato chce mnie przytulić, ja muszę się do tego zmuszać. W jakiś sposób mnie to... obrzydza, jakkolwiek okrutnie to brzmi.

Jestem bardzo spokojną osobą, prawie nigdy z nikim się nie kłócę, bardzo ciężko wyprowadzić mnie z równowagi (choć pozytywne odczucia działają wręcz odwrotnie, potrafię się cieszyć bardzo małymi rzeczami i wzruszać drobnostkami) - ale rodzicielski dotyk jest do tego zdolny, coś się we mnie wtedy gotuje. I nie mam na to innego wyjaśnienia niż "Taka już jestem", nie wiem, kiedy to się zaczęło, i nie umiem sobie wyobrazić, żeby miało się zmienić.

#upEaz

Trzy lata temu byłam u ginekologa. Cytologia z widocznymi tzw. Ascusami. Znajoma położna powiedziała, że jest OK. Miałam problem z policystycznymi jajnikami i zajęłam się tym, po co powtarzać cytologię, skoro osoba pracująca na co dzień w szpitalu mówi, że jest dobrze?
Rok temu powiedziałam znajomemu ginekologowi, że może powtórzyłabym cytologię. Usłyszałam, że u młodych kobiet wystarczy badanie raz na trzy lata.
Trzy tygodnie temu byłam u ginekologa, bo bolał mnie brzuch. Potoczyło się szybko. Dzisiaj jestem po kolposkopii. To rak. Czekam tylko na informację, które stadium.

Boję się jak cholera. Mam 28 lat. Chciałabym mieć kiedyś dzieci i chciałabym żyć..

#rfSNz

Nigdy nie ukrywałam, że lubię sobie zjeść fast foody, słodycze, desery i to właśnie one są powodem mojej wagi. Nigdy nie byłam otyła, czasami, w zależności od okresu mojego życia, zdarzało mi się mieć parę kilo nadwagi, ale przeważnie mieściłam się w granicach normy.
Wiele razy próbowałam się odchudzać na własną rękę - diety, ćwiczenia itp., ale zawsze brakowało mi motywacji, by to ciągnąć. Ani razu nie zdarzyło mi się usprawiedliwić swojej wagi niedoczynnością tarczycy, ale gdy po rozpoczęciu leczenia nieco schudłam - mówiłam znajomym, że to może być przyczyna.

W końcu wybrałam się do dietetyka, który okazał się być najbardziej rzeczową osobą, jaką poznałam. Przedstawił mi trzy typy ciała: ektomorfik (szybki metabolizm, trudności w przybraniu masy), mezomorfik (typ idealny, nie ma większych trudności z przypakowaniem lub utratą wagi) oraz endomorfik (wolniejszy metabolizm, tłuszcz "chętniej" osadzający się w okolicy brzucha, ud i piersi), czyli ja. Poinformował mnie, że w tym wypadku nie da się iść na łatwiznę, że żadne magiczne tabletki mi nie pomogą i jeżeli mi zależy na utracie wagi, to już zawsze będę musiała się starać. Kazał mi wywalić z diety gluten i cukry proste. Zaproponował dietę ketogeniczną z możliwością przerzucenia się na paleo po utracie wagi, oraz wysiłek fizyczny przynajmniej dwa razy w tygodniu. Brzmi banalnie, ale te dwie rzeczy, których musiałam się pozbyć z diety, były składnikiem wszystkich moich ulubionych potraw. Co do ćwiczeń nie miałam problemu.

Po kilku miesiącach wyrzeczeń udało mi się zrzucić 7 kg, choć nadal miałam szerokie biodra, duże piersi i stykające się uda ze względu na typ budowy.
No i OK, niby jestem szczęśliwa, bo ładnie wyglądam, ale cały czas żyję w stresie, bo wiem, że jeśli wyjdę z koleżanką na piwo i burgera, to ona będzie nadal wyglądać świetnie, a ja następnego dnia nie zmieszczę się w spodnie i będę musiała biegać przez tydzień. Tak jak powiedział dietetyk - już zawsze muszę się starać. Jeśli raz odpuszczę, to szybko wrócę do starej wagi.
I widzę, jak moja najlepsza przyjaciółka objada się pączkami i pizzą co drugi dzień, a potem wrzuca na insta zdjęcia swojego idealnego ciała, ale trudno. Ona sobie może na to pozwolić, bo jest ektomorfikiem. I wiem o tym.
Ale potem czytam komentarze na fb wszechwiedzących mężczyzn, twierdzących, że geny nie mają wpływu na wagę, że wystarczy mniej żreć i trochę ćwiczyć. Ale szczerze? Żeby wyglądać jak ta koleżanka, musiałabym się głodzić i spędzać pół dnia na siłowni. Żeby być naprawdę szczupła jak ona, musiałabym chyba połknąć tasiemca.
Więc jeżeli nigdy nie mieliście problemów ze zrzuceniem czy przybraniem wagi, to gratuluję typu ciała, nie dla każdego to takie łatwe. Pamiętajcie o tym na przyszłość.

#jFILI

Po tragicznej śmierci mojego dobrego znajomego i jednocześnie niedoszłego chłopaka wymyśliłam sobie faceta, z którym przeżywam wielką miłość i który również niespodziewanie ginie za granicą.
Co najgorsze, w swojej psychozie byłam tak przekonująca, że wszyscy do dziś myślą, że to prawda i ten wymyślony facet istniał.
Prawdę znam tylko ja i mój terapeuta.

#Oltse

Często wieczorem leżę w łóżku czytając Anonimowe, a że nie umiem leżeć całkowicie bezczynnie - wyrywam sobie palcami włosy łonowe z okolic odbytu. Następnie układam je na podświetlonym ekranie smartfona, raz po raz podziwiając kolejne rekordy długości, jakie biją moi przyjaciele z dupy. Za każdym razem ustalam też rekordową liczbę włosów, jaką udało mi się wyrwać za jednym pociągnięciem (aktualnie 4).

Obrzydliwe? Może, ale np. na pieniądzach znajduje się więcej bakterii niż w okolicach odbytu.
Anonimowe? Jak najbardziej.

#bVtaL

Jestem skąpa. Boleśnie skąpa.

Chodzę w starych butach z dziurą w podeszwie, starych ciuchach, które kupuję już używane i donaszam. Nie wydaję na kino, pizzę i wyjazdy wakacyjne. Jedzenie kupuję na promocjach i nie jeżdżę na wakacje. Myję się w zimnej wodzie, żeby oszczędzić na rachunkach za gaz. Gumkę do włosów mam z obciętej skarpetki, a moje auto ma ponad 20 lat.


Pracuję we własnej firmie. Zarabiam powyżej średniej krajowej i mam oszczędności. Nie lubię pieniędzy, nie delektuję się ich posiadaniem. Odkładam i nie myślę nawet, ile mam. Nie mam natomiast oporów przed pomaganiem charytatywnie. Łatwiej mi wydać na kogoś, niż na siebie. Moje adoptowane psy i koty mają super karmę i opiekę - na nich nie oszczędzam. Kupując komuś prezent - nie oszczędzam.


Nie pochodzę z biednego domu, żeby uzasadnić ten nawyk obsesyjnego oszczędzania na sobie. Moi rodzice byli raczej zamożni ale... nie dzielili się. O każdą złotówkę dla siebie jako nastolatka musiałam wręcz żebrać i byłam rozliczana. Później rzuciłam studia, poszłam do pracy, wyprowadziłam się i bywało, że jadłam tylko ryż przez cały miesiąc. I tak mi zostało do teraz, chyba podświadomie boję się, żeby te chłodne, głodne czasy nie wróciły :( Nie potrafię wydać własnej kasy na przyjemności droższe niż lody raz na ruski rok. Chciałabym pojechać na urlop, ale boję się, że nie odpocznę, tylko będę sobie wyrzucać, że zmarnowałam pieniądze, za które można przeżyć cały miesiąc.

#XonUm

Za każdym razem podczas zbliżeń z partnerem wpada mi do głowy jakaś chwytliwa piosenka. Pal sześć, jeśli jest to jakiś radiowy hit, który da się ignorować. Gorzej, kiedy chłop już zajmuje miejsce między moimi udami, a ja słyszę w głowie rzeczy typu "Gdzie jesteś Scooby Doo, przybądź tu, bo mamy plan szalony".

#OJUu7

Czy ja napastowałem dziewczynę?
Posłuchajcie, zanim wylejecie na mnie wrzący olej.

Ostatnio poszedłem na kawę z nowo poznaną dziewczyną (jesteśmy po dwudziestce) i tak po godzinie rozmowy objąłem ją, gdy siedzieliśmy na kanapie w kawiarni. Wszystko OK, śmialiśmy się razem, rozmawialiśmy. Minęło jakieś pół godziny i mówi, że powinna już wracać do domu. I tak około 18 się rozeszliśmy, przytulając się na koniec.

Dwa dni później znowu poszliśmy na kawę i ciastko, do innej kawiarni, i teraz też się przytulaliśmy. Też było wszystko w porządku. Na koniec chciałem ją pocałować, ale odmówiła.

Gdy wróciłem do domu napisała mi, że przeprasza, ale nic z tego nie będzie, bo jestem jak widać skłonny do gwałtu (!). Pisała mi, że tak naprawdę nie chciała się ze mną przytulać i czuła się prawie gwałcona i mam do niej więcej nie pisać, bo powiadomi policję. A nic nie mówiła w trakcie, bo jest nieśmiała.

Pytanie do was: czy ja ją napastowałem?

#LRZv2

Często robię zakupy w popularnym sklepie z owadem.
Któregoś razu stoję już przy kasie, płacę 52 złote, daję 100 zł i pani wydaje mi resztę. Odchodzę do stoliczka, gdzie zwykle pakuję swoje rzeczy i patrze tępo na swoją dłoń z resztą (zima, jeden z tych dni, że pada śnieg, deszcz i żaby z nieba), a tu pyk - mam 100 zł, tylko rozmienione. No kobita się pomyliła i wydała mi za dużo. Jestem stałym klientem tego sklepu, znam te panie, szkoda mi się zrobiło, mówię "kurde, pewnie będzie musiała oddać ze swojej kasy". Więc wracam do kasy mówię co i jak, pani oczy jak spodki, przeprasza, dziękuje, ludzie patrzą z podziwem, no bohaterka. Lepiej mi się zrobiło na sercu po całej akcji. Byłam biedniejsza o te 52 zł, ale szczęśliwsza.

Jakiś czas później znów byłam w moim ulubionym sklepie, bardzo się śpieszyłam i robiłam wszystko w locie. Już wyżej pisałam, że wszystkie panie znam, a one mnie, zawsze gawędzimy coś podczas kasowania, bo miłe kobitki z nich (ta od 52 zł to na dodatek urocza, starsza kobieta, taki typ babci). No więc znów jestem u niej przy kasie, płacę, wychodzę. Lecę do auta, siadam i patrzę na resztę, a tam nie ma reszty. Tzn. jest, ale jakieś drobne. Patrzę na rachunek: 70 parę złotych, dałam 100, a mam same drobniaki, może z dycha będzie. Mówię wtf, pomyliła się? No na pewno! Przecież moja babcia od 52 zł by mnie nie oszukała! Wracam do niej do kasy, mówię w czym rzecz, ona robi się purpurowa. Wołamy kierownika, bo babcia twierdzi, że wszystko OK. Miła pani zaprasza mnie na zaplecze i z jakimś panem przeglądamy nagranie (żeby nie było, nie robiłam żadnej afery, po prostu powiedziałam, że brakuje mi 2 dych, przekonana, że babcia się pomyliła). Na nagraniu widać, że daję babci 100 zł, zaaferowana pakuję produkty, babcia wyciąga z kasy drobniaki i coś jeszcze, banknot 20 zł, i ledwo to widać, ale upuszcza go i przydeptuje... Zapewne po to, żeby kasa się zgadzała.

Powiem wam, że wszystko mi opadło. Pani kierownik i pan ochroniarz zerkają na siebie, na mnie i ta pierwsza mówi, no widać tu banknot 100 zł, ma pani rację, pieniążki zostaną zwrócone. Tematu babci nie było. Mnie zatkało, było mi strasznie przykro. Poczułam się jak największy naiwniak. Jak wróciłam z tego zaplecza, to specjalnie przeszłam obok babci przy kasie, nie była w stanie na mnie spojrzeć. To była dla mnie dobra lekcja.
Babcia jak pracowała, tak pracuje nadal, a ja po zastanowieniu doszłam do wniosku, że jeśli taka sytuacja by się powtórzyła (tzn. ktoś by mi wydał za dużo), to znów zwróciłabym takie pieniądze. Taki ze mnie naiwniak, ale oszustwa nie znoszę.
Dodaj anonimowe wyznanie