#4H6wy
Było ich tak wiele, że nacisnęłam "usuń wszystkie". Została tylko jedna, którą mąż wysłał mi kilka dni przed śmiercią. Była nadal oznaczona jaka nieprzeczytana.
Czasem moja poczta głosowa zmusza mnie do odsłuchania starych wiadomości przed usunięciem. Mimo, że naprawdę ostatnią rzeczą jaką pragnęłam było odsłuchanie tego, zrobiłam to.
Mój mąż powiedział "cześć kochanie, chciałbym abyś wiedziała, że wszystko jest w porządku i dojechałem już do domu".
#dELiw
Od najmłodszych lat miałam problem by iść na dwójkę gdzieś poza domem. Bałam się każdego wydawanego przeze mnie dźwięku, głosów chlupnięcia, dźwięków z brzucha i tego że ktoś będzie mnie oceniał przez pryzmat tego ile siedzę w kiblu. Problem urósł do tego stopnia, że jedynym miejscem gdzie mogłam się załatwić był kibelek w domu.
Byłam całkiem niezła we wstrzymywaniu. Potrafiłam nie iść do WC przez 2 tygodnie, czyli tyle ile mnie więcej trwały kolonie. Problem zaczął się gdy poszłam do liceum do innego miasta. Wtedy wracałam jeszcze do domu co tydzień i jakoś dawałam radę, ale schody zaczęły się przy wyjeździe na studia. Co gorsza mieszkałam wtedy w dużym akademiku gdzie WC były oddzielone tylko ścianką i każdy mógł wszystko czuć i słyszeć. Jako patent wymyśliłam wtedy by jeździć do najbliżej galerii handlowej do WC, w najbardziej oddalonej części, ale to tylko przy już wyjątkowo naglącej przyczynie.
Czułam że mój problem powoli przeradza się w niezłe gówno :D Postanowiłam więc sama zawalczyć o swoje podejście, bo przyczynę widziałam w psychice. Zaczęłam od mówienia od tego, że idę siku. Wstydziłam się strasznie, ale dziewczyny z pokoju również często o tym komunikowały. Gdy oswoiłam się już z tą myślą, próbowałam z korzystaniem z WC w akademiku, ale robiłam to najczęściej w środku nocy. Zajęło mi to kilka długich lat, a dziś jestem w stanie nawet pierdnąć przy swoim chłopaku :)
Mam nadzieję że każdy z kupowym problemem, w końcu się przekona, że to nie jest takie straszne!
#nh51u
Myślałam, że to przejściowe, z powodu stresu i depresji.
Miesiąc temu w wieku 33 lat straciłam ukochanego męża, mojego jedynego prawdziwego przyjaciela, w wyniku zawału serca. Gdy miałam się poddać, przedawkować leki i przestać czuć ten masakryczny ból, żal, zadzwonił lekarz.
Powiedział "Jest pani perfekcyjnie zdrowa. Jesteś w ciąży".
Kocham to dziecko bo wiem, że to nie jest przypadek. Od 5 lat staraliśmy się z Mateuszem o dziecko i teraz włożę swoje całe serce w to, żeby być najlepszą matką. Nie chcę zawieść męża, wiem, że gdziekolwiek jest, jest ze mnie dumny. Zmieniłam się, w końcu dostrzegłam dobrą stronę życia po jego śmierci. Żałuję tylko, że tak późno.
#rK2MI
Mam 30 lat. Mój sąsiad ma lat 11 i ku*wa ma rację.
#9LtYs
Nad nami mieszka pewien tata z dwiema córkami. Sam tata jest ok. Ale gdy są dziewczyny...
Darcie gardła na cały regulator w dzień, tak że cały blok zachodzi w głowę, co się dzieje i pyta mnie co to i kto to... No dobra... Ale darcie się o 11 w nocy (kto wie jak piskliwe mogą być 15, 16 latki, może sobie wyobrazić) czy zabawa w chowanego z psem o 1 nad ranem i - co za tym idzie - tupanie po podłodze, uważamy za lekką przesadę.
Jakie było tłumaczenie taty, gdy mąż poszedł o 1.30 zwrócić uwagę? Że gdy dziecko krzyczy, to mu też przeszkadza, a jakoś pretensji nie ma.
Nie wiem, może my jesteśmy przewrażliwieni, bo niewyspani.... Ale weź i wytłumacz niemowlakowi, że ma być cicho... A 15,16-latek chyba już coś rozumie i jakieś zasady życia w bloku powinien znać. Czy się mylę?
#EHFso
Miałam kiedyś przyjaciółkę, taką od serca na zawsze. Przyjaźniłyśmy się blisko 20 lat. W jakimś etapie życia przyjaciółka poznała chłopaka. Byli ze sobą dobre kilka lat. Wspólne mieszkanie, zaplanowany ślub (ja za starszą) i nagle...
Moja przyjaciółka stwierdziła, że jednak to nie to.
Przez te kilka lat zdążyłam się zaprzyjaźnić z chłopakiem. Przeżył ich rozstanie więc postanowiłam go wesprzeć, tak jak ją. Po jakimś czasie coś się wydarzyło. Zaczęło nam na sobie zależeć.
Żeby nikogo nie stracić, postanowiłam rozegrać to uczciwie, porozmawiałam z chłopakiem, powiedziałam, że nic się nie wydarzy dopóki nie porozmawiam z przyjaciółką... Porozmawiałam - powiedziała, że nie ma nic przeciwko i będzie się cieszyć naszym szczęściem.
Najgorsze w tym wszystkim, że trwało to koło dwóch tygodni...
Ale pytałam jej, pomagałam we wszystkim... jeszcze później parę razy się spotkałyśmy, wydawało mi się, że wszystko jest w porządku... do czasu ślubu. Od mojego ślubu całkowicie się do mnie nie odzywa. Ułożyła sobie życie, poznała kogoś, więc dlaczego nie możemy się normalnie spotkać jak kiedyś?
Czy naprawdę jestem złym człowiekiem? Wszystko załatwiłam jak należy, zapytałam o pozwolenie, spotykałam się z nią gdy tylko chciała. Mam wspaniałego męża, ale przyjaciółkę straciłam. Wiele razy próbowałam się odzywać - bezskutecznie.
Kurcze, naprawdę bardzo za nią tęsknię...
#da2zc
Gość pochodził z Zakopanego, pracował fizyczne na budowach.
Gdy nasza kotka zaszła w ciążę z bliżej nieznanym kotem, razem z siostrą wyobrażaliśmy sobie co to będą za słodkie kocięta, część rozdamy, a zostawimy dla siebie jednego lub dwa, by każdy z nas obojga miał własnego małego kotka.
Nadszedł dzień rozwiązania. Maleństwa były przepięknie. Co rano razem z siostrą je doglądaliśmy.
Kilka dni później przez okno zauważyłem przypadkiem, jak ten zwyrodnialec je topi w wiadrze.
Przepłakałem kilka dni.
#ys5fD
Nie mogłam się pozbierać, chodziłam do psychologa, ale średnio mi to pomagało. Minęły dwa lata. Praktycznie nie było poprawy. Bliscy sugerowali mi znalezienie sobie kogoś, zapomnienie. Miałam w końcu 20 lat, nie powinnam bezustannie zadręczać sobie życia. Po jakimś czasie postanowiłam spróbować. Pełna obaw założyłam konto w aplikacji randkowej. Spotkałam się z kilkoma facetami, ale żaden ostatecznie nie wydał się dla mnie interesujący. Do czasu.
Poznałam kolejną osobę. Ciągle porównywałam go do dawnego partnera. Musiało minąć sporo czasu, nim wyznałam mu miłość i oswoiłam się na nowo z byciem w związku. No więc co tak złego się wydarzyło?
Prowadziłam samochód. Zima, lód. Nie wyrobiłam na zakręcie. Wpadliśmy w poślizg, byłam przygotowana na najgorsze.
Nic nam się nie stało. Najedliśmy się strachu, lekko obiliśmy. Nic więcej. Ja natomiast wpadłam w histerię. Nie mogłam się uspokoić. Pamiętam słowa ratownika medycznego, który później był z nami na miejscu. "Dlaczego pani ciągle płacze, przecież mieliście dużo szczęścia".
Nie jeżdżę samochodem. Jeśli na horyzoncie widzę auto, nie przejdę przez ulicę, przez pasy. Mam ogromną traumę. Wróciłam na psychoterapię, ale chyba nie widzę efektów. Za to zdecydowanie polubiłam spacery...