#Otxi7

Już raz porzuciłam przyjaciół. Miałam dość tego, że co wieczór upijali się do nieprzytomności i w zasadzie nawet nie można było z nimi porozmawiać, bo jeśli nie byli pijani, to byli na kacu.
Odcięłam się od nich i znalazłam sobie fajną paczkę wyedukowanych ludzi na poziomie. Mogłam z nimi przeprowadzać wartościowe dyskusje, ale też fajnie poimprezować. Do czasu.
Tydzień temu przymknęła ich policja, a ja dowiedziałam się, że byli grupą ćpunów.

Ktoś chętny na kawę?

#KAFv5

A propos wychowania.

Historia z placu zabaw.

Jakaś matka "tarmosiła" dziecko, bo chciało po zjeżdżalni wejść na górę. Moja córka też chciała i patrzy na mnie, a ja mówię "chcesz to wchodź, tylko miej na uwadze, że inni mogą cię nie widzieć". Tamta matka do mnie, że spadnie, krzywdę sobie zrobi itede. Ja na to, że moja córka nie jest upośledzona ani fizycznie, ani umysłowo. Zobaczymy co się stanie.

Córka zaczęła wchodzić, ale po kilku kroczkach się oczywiście poślizgnęła, uderzyła głową w zjeżdżalnię i zjechała rakiem. Wstała, otrzepała się i poszła na drabinki.

Ja wiem, że to jest podobne do tej historyjki z kaloryferem, co krąży po internetach, ale co zrobić.

PS. Tamten dzieciak już nie chciał wchodzić.

#vFw5K

Mój chłopak dostał jakiś czas temu pracę jako programista gier. Niedawno premierę miała jego pierwsza aplikacja. Serduszko mi urosło, jak zobaczyłam, że przemycił moje imię i nazwisko do sekcji "special thanks".

Ale potem było jeszcze lepiej.
W pewnym momencie powiedział, że w napisach końcowych jest jakiś bug i czy mogę zobaczyć, jak to wygląda na moim telefonie. A więc czekam, czekam, napisy się powoli przesuwają, a potem kończą, choć jednak nie - tam, gdzie powinien być koniec, są trzy kropki, a po chwili moje imię, a jeszcze dalej "Kocham Cię".

Chłopak napisał skrypt, który wyświetla taki tekst w napisach końcowych, ale tylko wtedy, gdy jest to konto o określonym nicku (czyli tym, którym ja się posługuję). Żeby nikt z firmy się nie zorientował, oczywiście wszystko zaszyfrował.

Ale mimo wszystko - każdy, kto kupił ową grę, choć nie może tego zobaczyć, pobrał dodatkowe kilka KB danych, służących tylko temu, by wyświetlić mi "X, kocham Cię!"

#PRQ7P

Moja mama jest głuchoniema, mój ojciec zostawił nas zaraz po moich narodzinach, a mój ojczym również jest głuchoniemy. Ja sama, gdy miałam niecałe 4 lata, straciłam słuch. Nie zdążyłam nauczyć się porządnie mówić, nie pamiętałam też za bardzo, jak to jest słyszeć. Miałam jedynie jakieś przebłyski z tych czasów.

Czas mijał, rodzice o mnie dbali, chodziłam do szkoły specjalnej i jakoś sobie żyłam. Nikt nie rozmawiał ze mną na temat odzyskania słuchu. Ja sama nie wiedziałam, że mam taką możliwość, dopóki nie wkręciłam się w oglądanie Doktora House'a. Gdy byłam w gimnazjum, obejrzałam odcinek, w którym był niesłyszący chłopak, on i jego rodzina odmawiali implantu ślimakowego, bo to, że nie słyszy, nie znaczy, że jest gorszy. Jeszcze zanim poruszyłam ten temat z rodzicami wiedziałam, że u mnie będzie to samo.

Poczytałam na ten temat i byłam naprawdę podekscytowana, internet twierdził, że takie osoby jak ja często kwalifikują się do implantu ślimakowego. Moi rodzice zachowali się tak, jak przewidziałam. Uznali, że uważam naszą rodzinę za gorszą z powodu niepełnosprawności. Jak śmiałam chcieć słyszeć, skoro moja rodzina jest głuchoniema? Powinnam być dumna z naszej inności, przecież ze wszystkim radzimy sobie tak samo jak słyszący, a że mamy trudniej, to czyni nas to lepszymi. Do dziś pamiętam każdą awanturę po rozmowach tego typu.

Gdy dorosłam, sama poszłam do lekarza, tak jak myślałam, miałam szansę słyszeć i od niedawna słyszę, a rodzice nie chcą mieć ze mną kontaktu. A mnie nie ciągnie do kontaktu z nimi, bo koncertowo spieprzyli mi życie swoją dumą.

Nie umiem mówić, ja po prostu bełkoczę tak, że nikt mnie nie rozumie. Sama też uczę się rozumienia tego, co mówią ludzie. Znam język angielski i niemiecki na wysokim poziomie, z obu pisałam maturę rozszerzoną i osiągnęłam wysokie wyniki, ale znam je tylko w piśmie. Zupełnie nie rozumiem najprostszych wypowiedzianych zdań, boję się też, że gdy zacznę się uczyć wymowy angielskiej i niemieckiej w momencie gdy jeszcze nie do końca ogarniam polską, to wszystko mi się pomiesza.

Kupiłam sobie gitarę. Zawsze chciałam na czymś grać, a na naukę gry na gitarze nie jest jeszcze za późno. Na razie uczę się chwytów i płynnej zmiany ich, ale wkrótce mam zamiar się zapisać na prawdziwe lekcje.
Niektóre dźwięki mnie przerażają, a od miejskich odgłosów boli mnie głowa, jednak ani trochę nie żałuję, że znowu słyszę. Klakson jest straszny, ale właśnie dlatego, że go usłyszałam, uniknęłam potrącenia przez samochód, który jechał na czerwonym świetle. Czeka mnie jeszcze dużo pracy, ale dam radę, bo słyszenie było moim największym marzeniem od zawsze.

#VK41p

Pewnego razu w szkole (podstawówka, klasa 4) był Dzień Ojca. Przede mną i przed moją dobrą koleżanką szedł ksiądz, który nas uczył religii. Więc co mój głupi móżdżek wymyślił? "Skoro jest Dzień Ojca, a do księdza mówiliśmy "proszę ojca", to wypadałoby mu też złożyć życzenia".

Złożyłyśmy.
Jego miny nigdy nie zapomnę :D

#dQPqC

Wyjechałam na studia daleko od domu. Z racji tego, że moich rodziców nie było stać na opłacenie mojej edukacji, w wakacje ciężko pracowałam by mieć na czesne i na jakieś dwa miesiące życia, zanim znajdę pracę. Jako młodziutka dziewczyna, mająca doświadczenie jedynie w gastronomii, w dodatku zdobytej tylko w sezonie letnim, nie miałam szans na pracę "marzeń", więc skończyłam w popularnej sieci fast foodów.

Praca ciężka, płaca głodowa. Przynajmniej dla mnie taka była. Po opłaceniu należności za pokój, czesne i telefon bywały miesiące, że nie zostawało mi na życie nic. Jadłam jeden posiłek dziennie i to tylko, jak miałam zmianę w pracy. Jak nie pracowałam, zdarzało się, że cały dzień nie jadłam. Nie miałam nawet na buty i kurtkę zimową. Podkradałam pieniądze z kasetki w pracy, by mieć na chleb, na margarynę, na cokolwiek. Na imprezach firmowych piłam tylko jak były zasponsorowane przez pracodawcę.

Na jednej takiej imprezie, zorganizowanej w zwykłym klubie, upiłam się dość mocno. Zapewne przez to, że znowu piłam na pusty żołądek. Kiedy miałam już dość, postanowiłam opuścić lokal, ale moją uwagę przykuł stos kurtek (chyba to był listopad, dość zimny), wiszących sobie na kanapie. A wśród nich była perła, kurtka tak piękna, że aż mnie zamroczyło. Taka ciepła i taka, której nigdy bym nie kupiła, bo chyba bym musiała nie jeść kolejny miesiąc. Upadłam wtedy moralnie na samo dno i ją ukradłam. W domu odkryłam, że w kieszeni jest 100 zł. Rozpłakałam się, dzięki tym pieniądzom żyłam, dzięki kurtce nie marzłam w zimie. A dzięki kradzieży czuję wstyd.

Chociaż od tamtego zdarzenia minęło 15 lat, dalej mam wyrzuty sumienia. O całej tej sytuacji nie wie nikt. Nikt nawet nie wie, w jakiej sytuacji byłam na studiach. O tym głodzie, skrajnym ubóstwie. Jednak wolałam to niż wracać do domu, gdzie na 2 pokojach mieszkałam z rodzicami i trójką braci. Przeszłabym przez to piekło jeszcze raz, gdybym musiała, z tą różnicą, że chyba bym nie poszła na tę imprezę.

#jfUjP

Dziś zostałem zlinczowany za zaparkowanie na miejscu dla osób niepełnosprawnych, na parkingu obok szpitala.
Wykręcili mi koła i ponaklejali pełno karnych k*utasów i kartkę z napisem, którego nawet tu nie przytoczę. Nie wspominając o wielkim ch*ju wyrytym najprawdopodobniej jakimś gwoździem na masce.
Kilka osób z okien krzyczało mi, że bardzo mi tak dobrze i może następnym razem nie będę się pakował tam gdzie mi nie wolno.

A teraz druga strona tej historii.

Moja dziewczyna jest w zagrożonej ciąży, na dodatek bliźniaczej. Dzisiejszego popołudnia nagle zemdlała i zaczęła silnie krwawić. Kiedy zadzwoniłem po karetkę, czas oczekiwania wyznaczyli mi od pół do półtorej godziny. Samochodem zajęło mi to niecałe dziesięć.

Pod szpitalem nie było wolnych miejsc, więc zaparkowałem na miejscu dla niepełnosprawnych i na rękach zaniosłem przelewający mi się przez ręce sens mojego życia do budynku. Całe szczęście szybko się nią zajęli i razem z dziećmi jest już bezpieczna, ale prawdopodobnie resztę ciąży będzie musiała spędzić w szpitalu.

Po ośmiu godzinach w końcu przekonała mnie, abym od niej odszedł i poprosiła, abym przywiózł jej jakieś ubrania i kosmetyki.
Dopiero wtedy przypomniałem sobie gdzie zaparkowałem, ale nie obeszło mnie to specjalnie. Bezpieczeństwo i dobro mojej rodziny było i zawsze będzie dla mnie ważniejsze niż cokolwiek innego.

Kiedy zszedłem na parking i zobaczyłem to wszystko (to był nowy samochód, zakupiony specjalnie dla naszej wygody, abyśmy po tym, jak dzieci się urodzą, nie musieli kisić się w małym tico), to dopadły mnie niemal drgawki. Myślałem, że zemdleję.

Do domu dojechałem taksówką, zebrałem się i wróciłem. Po tym, jak doniosłem ukochanej jej rzeczy, udałem się do głowy szpitala i wyjaśniłem sytuację.
Całe szczęście zostałem zrozumiany i sprawa toczy się teraz na policji.

Nie będę głosił żadnych apeli, po prostu ciężko mi z tym wszystkim, nie pojmuję jak można zrobić komuś coś takiego.

#EdEah

Ostatnio na lekcji wychowawczej nauczycielka opowiadała nam o tym, jak to niejeden jest raz pomogła osobie z depresją. Wiecie, że ogarnęła jej psychologa, pomogła i w ogóle była wsparciem jak cholera.

Po skończonych zajęciach podeszłam do niej, myśląc, że mogę jej zaufać. Powiedziałam o problemach z rodzicami, załamaniu po stracie przyjaciela, o samotności, jaką ostatnio odczuwam oraz nasilających się myślach samobójczych.

Stwierdziła, że pierniczę bez sensu, że wymyślam i w ogóle to mam jej dać spokój, bo ma dyżur.
Super.

#8UXCY

Mam narzeczonego, którego kocham ze wzajemnością, ślicznego, zdrowego trzyletniego synka, pracę, którą mogę wykonywać w domu, ładny dom po babci. Narzeczony też ma pracę, od niedawna w swoim zawodzie, nieźle zarabia. I to właśnie przez nową pracę Marcina nie jestem tak szczęśliwa jak powinnam.

Konkretnie chodzi o jego szefa. Często wyciąga Marcina na jakieś niby służbowe wyjścia, na których szef imprezuje na całego, a narzeczony czeka na niego i odwozi pijanego do domu. A z opowieści Marcina wiem, że bardzo mało tam spraw służbowych. Nawet w weekendy tak się zdarza, raz musieliśmy z tego powodu zmienić plany.

Oczywiście rozmawiałam o tym z narzeczonym, ale on uważa, że powinniśmy trochę zaczekać aż spłacimy remont domu. Niestety coraz częściej mam wrażenie, że jemu takie coś imponuje. Zbywa mnie, kiedy do niego coś mówię, wraca późno, przestał liczyć się z tym, że ogarniam swoją pracę, dom i małego. Wcześniej dzieliliśmy się obowiązkami.

Po ostatniej sytuacji jednak nachodzą mnie myśli o rozstaniu. Dwa tygodnie temu były urodziny Marcina. Zaprosiliśmy naszych przyjaciół, którzy też mają dziecko, nasze maluchy lubią się razem bawić. Niestety szef Marcina też się wprosił, razem z żoną i synami w wieku 5 i 7 lat. Dzieci wychowują na zasadzie ,,doświadczeń i indywidualnego stawiania granic", co w praktyce oznacza samowolkę. Przygotowałam tort i kolację, był też szampan. Szef narzeczonego przywiózł mnóstwo alkoholu typu gin, koniak, whisky, wszystko z wysokiej półki. W dodatku ciągle gapił się na mnie i na Jolę (naszą przyjaciółkę), robił dwuznaczne gesty i rzucał tekstami typu ,,najlepsze lody są z samego rana", w ogóle nie krępował krępował się dziećmi. Prośby by odpuścił kwitował jakimiś żartami.

Na kolację zrobiłam zapiekankę i sałatki. Poza Jolą i Adrianem (maluchów nie liczę) wszyscy byli zawiedzeni, bo liczyli na coś typu stek, kawior czy homary. No cóż, nie zamierzałam szaleć, zrobiłam ulubione danie narzeczonego. Niestety poparł szefa i jego żonę. Poza Adrianem, panowie totalnie się upili. Gdyby nie przyjaciele, nie wiem jak wyprawiłabym gości, posprzątała, położyła Marcina i małego spać.

Następnego dnia strasznie się pokłóciliśmy z narzeczonym. On mi zarzuca, że się nie postarałam i byłam niemiła, ja się złościłam że mi nie pomógł. Teraz mamy ciche dni, Marcin wychodzi do pracy o siódmej, wraca późno. Prawie się nie odzywa. Kiedy próbuję rozmawiać, mówi że pogadamy jak ,,wyjmę kij z tyłka". Z małym prawie już się nie bawi.

Coraz częściej chcę spakować mu torbę i kazać iść do szefa. Nawet nasi znajomi i przyjaciele są dla niego nudni. Nie poznaję go.
Kocham go, ale męczy mnie ta atmosfera, o tym jak cierpi nasz synek nie wspomnę.

#eL2Nd

Mój ojciec zachorował, kiedy miałam 19 lat. Zaczynał też tracić wzrok. Udało mi się skończyć studia na licencjacie i podjęłam decyzję, że trzeba go ratować. Wyjechałam w świat.
Rodzice nie byli zamożni, ojciec pracował najpierw w kopalni, a potem w fabryce, mama jest nauczycielką.
Choroba była w 99% uleczalna, ale terapia bardzo droga. Chciałam pomóc.

Znalazłam pracę w fabryce. Brałam każdy weekend i święto na nadgodziny. Pracowałam na 4 zmiany, a po roku ściągnęłam do siebie moją siostrę. Prawie wszystkie pieniądze wysyłałyśmy do domu na leczenie ojca. Przyniosło efekty. Dzisiaj jest całkowicie zdrowy, zoperował również zaćmę i teraz świetnie widzi.

No i właśnie. Skończyły się problemy, zaczęły się telefony. "A kiedy wrócicie do Polski, a trzeba by z rodzicami pobyć, czas o rodzinie pomyśleć, kto to widział tyle czasu tam siedzieć, czas wrócić i zabrać się za uczciwą ciężką pracę (WTF?)".
Obie przelewałyśmy po 300 euro z każdej wypłaty rodzicom. Żeby mieli lepiej. Łatwiej.
Najgorsze były awantury, kiedy w Polsce wypadało jakieś państwowe/kościelne święto, a u nas nie. Bo kto to widział, żeby w Matki Boskiej XYZ pracować!

Przyszło Boże Narodzenie. Siedzimy przy stole, ojciec trochę za dużo wypił, mama też. Oczywiście zaczęli nas zasypywać standardowymi pytaniami. Siostra próbowała grzecznie wytłumaczyć, że teraz kiedy on jest zdrowy, chcemy trochę zarobić dla siebie, żeby mieć na mieszkanie i dobry start.
Ojciec poczerwieniał jak wiśnia i jak nie ryknie, że się nam we łbach poprzewracało od pieniędzy i że on nie chce mieć nic wspólnego z takimi osobami jak my, które tak rodziców traktują i olewają własną rodzinę.
W tym momencie wtrąciła się matka, że jesteśmy zepsute, tylko pieniądze nam w głowie, że karierę robimy, a kiedy o dzieciach pomyślimy, ona w naszym wieku nas do żłobka odprowadzała (urodziła mając 20 lat, ja miałam 24).
Siostra nie wytrzymała. Wstała i powiedziała bardzo spokojnie. "Czy dobrze widzisz, tato? A jak twoje dolegliwości? Znikły, prawda? A ty, mamo? Czy kiedy tata już nie wstawał z łóżka, czy wzięłaś choćby jedną nadgodzinę w pracy? Dlaczego w wakacje siedziałaś wygodnie w domu zamiast dorabiać, by ratować męża?".

Przy stole zapadła cisza. Siostra wyszła z pokoju, a chwilę później obie stałyśmy na przystanku, z walizkami w rękach.

Minął rok. Od wujka dowiedziałam się, że matka opowiada po rodzinie, że kiedy ojciec był chory, my uciekłyśmy, żeby przy nim nie pomagać i po fundacjach chodziła.
Cóż, skoro tak chce....
Cała rodzina dostała listy z pełną dokumentacją (rachunki, zdjęcia, wyciągi z kont) KTO opłacił jego leczenie.
Mimo wszystko nie żałuję.
Dodaj anonimowe wyznanie