Mam 24 lata, a mój facet jest 12 lat starszy. To dobry, kochany mężczyzna, dobry ojciec, generalnie nie ma na co narzekać. Poza jednym małym mankamentem.
Mój mężczyzna obraża się niczym stereotypowa baba. Autentycznie strzela fochy. Nie dalej jak trzy dni temu obraził się Bóg jeden wie na co i moje prośby o rozmowę nic nie dały.
Do dzieci w ogóle nie podszedł, wszystko musiałam robić sama jak nigdy, moje obiady nagle stały się niejadalne, płacz syna go nie ruszał, no cyrk. W końcu napisałam do niego SMS. Poważnie. Z braku pomysłu na rozmowę, napisałam wiadomość, mimo że ledwo co wyszedł z domu.
Dowiedziałam się o co się obraził.
Wychowałam się z samymi chłopakami i jak żyję, to pierwszy osobnik męski, który obraził się, bo jego zdaniem za dużo robię w domu i ZABIERAM MU OBOWIĄZKI.
Wracałam tramwajem z uczelni, czytałam książkę. Podrapałam się po głowie, a starsza pani siedząca obok mnie z wyrzutem spytała, dlaczego się tak drapię. Powiedziałam, że mam wszy... Od razu zrobiło się przestronniej.
Jestem złym człowiekiem :)
Byłam z moim chłopakiem już parę miesięcy. Mieszkałam wtedy jeszcze z rodzicami, ale nie było okazji, aby ich ze sobą poznać. Nadszedł ten dzień, poznali się przypadkowo. To chyba było najgorsze zapoznanie w dziejach historii...
Rodziców tego dnia nie miało być cały wieczór w domu. Pojechali na urodziny ciotki, której praktycznie nie znałam. Postanowiłam wykorzystać okazję i zaprosiłam Macieja do siebie. Maciej lubi mnie denerwować. Najczęściej to robi rzucając się na mnie niespodziewanie i łaskocząc mnie. Nienawidzę łaskotek, mam je wszędzie i irytuje mnie to.
Byliśmy przed drzwiami mojego domu. Sięgałam po klucze, kiedy nagle Maciek rzucił się na mnie i mnie łaskotał. Przewróciłam się na ziemię. On mi przytrzymywał ręce. Wyrywałam się i szarpałam. Krzyczałam, żeby mnie zostawił.
Nagle widzę jak mój ojciec bije Maćka, a matka stoi obok i rzuca się na mnie z płaczem. Ojciec do tego stopnia go pobił, że Maciek trafił do szpitala. Miał złamany nos i nadgarstek. Dlaczego to zrobił? Otóż tortury łaskotek nie wyglądały z boku zbyt ciekawie. Moi rodzice wrócili wcześniej i myśleli, że jakiś koleś próbuje mnie zgwałcić.
Wyobraźcie sobie ten szok w oczach moich rodziców, kiedy oznajmiłam, że to mój chłopak. Ojciec przepraszał Maćka wiele razy i odwiedzał go nawet w szpitalu. To było bardzo okropne nieporozumienie.
PS Moi rodzice polubili się z Maćkiem. Mój ojciec go traktuje obecnie jak własnego syna.
Ostatnio modny jest tekst o chłopaku, któremu dziewczyna kazała wybierać między psem a nią. Chłopak wybrał psa, a internet zalał się falą hejtu na dziewczynę "bez serca".
Sama kazałam chłopakowi wybierać między psem a mną.
Kochałam go naprawdę bardzo i do tej pory za nim tęsknię, ale musiałam. Jego pies był ogromny i agresywny. Za każdym razem, jak przychodziłam do chłopaka, czy to obejrzeć film, czy ugotować obiad, pierwszy kto mnie witał, to nie mój chłopak, ale pies. Skakał na mnie, a raczej wskakiwał łapami na ramiona i drapał z góry do dołu. Za każdym razem miałam do krwi zdrapane ramiona.
W mieszkaniu syf, wszędzie włosy psa - podłogi nie widać, włosy nawet w jedzeniu, w łazience, wszędzie. Po jednej nocy, kiedy spałam u niego, wyciągnęłam z różnych zakamarków ciała więcej psich włosów niż moich w ciągu całego życia.
Mój były jednak twierdził, że to zupełnie normalne i on kocha swojego pieska i piesek kocha jego. Co z tego, kiedy piesek nie kocha mnie... Piesek jest "normalny" i zniszczył mi połowę ubrań. Czy była to kurtka na wieszaku, czy spodnie, które aktualnie miałam na sobie - wszystko musiał mi potargać.
Prosiłam, żeby go wiązał na smyczy albo zamykał w łazience, kiedy przychodzę, ale nie było opcji, bo on nie skrzywdzi w taki sposób swojego przyjaciela.
Pewnego dnia jadłam obiad u chłopaka, ale piesek oczywiście zjadł mi połowę rzeczy z talerza, co dla byłego chłopaka było zupełnie normalne, ja postanowiłam obiadu nie dokończyć.
Zapomniałam dodać, że piesek był bardzo zazdrosny o swojego pana, więc każda próba głupiego przytulenia, złapania za rękę czy cokolwiek, kończyła się na byciu oszczekanym i szarpanym za ubrania.
Kiedy zmywałam naczynia, mój były poszedł do mnie i pocałował nieco dłużej, co bardzo wkurzyło psa. Ugryzł mnie w rękę i nie chciał puścić, więc kiedy chłopak go odciągnął, miałam już nadgarstek przegryziony na wylot.
Postawiłam ultimatum - albo odda psa do schroniska, albo odchodzę.
Dowiedziałam się, że piesek tylko chciał się pobawić, a ja mu sama włożyłam rękę do pyska i że jestem "zjadaczką psów" i widać, że wolę koty, że nie akceptuję jego przyjaciela.
Jestem logopedą i w swoim gabinecie coraz częściej przyjmuję kilkuletnie dzieci, z którymi nie sposób się porozumieć, tj. albo mówią bardzo niewyraźnie (nie chodzi mi o "tradycyjne" dziecięce wady wymowy typu seplenienie, niewymawianie głosek, jąkanie, tylko o sytuację, w której "mowa" przypomina w sumie język obcy), albo mówią tylko pojedyncze słowa, choć biernie znają ich więcej. Coraz częściej takie "okazy" podsyłają mi panie, które przez kilka godzin muszą się nimi zajmować, bo maluchom zaktualizował się obowiązek szkolny.
Za każdym razem, kiedy w trakcie diagnozowania w wywiadzie słyszę od rodziców, że nie czytają i nie opowiadają bajek dziecku, nie rozmawiają z nim (bo o nic nie pyta i i tak za małe jest na rozmowy - autentyk), a jego stanem się nie martwili, bo przecież każdy rozwija się we własnym tempie, a ono przecież tak dobrze radzi sobie z telefonem, który jest jego ulubioną zabawką, mam ochotę uderzyć rodziców czymś ciężkim. Najchętniej tak, by ich mózgi zostały na moim biurku.
Jestem nastolatką. Zaobserwowałam u siebie problemy z koncentracją i pamięcią. Podczas kąpieli np. myję włosy, siebie, itd., po czym za kilka minut nie pamiętam, czy umyłam już te włosy, nie wiem co już zrobiłam, a czego nie i muszę powtarzać czynność. Kiedy robię sobie w kuchni śniadanie, wynoszę je do swojego pokoju i zajmuję się chwilowo inną rzeczą. Potem wracam do kuchni i namiętnie szukam swojego śniadania, a gdy znajduję je w swoim pokoju, moje zdziwienie nie ma końca, bo totalnie nie zarejestrowałam tego, że zmieniłam jego lokalizację. W szkole przy odpowiedziach ustnych wiem, że muszę odpowiedzieć to, to i tamto, a po chwili nie mam bladego pojęcia, czy odpowiedziałam już to co chciałam, czy w ogóle coś powiedziałam, ba! Nawet zapominam pytania, jakie zadał nauczyciel, a głupio mi tak pytać pięć razy przy jednej odpowiedzi "przepraszam, może profesor powtórzyć pytanie?", bo dopiero wziąłby mnie za ułomną. Wsiadając do autobusu potrafię zapomnieć, gdzie chciałam pojechać. Zaczyna mi to sprawiać coraz większy problem, wcześniej tak nie miałam. Paradoks? Kupiłam sobie tabletki na pamięć, a nie pamiętam, żeby je brać :)
Mój narzeczony zawsze za mocno cisnął nogę na gaz w czasie jazdy samochodem.
Była to niedziela kilka lat temu, wstałam rano, dzieci jeszcze spały, a ja nie mogłam zasnąć, mimo że mogłam sobie na to pozwolić. Zaparzyłam kawę w mieszkaniu, które niedawno kupił mój narzeczony, czuć było jeszcze zapach farby do ścian. Przeglądając na komputerze suknie ślubne próbowałam skontaktować się z przyszłym mężem. Jego praca polegała na wyjazdach, często wracał po 2-3 dniach, zdarzało się też, że wracał codziennie. Tego dnia miał wrócić do domu po 2 dniach nieobecności. Dzwoniłam od rana z jakąś pierdołą, aż w końcu ok. 12 odebrała kobieta, powiedziała "Dzień dobry, z kim rozmawiam?", pomyślałam od razu, że mnie zdradza, więc odpowiedziałam "z jego żoną, a ja z kim rozmawiam?" i wtedy usłyszałam "Z tej strony Malwina z OSP. Pani mąż miał wypadek, znaleźliśmy telefon w samochodzie i dokumenty, przykro mi, ale nie żyje, proszę przyjechać zidentyfikować zwłoki do (miasto oddalone o 500 km). Jechał samochodem marki..." (było więcej szczegółów i się zgadzały, ale nie będę już rozpisywać). Ubrałam dzieci, szłam 3 km do teściów, po drodze myślałam - dlaczego ja? Może to jakaś pomyłka, tyle razy mówiłam, że ma szybko nie jeździć, że może to nie on jechał (samochodem jeździł służbowym jedynym z ok. 20 w firmie bez reklamy firmy, zawsze innym). Płakałam całą drogę, dzieciom nie powiedziałam dlaczego. Kiedy doszłam do teściów próbowali znaleźć numer do firmy, jednak był tylko na infolinię, po prośbach dali nam numer do szefa filii, jednak on nie odbierał. Postanowiliśmy, że jego rodzice pojadą, a ja zostanę z dziećmi u nich.
Moja niedoszła teściowa była jak warzywo, pierwszy raz widziałam ją w takim stanie. Czekając na telefon od nich pierwszy raz od 15 lat zaczęłam się modlić, prosiłam Boga, żeby to nie był on, że to moja wina, bo dzwoniłam co chwilę, pewnie chciał wziąć telefon i dlatego ten wypadek. Kiedy siedziałam w kuchni, otworzyły się drzwi i od progu usłyszałam "a ja jeżdżę i cie szukam"... To był on, wrócił. Jak wszedł, zapytał się "co płaczesz, ktoś umarł?". Siedziałam jak wryta, czułam się jak w programie "Wkręceni". Okazało się, że zatrzymał się w jakieś wiosce u klienta, zostawił telefon i portfel i nawigację w samochodzie, a ktoś mu to ukradł. Opowiedziałam mu o wszystkim, zapytałam dlaczego nie zadzwonił, nie pojechał na policję zgłosić kradzieży. Nie pamiętał numeru do nikogo i nie wiedział gdzie najbliższy komisariat (teraz mąż ma obowiązek znać mój numer na pamięć).
Chłopak, który jechał samochodem był niepełnoletni, ukradł ojcu samochód, podobno był w ośrodku wychowawczym.
Karma podobno wraca, współczuję ojcu straty syna, ale dziękuję Bogu, że to nie był mój już obecny mąż. To był najgorszy i najszczęśliwszy dzień w moim życiu.
Znacie to uczucie, gdy nauczyciel jest intrygujący, pociągający, a wcale niespecjalnie przystojny? Mam tak z moim historykiem.
Nic w tym złego, każdy ma jakieś fantazje. Mniej lub bardziej dziwne.
Ostatnio jednak, gdy spytał, czy na przedstawienie chcę przebranie postaci X, głośno pomyślałam „Tylko jak dostanę pasującą bieliznę”.
W tym momencie uświadomiłam sobie, że powiedziałam to na głos. Przy 34 osobach. Każdy usłyszał, każdy zamilkł.
PS Bielizny nie dostanę. :D
Moja prababcia postanowiła zasiać iskrę żaru w osiedlowym domu kultury. Nie żeby się nudziła, bo to dzika kobieta, której czasu zawsze, wszędzie i na wszystko jest za mało. Ona stwierdziła, że to jej obowiązek "poruszyć te stare, plotkujące prukwy spod jej balkonu, bo ma dość ich gęgania". Jak powiedziała, tak zrobiła.
Poprosiła o lekcję obsługi dysku USB, podpinanego do przenośnego radia. Potem o nauczenie jej jak ściągać z Internetu wybrany utwór i go na ten dysk nagrywać. Prababcia wnuki kocha, szanuje, miłuje, ale przez niemal rok, poza świętami, ani moja mama, ani ja, z prababcią niemal nie miałyśmy kontaktu, bo wiecznie była zajęta.
Po tym roku, w okresie karnawału, babcia prosi mojego tatę o filmowanie oraz ew. o montaż. Mnie o makijaż odmładzający i mamę o pomoc w szyciu. Każde z nas prosiła też o dyskrecję, nie "wysypanie" się przed innymi. Całokształt prababcinego planu poznaliśmy dopiero w TEN dzień...
Na scenę domu kultury wyskoczyły ubrane w pasiaste, mocno dopasowane i falbaniaste suknie panie. Wykonały one WSZYSTKIE figury kankana, włącznie z pionowym oraz poziomym szpagatem i gwiazdą. Babcie dały czadu tak, że aż mi prawie majtki spadły. Twarze mimo makijażu może i nie te, ale ruchy... jak ja bym tak chciała umieć!
Prabcia zapytana o całą sytuację stwierdziła, że pradziadka poznała jako tancerka (szesnastoletnia!), i tak dobrze tańczyła, że dziadek wracał, i wracał, a ona czekała i czekała, tylko na niego. Co więcej, znalazła takie babki w mieście, które miały podobną przeszłość. Z nimi się umówiła i zaczęły treningi.
''Owdowiała" po roku znajomości z pradziadkiem. Nie mieli ślubu, nie mieli nic, tylko te wieczory w burdeliku co dwa tygodnie. Jedyne co prababci zostało, to jego szelki, zdjęcie i zagnieżdżona w jej macicy moja babcia, mama mojej mamy.
Prababcia nikomu nigdy wcześniej się nie przyznała, jak to naprawdę było. Zawsze powtarzała nieco bardziej moralną, heroiczną historyjkę. Wtedy coś się w niej pękło, tak samo jak tętniak w mózgu dwa tygodnie później.
Jakiś czas temu jechałam tramwajem razem z siostrą i jej znajomymi. Ja miałam iść na pobranie krwi potrzebne do badań, a oni oddać krew. Ze względu na ich cel "podróży" rozmawiali o pomagania ludziom. Kto ile lat był w wolontariacie, ile krwi oddał itp. W pewnym momencie zostałam zapytana, czy oprócz wolontariatu coś jeszcze zrobiłam, bądź zamierzam. Odpowiedziałam, że jak tylko będę mogła, zamierzam oddawać krew, a póki co oddałam swoje włosy, które kiedyś sięgały mi do pasa (po oddaniu nawet do uszu nie sięgają). W tym momencie odwróciła się do mnie dziewczyna, ściągnęła perukę i powiedziała, że dziękuje, bo peruka to coś, co dodaje otuchy w chorobie.
Ja wiem, że to niemożliwe, ale ta peruka wyglądała dokładnie tak samo jak moje włosy.
Dodaj anonimowe wyznanie