#RNGam

Mój 75-letni dziadek nie jest na czasie z najnowszą technologią, ale niedawno stwierdził, że życie mu się kończy i chciałby przynajmniej trochę poznać, co to jest. Dlatego z moim kuzynem złożyliśmy mu się na laptopa, bo "telefon mam stacjonarny i dzwonię tylko do Mirka i do was, i tyle mi wystarczy".

Każdy z nas przyjeżdżał dwa razy w tygodniu i krok po kroku uczyliśmy go, jak z niego korzystać. Powoli, nie spieszyliśmy się. Dziadek nauczył się włączać urządzenie, otwierać stronę z wiadomościami, by mógł poczytać i mój kuzyn nauczył go jeszcze grać w pasjansa, bo dziadek uwielbia gry w karty.

Wszystko było okej, dopóki "wieczny żartowniś" aka mój wujek, a tata mojego kuzyna, na pytanie mojego dziadka zadane przez telefon - co się dzieje, bo na ekranie pojawiły mu się jakieś procenty (aktualizacje) - mój wujek odpowiedział "to wirus i gdy dojdzie do 100%, laptop wybuchnie". Wujek zawsze był trochę nieodpowiedzialny, ale no cóż, mój dziadek, czyli jego ojciec, już się przyzwyczaił do wygłupów syna. Tylko że teraz mu uwierzył i przerażony wyrzucił laptopa na pole.

#VAR7J

Jestem pracownicą żłobka od ponad 30 lat, ostatnio ze względu na miejsce zamieszkania zmieniłam oddział. Opiszę Wam historię, która niedawno mi się przydarzyła.

Co się tam wyprawia, to głowa mała. Normą jest to, że opiekunki nie interesują się i nie zajmują dziećmi. Żadnych zabaw, wierszyków, czytania bajek. Panie siedzą w telefonach lub bez przerwy przez nie nawijają. Gdy dziecko płacze i nie może się uspokoić lub źle się zachowuje, potrafią uderzyć, a szarpanie i krzyczenie na dzieci jest na porządku dziennym.

Pampersy dzieciom są zmieniane chwilę przed przyjściem rodziców, jeżeli dziecko narobi w pampersa rano, to do wieczora chodzi z pełnym. Mycie rąk przed i po jedzeniu? Zapomnijcie, żadnej pani się nie chce pilnować Waszych pociech podczas mycia rąk.

Nie mówię, że wszystkie opiekunki są złe, ale przez lata doświadczenia przewinęło mi się wiele zachowań. Rodzice wcale nie są lepsi. Traktują żłobki jak przechowalnię, przyprowadza rano, odbiera wieczorem. Większość dzieci lepiej słucha się opiekunek niż własnych rodziców.

Najgorsze jest to, że rodzice wcale nie myślą o dobru swoich pociech, przyprowadzają dzieci z gorączką lub chore, na wezwania nie chcą przyjechać i odebrać. A takie dziecko, siedząc 10h w żłobku, chore, bardzo się męczy, już pomijam to, że zaraża zarówno inne dzieci, jak i opiekunki.

Niektóre dzieci przychodzą do żłobka brudne, albo z niezmienioną od dłuższego czasu pieluchą. Normą są odleżyny na pupie.

Dlatego przestrzegam rodziców, którzy traktują żłobki jak przechowalnię, nigdy nie wiesz na jaką opiekunkę trafisz, z drugiej strony nie sądzę, aby takich ludzi interesował zbytnio los ich dzieci, skoro potrafią przyprowadzić 1,5-roczne dziecko z prawie 40-stopniową temperaturą.

#F2yGN

Denerwuje mnie mówienie, że prowadzenie domu to praca na pełen etat. Moja matka to idealny przykład. Zaznaczam, że jest osobą po studiach, skończyła architekturę. Choć nie pracuje, bo wolała się opiekować i wychowywać trójkę dzieci - pomijam fakt, że wszyscy od dawna jesteśmy samodzielni, rodzeństwo -16 i 21 lat, ja 18 (za miesiąc matura). Ojciec zarabia bardzo dobrze, więc problemów finansowych nigdy nie było.

Kura domowa (sama się tak określa, absolutnie nie my) wiecznie zmęczona, stoi przy garach od 6 rano do 15. Wiecznie zapracowana, czasu nie ma, a wszyscy zawsze niewdzięczni. Nie doceniają męczeństwa. Gdyby nie to, że wszyscy przez pierwsze pół dnia są poza domem, to szło by zwariować od tego narzekania.

Teraz kluczowe jest to, że w końcu nie wytrzymałem i wygarnąłem matce, że też bym umiał obiad ugotować i wcale 6 godzin bym nie musiał stać przy garach. Z racji że miałem tydzień wolnego w czasie ferii, to założyliśmy się, że ja ogarnę dom lepiej.

Z gotowaniem mam niewiele wspólnego, wiadomo, "pomagałem" babci na święta, a sam gotowałem obiad może 10 razy w życiu. Ale od czego jest cała wiedza ludzkości. Dostałem hajs na zakupy i wolny dom. Wszyscy mieli przed 14 nie wracać. Poszedłem do sklepu, kupiłem to co trzeba, reszta rzeczy wiadomo, jest w domu.

Nie będę was zanudzać szczegółami, ale wyszło mi wszystko przez te 7 dni - spaghetti, kebab, pizza, kurczak, żeberka, barszcz z uszkami, zupy, pierogi i nawet ciasto owocowe na deser. Większość z tych rzeczy robiłem pierwszy raz. Tylko z tutorialami z neta i książkami kucharskimi.
Pomijając to, że mało soli, to nikt nie narzekał (uwierzcie, że narzekaliby, bo nie są mili), siostra nie zjadła ciasta, bo nie lubi śliwek, a ojciec nie je uszek.

Dwa razy w tygodniu byłem w sklepie (od razu zakupy na kilka dni). Gotowanie zajęło mi ok. 3 godzin dziennie + 3 godziny dziennie oglądanie filmików i czytanie książek, w międzyczasie posprzątałem cały dom, umyłem podłogi, poczytałem książki.

Więc naprawdę nie wiem, jak można ślęczeć przy garach cały dzień... Jak coś ma się piec 2 godziny, to się piecze, ale ja w tym czasie robię coś innego. Musiałem nieźle kombinować z nauką przepisów, ale to pierwszy raz, jak ktoś gotuje codziennie od 20 lat, to jednak pamięta co i jak i nie musi czytać o tym, czym smaruje się blachę do pieczenia albo czy do ciasta daje się jajka... Samo gotowanie 3 dań (zupa, drugie i deser) zajęło mi może z 1,5 godziny, nie licząc sprawdzania wszystkich kroków przepisu i szukania w grafice, jak wygląda ziele angielskie... Po prostu fajna zabawa. Zazdroszczę kobietom, które nie muszą pracować, tylko zajmują się domem, a ja głupi kuję po 5 godzin dziennie do matury.

Oczywiście matka się obraziła. Bo jej nikt nie docenia. Owszem, jak ma się małe dzieci, to trudniej, ale niestety nikt nie chciał pożyczyć swoich...

#CBdR3

Kiedy miałem 8 lat, zmarłam moja babcia, kilka miesięcy po niej odszedł dziadek.
Cała rodzina do dziś wspomina, jak bardzo przeżyłem śmierć babci i jak za nią tęskniłem, bo codziennie po szkole prosiłem mamę, aby pójść odwiedzić babcię na cmentarzu (na szczęście to 15 min spacerkiem od naszego mieszkania).

Żodyn do dziś nie wie, jaka jest prawda.

Otóż na pogrzebie dziadka usłyszałem, jak któraś z ciotek mówi, że babcia po prostu zatęskniła za dziadkiem i zabrała go do siebie.
Tak mnie przeraziło, że może i za mną zatęsknić, że postanowiłem odwiedzać ją codziennie :D
Ale łatka wrażliwca przylgnęła do mnie na zawsze :D

#vqrVy

U mnie w domu nigdy jakoś super bogato nie było. No głodować nie głodowałam, jednak zawsze czułam się trochę gorsza na porównaniu z rówieśnikami - najbardziej za sprawą ciuchów. Ja moje szmatki kupowałam w najtańszych sieciówkach i to tylko na wyprzedażach, tymczasem wokół mnie wszyscy byli prawdziwymi okazami "streetwearu". Chociaż nikt mi z tego powodu nie dokuczał, to wiadomo, że czasami trudno uniknąć tego żalu..

Odkąd skończyłam 16 lat, zaczęłam ostre poszukiwania pracy. Na weekend, sezonowej, ulotkowej... Wszystko co się dało. No i ze wszystkiego nic nie wypaliło, bo mieszkam w prawdziwej dziurze.
Jednak w wakacje przed 2 klasą liceum cudem udało mi się po znajomości dostać pracę na całe 2 miesiące w jakimś ośrodku kolonijnym nad morzem. Potem poszło już z górki - oprócz normalnych godzin pracy doczepiałam się do każdego zlecenia, propozycji jakichś sklepikarzy, coby popilnować, chwilę posprzedawać itp.
No wiadomo, że nie miałam nie wiadomo ilu umów, wszystko oprócz tej głównej pracy "jako miły gest pomocy" - czasami spałam po 4h, byle tylko więcej i więcej zarobić.

Taki styl życia przez bite 2 miesiące upałów raczej odpowiedzialny nie był, ale spełniałam swój cel i do domu wróciłam z prawie 7 tysiącami złotych.
Wiadomo, trochę ponad połowę odłożyłam już jako pewne oszczędności na studia, jednak zdecydowałam, że czas również zrealizować te marzenia ciągnące się za mną od podstawówki i obkupić w markowe ciuchy.

Buty za około 600 zł, do tego jakieś bluzy, spodnie, bluzki... W sumie wydałam prawie 2000 złotych. I wiecie co? Niczego bardziej nie żałuję.

Tyle lat planowałam sobie takie zakupy, kupiłam prawdziwe wymarzone rzeczy i obecnie nie mogę sobie tego darować. Bluza za 250 zł a bluza za 50 zł niczym się dla mnie nie różnią. Jakość praktycznie ta sama, tylko na jednej jest wielkie logo, które po czasie wcale mi się nie podoba.
Spodziewałam się jakiejś większej pewności siebie, pokazania światu, że mnie też stać i sratata (tak, wiem, że w większości ludzie mają w dupie co noszę, ale mój mózg nie chciał tego widocznie przyswoić).

Jedyna rzecz, której nie żałuję to buty - bo serio wygodne i wytrzymałe.
Teraz, prawie rok od tamtych wakacji, szykuję się do wielkiej odsprzedaży nowych markowych ubrań.

Za pieniądze z nich kupię sobie gry.

#4KLpd

Pracuję w dużej korporacji, gdzie „dziś jesteś liderem, jutro każdy o tobie zapomina. Niech tylko powinie ci się noga, a każda hiena pomoże cię pogrążyć”.
Mój szef to przystojny, żonaty facet przed 40. Ma żonę, ale wiem, że jest z nim głównie dla kasy. Nie interesuje mnie, czy ją zostawi czy nie.
Co robię, żeby się utrzymać i dostawać premię co miesiąc?
Proste - sypiam z szefem.
On ma satysfakcję, ja dobrze płatną pracę i pewne miejsce pracy bez względu ma wyniki.
Nie mam wyrzutów sumienia.
Jestem 30-letnim facetem i nawet nie jestem gejem.
Robię to, póki przynosi mi to realne korzyści materialne. Nie mam poczucia, że kogoś krzywdzę.

#7BZC4

Mam 18 lat i dopiero teraz dotarło do mnie, że to w jaki sposób byłam wychowywana, jeżeli chodzi o moją seksualność, nie jest normalne. Od małego powtarzano mi ,że mam nie ubierać, nie zachowywać się jak “mała zdzirka” (dosłowny cytat). Nawet jako mała dziewczynka nie mogłam nosić strojów kąpielowych, bluzek na ramiączkach itp. Rodzice byli starej daty, seks był tematem tabu, więc gdy miałam ok. 10 lat, na moje pytanie “jak właściwie powstają dzieci” dostałam odpowiedź, że od Boga i tyle. Możecie uwierzyć lub nie, ale prawdę poznałam dopiero w wieku 14 lat na lekcji WDŻ.

W wieku 15 lat wybrałam się, aby kupić mój pierwszy stanik. Parę dni po zakupie zauważyłam, że wkładki, które miały nadać pełności i kształtu zostały wyjęte. Okazało się, że matka wyjęła wkładki z biustonosza, żeby chłopcy się na mnie nie patrzyli. Skwitowała, że robi mi przysługę, bo inaczej jeszcze wrócę z bachorem.
W wieku 17 lat kupiłam (za własne pieniądze) pierwszy push-up. Matka oczywiście znalazła ten stanik i zrobiła ogromną aferę. Pocięty stanik znalazłam następnego dnia w koszu.
Gdy byłam młodsza, nie wolno mi było mieć kolegów. Będąc w gimnazjum miałam problemy z fizyką. Pomoc zaoferował mój starszy o 4 lata sąsiad. Zgodziłam się bez wahania, bo zawsze dbałam o oceny. To był błąd. Po wspólnej nauce zostałam przywitana wyzwiskami, a pierwsze słowa mojego ojca to "Spałaś z nim? Przyznaj się!".
Do dnia dzisiejszego tampony trzymam w pudełku po ciastkach pod łóżkiem.

Dopiero koleżanka musiała mnie uświadomić, że to nie jest normalne zachowanie. Jestem strasznie pruderyjna, nie z wyboru. Nienawidzę swojego ciała, ukrywam każde krągłości, nigdy w życiu nie miałam na sobie makijażu czy szpilek. Został mi tylko jeden rok liceum, więc wiem, że już niedługo skończy się to wariactwo. Jednak ja sama boję się, że nigdy nie będę w stanie stworzyć normalnego związku bez ogromnych wyrzutów sumienia.

#xR1YT

Wstydzę się własnej mamy. Wiem, jakie to okropne, ale chcę wyjaśnić.
Mam prawie 17 lat. Tata zmarł 3 lata temu, teraz mieszkam z 9-letnim bratem i mamą. Mama jest prawdopodobnie lekko upośledzona (nikt nigdy tego nie badał, a ona sama się na to nie zgodzi) i do bólu prosta, wolę taką myśl od tej, że jest po prostu głupia.

Kiedy żył tata, ogarniał w zasadzie wszystko, mama zajmowała się mną i Matim i mieszkaniem. Kiedy chorował, a potem umarł, pomaga nam jego brat. Wujek ma jednak swoje życie i sprawy typu rachunki muszę ogarnąć ja, na szczęście płacę przez internet (mamy rentę po tacie, pomoc z MOPS-u i moje stypendium). Zakupy robi nam wujek albo ciocia, drobne rzeczy ja kupuję.

Kasa musi być pod moim nadzorem, bo mama jest strasznie naiwna i da się naciągnąć na wszystko.
W dodatku nie potrafię jej przekonać do zadbania o siebie. Kąpie się tylko w soboty, ciuchów nie zmienia przez cały tydzień, w tym skarpetek. W ogóle ubiera się w powyciągane, stare rzeczy, tak brudne, że nie da się ich doprać (pranie w automacie robię ja albo ciocia, bo mama nie ogarnia pralki). Zamiast pójść do zwykłego fryzjera woli panią Basię z parteru, fryzjerkę amatorkę bez talentu. Kiedy ja zmieniam przepocone i brudne ubrania, i pilnuję tego u brata, słyszę, że wydziwiam. Podobnie z myciem i fryzjerem, na szczęście trochę sobie dorabiam u wujka. Lekcje z młodym też ja odrabiam, bo ortografia i matma mamę przerastają.

No i jedzenie. Jemy w kółko te same zupy, czasem naleśniki czy kotlety. Proponowałam, że sama zrobię coś innego, ale nie ma o tym mowy. Z tego powodu kilka razy potwornie się za nią wstydziliśmy. Na moje wywiadówki już nie chodzi, bo oprócz tego jak wygląda wszystko, czego nie rozumie, to dla niej wymysły, a ja całe gimnazjum musiałam słuchać przez to docinków kolegów. Najgorszą akcję zrobiła bratu w klasowe mikołajki. Nie chciała, żeby młody z całą klasą zjadł pizzę, po prostu bo nie. Milion razy błagałam, żeby odpuściła, tłumaczyłam dlaczego. Niestety wpadła do klasy Matiego z termosem rosołu, bo zamiast pizzy młody ma "pyszno zupe". Skończyło się na tym, że wrócili do domu. Potem płakała, bo brat był dla niej niegrzeczny.

Wujek chciałby nas wziąć do siebie, ale ciocia zgadza się tylko na mnie i brata. A mama sama sobie nie poradzi. Chciałabym po liceum studiować rachunkowość, ale wątpię, że to się uda. Nie mogę przecież zostawić mamy i brata, bo w najlepszym razie skończą w przytułku albo pod mostem. Nie chcę jednak też całe życie opiekować się mamą i jej pilnować.
Mimo wszystko ją kocham i nie chcę jej krzywdy. No i brata też mi szkoda.

#KLjNZ

Pracowałam jakiś czas w sklepie. Dwa, czasami trzy razy dziennie na zakupy przychodziła pewna dziewczyna i za każdym razem kupowała po 5 piw dla męża. Czasem przychodziła z synami. Chłopcy mieli może 5, 6 lat. Takie wycofane te dzieci, jakby powystraszane. Mimo próśb nigdy nie kupiła im nic, o co by poprosili. Było mi ich żal, więc czasami dostali ode mnie po lizaku.

Mam tę dziewczynę w znajomych na Fb i codziennie widzę dodane przez nią zdjęcia. Zdjęcia jej dzieci z opisem "Moje szczęścia". I czuję odrazę do niej, i jeszcze większą do jej męża. Mąż codziennie przepija średnio 15 zł, drugie tyle przepala, a tym dzieciaczkom 2 zł żałują. Zastanawiam się, czy nie zgłosić tej rodziny w MOPS-ie.

#wq7cX

Moja siostra poszła z przeziębieniem do lekarza. Lekarz kazał jej zdjąć stanik, bo inaczej nie da się niby dobrze osłuchać płuc. Siostra oczywiście się nie zgodziła, on nalegał (stary oblech), aż w końcu dosłownie po kłótni powiedział jej, że jak nie zdejmie tego stanika, to on nie da jej zwolnienia z pracy. Wyszła oburzona i poszła normalnie do pracy. W pracy opowiedziała o sytuacji swojemu koledze, a on tak się oburzył, że zadzwonił do tej przychodni ze skargą, podając się za krewnego mojej siostry. Opisał całą sytuację, a w odpowiedzi usłyszał, że skargi na tego "doktora" są co chwilę, ale oni nic z tym nie mogą zrobić, bo typ ma układy i pracuje tu od x lat, więc go nie zwolnią.
Dodaj anonimowe wyznanie