#l3wqg

Przegrywam swoje życie. Dosłownie.

Mam 28 lat, jestem kobietą i od kilkunastu już lat gram w gry bez opamiętania.
Wszystkie moje koleżanki wychodzą za mąż, budują domy, rodzą dzieci. Ja będąc z moim partnerem już 8 lat dorobiliśmy się aż samochodu. Mieszkanie wynajmujemy.
Oboje pracujemy, nie zarabiamy najniższej krajowej, ale do średniej też nam trochę brakuje.
Oboje jesteśmy maniakami. Wchodzimy w tryb online, by być najlepszymi, od zawsze gramy razem (poznaliśmy się in game ;))i od zawsze dążymy do tego, by być najlepszymi na naszym serwerze.
Ale ile może trwać taka sielanka? Czy dorośli ludzie powinni tak żyć?
Cieszy mnie, że po powrocie z pracy mogę ugotować obiad, coś szybko posprzątać i usiąść przed kompem, dla mojego partnera to również idealny układ.
Ale jednak może przegrywanie swojego życia w świecie wirtualnym to nie jest to, co powinni robić dorośli ludzie?
Myślimy o dzieciach, ale dochodzimy do wniosku, że nas na nie nie stać. Staraliśmy się o kredyt hipoteczny, nie udało się go pozyskać - więc nas na to nie stać.
Po kilkukrotnym odbiciu "że nas nie stać" nic nie zrobiliśmy dalej, tylko zaczęliśmy siedzieć przy kompach jeszcze więcej, bo przecież naszych planów i tak się nie uda zrealizować, bo nas nie stać...

Trochę mnie to frustruje, bo chciałabym mieć dziecko, z drugiej strony zamiast uczyć się, by mieć lepiej prosperujące stanowisko, codziennie po pracy siadam i gram przez jakieś 8 h, i tak dzień w dzień....

Jestem przegrywem, przegrywam własne życie w świecie online.

#FahYw

Kiedy byłam młodsza, bardzo fascynowało mnie to, że można było zagrać w grę, w której skreśla się kilka cyferek i wygrać nawet miliony złotych.

Kiedyś usłyszałam, jak moja mama mówi, że nie ma na coś pieniędzy, więc pomyślałam, że możemy zagrać w lotto! Mama kupi kupon, a ja skreślę liczby i na pewno wygramy. Pewnego dnia wstałam rano i wymyśliłam liczby, a potem błagałam mamę, żeby zgodziła się kupić kupon, bardzo mi na tym zależało i cały dzień ją męczyłam. Napisałam jej nawet na kartce liczby. Ona jednak postanowiła uczyć mnie poszanowania dla pieniędzy i tego, że ta gra i tak nic nie da, że to oszukiwanie ludzi i szansa na wygraną jest tak mała, że nie da się wygrać. Posadziła mnie wieczorem przed telewizorem i powiedziała "zobaczysz, gdybyśmy wysłały kupon, straciłybyśmy pieniążki i nic nie wygrały".

Losowanie się rozpoczęło.
Mama patrzyła na liczby na kartce i liczby w telewizorze.

Trafiłam szóstkę. 13 milionów poszło się kochać tego dnia.

#hsgo8

Jakiś czas temu spotykałam się z facetem, na początku był cudowny. Po 2 miesiącach zaczął mi robić afery w miejscach publicznych, potrafił poryczeć się w markecie, bo moja mina mu się nie podobała. Rzucał we mnie kluczami, robił afery o źle ułożone skarpetki, wykręcał ręce, a jak się postawiłam i powiedziałam, że chcę, żeby zniknął z mojego życia, zaczął dusić.

Problem w tym, że jak się go pozbyłam, to przez rok dręczył mnie, groził mi i moim bliskim, których dane pobierał w swojej pracy - u jednego z największych operatorów telefonii. Dodawał ogłoszenia z serii "oddam darmową pralkę" podając mój numer, a nawet uzupełniał formularze kontaktowe na stronach różnych instytucji moimi danymi.

Do dziś stronię od zakompleksionych mężczyzn, którzy aferami budują swoje poczucie władzy. Nie polecam nikomu.

Ludzie, nie bójcie się zgłaszać nękania! To wcale nie jest przyjemne.

#uWH7Q

W moim rodzinnym domu zawsze był syf. Jako dziecko uważałam, że to normalne, by brudne gacie walały się po mieszkaniu, jednak jako nastolatka zaczęłam zauważać problem. Próbowałam z tym walczyć na różne sposoby. Z początku po prostu sprzątałam za rodziców, ale to było jak walka z wiatrakami. Po moim posprzątaniu mama potrafiła wpuścić połowę rodziny w butach i owczarka niemieckiego. Potem chciałam poważnie porozmawiać z moimi rodzicami. Ojciec mnie wyśmiał, a mama zaczęła się awanturować, że jak mi się nie podoba, to mam się wyprowadzić i jej tyłka nie zawracać, bo przecież w domu jest czysto.

Kiedyś babcia do nas przyszła niezapowiedzianie w odwiedziny. A tam, oczywiście, w salonie brudne gacie starego, kubki jeszcze z rana, masa okruszków na stole, a obok cążki do paznokci... Ogólnie syf. Babcia nawet kawy nie chciała, a potem rozgadała wszystkim, że u nas jest masakrycznie brudno. Mama się wściekła, pamiętam, że wtedy bardzo płakała, tłumaczyła, że to przez pracę. Posprzątałyśmy razem mieszkanie i już myślałam, że się przełamuje, ale nie. Za dwa dni znowu było tak samo. Z babcią zaś przestała utrzymywać kontakt i uważa ją teraz za arcywroga. Jak jadę do babci na kawę, to potrafi się i do mnie nie odzywać, a za jej plecami nazywa ją starym próchnem.

Jak poznałam chłopaka, to było mi bardzo wstyd zaprosić go na weekend. W piątek było jeszcze czysto, bo posprzątałam, ale w niedzielę znowu to samo: brudne gacie, jakieś okruszki, nieumyte naczynia rozstawione po meblach. Koszmar. Całe szczęście, wyprowadziłam się z nim na studia dosyć szybko i mogłam odetchnąć z ulgą.

Jak mama do mnie przyjeżdżała do mieszkania, to potrafiła od progu śmiać się ze mnie, że mam czysto jak w muzeum. Ojciec to samo. Z tym że naprawdę nie jestem pedantyczna. Robię gruntowne porządki raz w tygodniu, ale przez cały tydzień sprzątam po sobie. Tłumaczyłam im, że wystarczy wynieść po sobie talerz, a ciuchy wrzucić do brudownika, a nie obok.

Do dzisiaj jak tam jeżdżę to sprzątam. Bo mi głupio, jak mama zaprasza gości np. na swoje imieniny, a w domu jest po prostu brudno. Mama wychodzi z założenia, że jak pracuje na cały etat, to nie musi sprzątać. Teraz sobie jeszcze kupili psa na starość. Pies jest niewychowany i wali kupę po kątach, a oni tego nie sprzątają.

Rodzice mieszkają na wsi, więc jesienią myszy pchają się do domu. Ostatnio, będąc w domu i sprzątając, natrafiłam na szczątki myszy za mikrofalówką i powiedziałam basta. A niech sobie gniją w tym syfie. Nie będę ich po prostu odwiedzać.

#3JxXy

Jakieś 10 lat temu pojechaliśmy sobie z mężem i córką nad morze.
W miejscowości, w której byliśmy, czyli w Jastrzębiej Górze, była taka duża tablica z mapą regionu i zaznaczonymi ciekawymi miejscami do zwiedzania, wiecie o co chodzi. Niestety nie było objaśnień do tych oznaczeń, widocznie autor mapy uznał, że to oczywiste.
Zaintrygował mnie znaczek w jednym miejscu, całkiem niedaleko nas, wyglądał jak ślizgawka, skojarzył mi się ze skocznią narciarską, więc niewiele myśląc spytałam męża, czy to skocznia.
Mąż z kamienną miną odpowiedział mi, że oczywiście, jak mogę tego nie wiedzieć, że tu właśnie jest jedna z treningowych skoczni narciarskich w sezonie letnim.
Serio nie wiem, czy to upał czy wrodzona głupota, ale łyknęłam jak pelikan i bardzo się ucieszyłam, jak zaproponował wycieczkę następnego dnia w to miejsce. Bardzo się napaliłam i miałam cichą nadzieję, że może nawet uda się zobaczyć Małysza na żywo.
Byliśmy wtedy bez auta, złośliwie się zepsuło przed samym wyjazdem na wakacje, więc pojechaliśmy pekaesem.

I teraz wyobraźcie sobie tę sytuację:
Wysiadamy. Dookoła pola i jakieś chałupy.
Nie wiadomo, w którą stronę iść. Upał, ludzi nie widać. Ale jest kwiaciarnia! Więc zaciągam tam męża, wchodzimy i zadaję bardzo ważne dla mnie pytanie:
- Dzień dobry, przepraszam, którędy na skocznię narciarską?
Pani robi wielkie oczy.... Milczy... Milczy...
I słyszę zza pleców chichot męża.

Nigdy nie byłam tak bliska morderstwa jak wtedy.
Jeśli pani z kwiaciarni to przypadkiem czyta - ja naprawdę jestem normalna, to mąż mnie wkręcił ;-)

#jNzpP

Wstyd mi za to, że jestem głupsza od własnego dziecka.

Moja córka ma 16 lat, a zna 5 języków obcych (dwa ma w szkole), nauczyła się grać na gitarze i pianinie z samouczków, ma najlepsze oceny w klasie i startuje na olimpiadach matematycznych. W rozmowie z nią często nie znam niektórych słów i muszę później sprawdzać ich znaczenie w internecie. Unikam tych rozmów jak ognia, bo często dochodzi do nieporozumień, córka narzeka, że jej nie rozumiem i nie wie po co mi tłumaczy jakieś swoje przemyślenia czy sytuacje, które spotykają ją danego dnia.
Tracę z nią kontakt, nie jestem w stanie jej zapewnić wsparcia, rozmowy, zrozumienia.
Myślałam o tym, żeby iść na terapię rodzinną, ale wstydzę się co pomyśli o mnie ten terapeuta.
Czuję się zwyczajnie tępa przy niej. Gdyby nie to, że jest bardzo do mnie podobna z wyglądu, myślałabym, że ją w szpitalu podmienili.

#JgUix

Wiecie co mnie wkurza? Kiedy komuś coś się nie podoba i jego celem życia staje się, by pokazać wszystkim innym jakie to jest złe, przy okazji dorabiając do tego ideologię.


Mam niezłą przemianę materii, więc mimo średnio zdrowej diety noszę niezmiennie rozmiar 38. Podobnie mój kolega - zajada się wszelkiego rodzaju fast foodami, a pozostaje całkiem szczupły. On dodatkowo pali jak smok. Tyle tytułem wstępu. 


Siedzimy na uczelni i gadamy, kiedy kawałek dalej grubsza dziewczyna (na oko rozmiar 42) wyciąga batonika i zaczyna go jeść. Kolega po chwili: 
- Jak ja tego nienawidzę. 


Nie bardzo wiedziałam o co chodzi, więc poprosiłam o szczegóły. Domyślacie się co usłyszałam. Że do takich ludzi nie ma szacunku, że jak ona wygląda i niech pójdzie na siłownie i przestanie się zażerać. Dużo w tym było agresji. 


Zapytałam go, z czym właściwie ma problem.
- Jak można na własne życzenie tak sobie zdrowie rujnować!
- Przecież ty wczoraj zjadłeś dwa zestawy z McDonalda na moich oczach.
- No ale ja nie tyję.
- Wiesz, że to i tak niezdrowe, co? Narządy wewnętrzne się otłuszczają...
- Ale to jej utrudnia życie! Nie może podbiec do autobusu, uprawiać sportu...
- Kiedy ty ostatnio uprawiałeś jakiś sport?
- No ale ja przynajmniej TAK nie wyglądam - zakończył dyskusję.


Grubi ludzie mogą się komuś nie podobać, ale czy naprawdę trzeba wymyślać powody? Lepiej przyznać przed samym sobą "wolę szczuplejsze dziewczyny" niż zasłaniać się kwestiami zdrowotnymi, które tak naprawdę nas nie interesują w najmniejszym stopniu.

#mZgro

Drodzy Anonimowi, postanowiłam się podzielić moją i nie tylko moją historią.

W wieku 26 lat wyjechałam do pracy na Sycylię, miałam popracować tylko trzy miesiące, ale jestem tu już siedem lat. Poznałam fantastycznego mężczyznę, wyszłam za mąż, niestety nie mamy dzieci.

Mam w Polsce kuzynkę, której nie za bardzo się powodzi finansowo. Ania pracuje w sklepie odzieżowym, jej mąż jako konserwator i by się wydawało, że jak oboje pracują, to powinno być dobrze. Mają dwóch chłopaków, Kacpra 10 lat i Marcina 12 lat.
Marcina od pięciu lat, a Kacpra od czterech lat regularnie zapraszam do siebie na wakacje.

Wiadomo morze, plaże. Chłopcy spędzali u mnie zawsze sześć tygodni.

Finansowałam wszystko, bilety, utrzymanie, zabawy, np. lunapark. Ania była mi wdzięczna, nieraz powtarzała, że inaczej nie wie, co by zrobiła z dziećmi w wakacje, bo pracuje.
Razem z mężem kochamy tych dzieciaków, ale coś się zmieniło.
Chcąc zarezerwować bilety lotnicze, chciałam z Anią uzgodnić termin wylotu i dowiedziałam się, że w tym roku chłopcy nie przyjadą do mnie, ponieważ nie potrzebuje już mojej ''łaski''. Nigdy nie dałam jej odczuć, jakbym robiła to pod przymusem, jak już pisałam kocham dzieciaki. Prezenty na Boże Narodzenie, finansowanie zajęć dodatkowych, tj. Marcinowi opłacałam klub karate, a Kacprowi piłkę.

I nie wiem co się nagle zmieniło.
Czy to słynne 500+? Nie wiem.

Co mam zrobić? To moja jedyna rodzina oprócz męża.

#ukYC1

Moja teściowa kiedyś nie traktowała mnie dobrze... ona jest księgową z twardymi zasadami, własną firmą, do tego jest idealna panią domu... a ja potrzepana artystką którą czasami nie obchodzą kurze na meblach wynikłe z braku czasu (praca, opieka nad dzieckiem, tworzenie). 


Na początku była jawna wrogość i kłótnie przez które obrażała się na kilka miesięcy. Potem zaczęła mnie tolerować, w następnej kolejności przyszła nieśmiała akceptacja i taka jakby sympatia. 


Dowiedziałam się (przypadkiem bo nie powiedziałaby mi tego wprost) że gdy była mała miała zdolności muzyczne, przeszła wszystkie testy do odpowiedniej szkoły muzycznej bo pragnęła grać na fortepianie. A jej matka uznała, mimo świetnej sytuacji finansowej i bogactwa które było obce dla większości ludzi, że nie kupi jej fortepianu bo nie pasuje jej do wystroju w pokoju i nie ma gdzie go ulokować .I ogólnie sama wiedziała co jest lepsze dla jej córki. 


Mam pomysł jak uszczęśliwić ją w jej nadchodzące urodziny. Mam zamiar znaleźć prywatną szkołę nauki gry na fortepianie i opłacić pierwszą lekcję, aby mogła zobaczyć czy wciąż się w tym odnajduje. Jeśli jej się spodoba to sama podźwignie swój dalszy los. Pisze o tym aby uświadomić innych aby nie oceniali ludzi po pozorach. 


Nadmierny pedantyzm mojej teściowej, bycie idealną panią domu i karierowiczką odbiło jej się tak naprawdę źle bo gdy spotkała kogoś takiego jak ja, kwintesencje tego co odrzuciła w dzieciństwie i do czego odrzucenia też została zmuszona, sprawiło to że poprzez jawną niechęć i wyparcie (więc i piętnowanie) sama stała się dla innych swoją własną matką. Mam nadzieję że mój pomysł coś w niej zmieni i jeszcze bardziej poprawi nasze relacje.
Dodaj anonimowe wyznanie