Wkurza mnie narzucanie swoich przekonań ma siłę innym ludziom. Chodzi mi tu najbardziej o religię.
Jestem człowiekiem wierzącym, praktykującym. Nigdy nikogo nie obraziłem za to, że nie wierzy lub nie chodzi do kościoła. A mimo to nieraz ktoś mi wmawiał, że Bóg nie istnieje, że religia ogranicza ludzką wolność itp. Jakiś czas temu nawet jeden z moich współlokatorów, który jest ateistą, dla żartu odwrócił krzyż, który miałem powieszony nad biurkiem. Nieraz mi krzyczał nawet, że jeśli chcę z nim mieszkać, to mam wyrzucić ten krzyż. Oczywiście nie wyrzuciłem krzyża, ale mieszkania też nie opuściłem.
Przykro mi zawsze, kiedy słyszę coś takiego, mimo że nigdy nie obraziłem współlokatora za to, że nie wierzy. Zawsze uważałem, że wiara to sprawa osobista. I wiem też, że niektórzy katolicy wymuszają na siłę wiarę u ludzi niewierzących. Też uważam, że tak nie powinno się robić, chociaż sam jestem katolikiem. Uważam, że Boga trzeba najpierw poznać i poczuć jego obecność, a nie wierzyć w Niego, bo "ktoś mi kazał". Wtedy taka wiara nie ma sensu.
I to tyle. Chciałem się po prostu wypowiedzieć. Żadnego morału nie będzie.
Ostatnio zauważyłem, że mój tata ciągle ma w komputerze poodpalane jakieś dodatkowe okna, na początku nie wiedziałem o co chodzi i stwierdziłem, że muszę się dowiedzieć, bo było mi to podejrzane.
Gdy pojechał do pracy usiadłem do jego komputera i moim oczom ukazało się kilka profili na facebooku, w tym jego prywatny gdzie pisze z kobietami z okolicy i z pracy i umawia się na seks itd... Z tego co zauważyłem musi to trwać bardzo długo i na pewno nie raz już zdradził mamę, dodam, że konfy te są przepełnione rożnymi zdjęciami (+18) i rozmowy dotyczą tylko seksu.…
Jedna z kobiet z jego pracy, która ma męża i dwójkę dzieci, tak samo jak mój tata ma żonę i nas dwoje dzieci, wysyłała mu łącznie z 50 swoich nagich zdjęć i filmów... W rozmowie wyczytałem że jak to się kochają i jak to siebie pragną (prawie się porzygałem), ale stwierdziłem że wezmę swojego pendrive i zgram te wszystkie zdjęcia w razie czego...
Nie wiem co mam robić, boję się, że jeśli to wyjdzie na jaw, to mama się wykończy, tym bardziej, że nie tak dawno dziadek (jej tata) zmarł. Z drugiej strony są małżeństwem prawie 25 lat i szkoda mi, żeby to się rozsypało. A znowu jak patrzę codziennie na mamę, to serce mi pęka... nie wiem co robić...
Musiałem się tym podzielić, bo było to już za dużo dla mnie...
Sytuacja miała miejsce za czasów szkolnych, gdy miałam 16-17 lat. Odbywałam wtedy praktyki w salonie fryzjerskim. Jechałam na popołudnie do pracy, pech chciał, że jeden z tramwajów się zepsuł i zablokował całe torowisko, minęła godzina, zanim wznowili komunikację.
W końcu nadjechał pierwszy lepszy tramwaj, myślałam tylko, by kawałek podjechać, bo już byłam spóźniona. Wsiadłam razem z tłumem ludzi zgnieciona jak sardynka, do tego smród, duchota i pocący się ludzie, ocierający się o mnie - jak to w lecie.
W pewnej chwili poczułam, że ktoś czymś mokrym dotknął moich gołych pleców. Przesunęłam się, obróciłam się za siebie, ale nic nie zobaczyłam. I tak kilkakrotnie coś mokrego smyrało moje gołe plecy, a ja zaczęłam naciągać bluzkę. Kolejne przystanki, ludzi robiło się coraz mniej, aż dojechaliśmy do kolejnego przystanku. Osoby za mną ruszyły do drzwi, gdy po chwili koleś, który od początku stał za mną, szepnął mi do ucha "dziękuję, było miło". Aż mnie zmroziło, zaczęłam odrzucać najgorszą myśl, która mi się nasuwała, że przecież było mnóstwo ludzi, ktoś by zauważył, i to nie mógł być jego "śliniący" narząd na moich plecach.
Do pracy wpadłam cała zdenerwowana, od razu weszłam do łazienki, szorując wszystkim czym popadnie swoje plecy... Mimo że minęło 11 lat, do tej pory mam ciarki na plecach, jak o tym pomyślę.
To było kiedy miałam pięć lat. Razem z siostrą i mamą byłam w aptece. Moja siostra zauważyła jakiegoś chłopaka przy wejściu i postanowiła do niego zagadać.
Ponieważ nie umiałam wtedy trzymać języka za zębami, po prostu podeszłam do siostry i powiedziałam, że nie ma tego leku na przeczyszczenie, który ona chciała. Chłopak zaczął się śmiać, tak samo jak ludzie wokół, a moja siostra spaliła buraka.
Później wymieniła się z tym chłopakiem numerami telefonu i w tej chwili są zaręczeni. Ciągle mówią, że to właśnie dzięki mnie są ze sobą.
Ciemna i zabawna strona macierzyństwa.
Czujesz, że sraczka nadchodzi. Wracasz z parku, musisz jeszcze wstąpić do apteki. Zdążyłaś wejść do klatki. Nikogo nie ma w pobliżu. Poszło w gacie. Dziecko płacze, bo głodne, pies piszczy, bo stoimy za długo w jednym miejscu. Bierzesz leki w jedną rękę, torbę zarzucasz na ramię. Smycz w drugą rękę, ale jak wziąć dziecko? Jednocześnie modlisz się, aby nic ci nie wyleciało nogawką. Pies i dziecko piszczą dalej. Rzucasz leki w kąt, kij z nimi. Leki da się odkupić. Godności nie. Bierzesz dziecko na ręce, kurna, pasy się nie chcą odpiąć, zaplątały się.
Wyciągasz dziecko, idziesz na górę modląc się, żeby nikt się nie krzątał po klatce, bo śmierdzi, ale stwierdzasz, że masz dziecko na rękach, jak coś, to ono śmierdzi.. Udaje ci się wejść do mieszkania. Dziecko do bujaczka, pies nieodpięty. Trudno, niech se radzą. Idziesz do kibla robisz swoje, szybki prysznic. Robisz dziecku jeść, bo piszczy, odpinasz psa, bo piszczy. Schodzisz po porzucony wózek i leki. A wszystko dlatego, że nie mogła się obudzić i wypiłaś kawę z mlekiem, doprawiłaś sałatką z serem kanapkowym. Zapomniałaś, że masz nietolerancję laktozy.
Kiedy w dzień przed Walentynkami do pijackich awantur urządzanych przez partnera mojej matki po raz pierwszy doszły rękoczyny wobec jej oraz mnie i ona zadzwoniła po policję, byłam dumna. Po tym, jak dostał gazem za stawianie się i zabrali go na izbę od razu zaczęłyśmy się pakować i szukać nowego mieszkania. Musiałyśmy spędzić w tamtym domu (wyremontowanym za jej pieniądze) jeszcze dwie noce i były to najgorsze noce w moim życiu, pełne strachu. Oczywiście nie mogło zabraknąć próby wyrzucania rzeczy przez okno.
Przeprowadziłyśmy się i pojechałyśmy na tydzień do rodziny, żeby odreagować. Śmiałyśmy się z tego idioty, który non stop wypisywał różne brednie. Nie przyznawał się do przemocy, twierdząc, że gdyby uderzył, to nie doszłaby do łazienki [:)]. Twierdziła, że już nigdy z nim nie będzie (to była jego druga szansa), bo wie, że wtedy wybierałaby pomiędzy swoimi dziećmi (mam młodszego brata, którego podczas tamtej akcji nie było przy nas) a nim, więc wybór jest prosty.
Wróciłyśmy do siebie. Minął drugi tydzień i wszystko jak krew w piach. Że niby z koleżanką była, że niby znajomy coś potrzebował. Później stało się jasne – znów się z nim spotyka, spędza u niego noce, ale podobno nie są razem, a ona "chce tylko, żeby się nie obraził jak zerwie kontakt i oddał pieniądze". Czyli wychodzi na to, że śpi z nim dla zapłaty. To człowiek apodyktyczny, zaborczy, wiecznie wmawiał jej zdrady, bo sam zdradzał. Mówiła, że ograniczył alkohol. Typ, który trzyma przy łóżku kij bejsbolowy i właśnie tego się obawiam – że moja matka oberwie tym kijem. Bo powie coś, co mu się nie spodoba i rzeczywiście nie będzie w stanie wezwać pomocy. Nie umiem przestać o tym myśleć. W porządku, jest dorosła, ma prawo żyć swoim życiem, ale widocznie zapomniała jak trzęsła się na komisariacie i nic do niej nie dociera. Już wcześniej miałam problemy psychiczne i z sercem, teraz miewam koszmary, w których jestem uwięziona w tamtym domu. Nie wiem co robić, żeby przemówić jej do rozsądku. Mój ojciec, a jej mąż, nigdy nie podniósł na nią ręki.
Nie wierzę temu facetowi, że nic nie kombinuje.
Ostatnio na Anonimowych pojawiła się historia małżeństwa, które nie może mieć biologicznych dzieci, ze względu na bezpłodność mężczyzny. Padło tam stwierdzenie, bodaj babci, że nieważne, jaki byk, ważne, żeby był cielaczek (czy coś w ten deseń).
Przypomniało mi to historię, która miała miejsce w mojej rodzinie, lata temu, zanim się urodziłam. Trochę dalsza rodzina, tak że znam to tylko z opowieści.
Ciotka z wujem także starali się przez kilka lat o dziecko. W końcu po badaniach wyszło, że wuj jest bezpłodny. Jednak chłop był zawzięty i chciał, by jego żona mimo wszystko urodziła mu dziecko.
Co zrobił?
Niewiele (albo może i wiele) myśląc, wysłał żonę samą na wczasy i kazał wrócić do domu z brzuchem. O dziwo, plan się powiódł. I w ten sposób po 9 miesiącach od wyjazdu ciotki doczekali się swojego jedynego dziecka.
Wuj córkę kochał nad życie, na rękach ją niemal nosił, za to ciotka... no cóż, najoględniej mówiąc, przez lata nie mogła patrzeć na swoje dziecko...
"Mogę zaproponować 1300 zł na rękę".
Potrzebowałam tej pracy, więc się zgodziłam. Magazyn. Ok. 100 metrów. Dostawy, przyjęcie i rozłożenie towaru, pakowanie paczek. Asortyment: zabawki.
Ciężko wyżyć za 1300 na umowie zleceniu, ale nie narzekałam, robiłam swoje. Firma się rozwijała, pracy przybywało. Dostaw było coraz więcej i coraz cięższe. Czasami kilka palet jednego dnia. Pracowało nas tam trzy. Ja ogarniałam magazyn, a dwie dziewczyny siedziały w biurze. Szefowa? Dla klientów złota kobieta, dla pracowników... Cruella. Łaskawie po dwóch latach podniosła pensje o 200 zł. Umowy na stałe nie mogłam się doprosić, bo jak twierdziła to są koszty i ich nie stać. Obowiązków przybywało z każdym miesiącem. Miała na towar. Zamawiałam aż nadto. Urlopy czy zwolnienia - nawet nie było o tym mowy. Tzn. mogłyśmy wziąć wolne, które było odciągane z naszej pensji. Ludzie jeździli na wakacje, a my obliczałyśmy ile nam zostanie pensji, jak weźmiemy trzy dni wolnego.
Szefowa wiecznie niezadowolona, mimo że w sprzedaży i obsłudze klienta mieliśmy same pozytywne komentarze.
Nigdy nie zapomnę, gdy przed świętami przychodziły dostawy, jedna po drugiej. Kilka ciężkich palet każdego dnia. To wszystko trzeba rozpakować, przyjąć na stan, poukładać na półki, w międzyczasie przychodzą faktury i trzeba pakować paczki dla klientów. Ok. 200 paczek + robić inne drobne rzeczy, jak opisywanie produktów. I to wszytko na mojej głowie. Pot leciał po dupie. Czasami nie było czasu zjeść. Odpocząć. Bo ciągle wchodziła i pytała, czy to już przyjęte, dlaczego to jeszcze nieopisane... A na koniec te 1600 zł. To dobijało. Kiedy byłam chora, przychodziłam z gorączką i katarem, bo każdy dzień nieobecności to mniej przy wypłacie.
Po kilku latach (byłam tam chyba przez zasiedzenie) zaczęłam walczyć. Miałyśmy zgrany zespół, chciałyśmy mieć podwyżkę i stałą umowę. Ale pani szefowa stwierdziła, że i tak dużo zarabiamy, że wcale nie mamy tak dużo pracy i w ogóle to mamy wolne weekendy i stałe godziny, więc na co narzekamy.
Zwolniłyśmy się. Wszystkie.
I wiecie co? Mam pracę. Zarabiam trzy razy tyle co tam, mam umowę i nie wracam utyrana jak osioł. Moje koleżanki również nie narzekają. Z tego co wiem, poprzednia firma upadła. Nie znam powodu, ale jeśli pracownika traktuje się jak osła, to prędzej czy później karma wraca. Ta kobieta nie miała szacunku do ludzi, którzy pracowali fizycznie, pracowali na jej majątek. Kiedyś chciała, bym przeszła do biura mówiąc "A tu na magazyn znajdzie się jakaś tania siła robocza"... No cóż.
Mieszkam w małym (naprawdę malutkim) miasteczku. Jestem jedynaczką (co jest tutaj dość istotne). Rodzice prowadzili całkiem dobrze prosperującą kwiaciarnię. Studiowałam w tzw. "dużym mieście" (chociaż to tak naprawdę nadal dość małe miasto, ale ja nie o tym).
Na kilka miesięcy przed moją obroną magisterki zmarł mój tata. Nagle, na wylew. Mama się totalnie załamała. Wróciłam do domu, żeby jakoś jej pomóc, chociaż mnie też nie było łatwo. Studia udało mi się jakoś skończyć, ale nie wróciłam potem do tego dużego miasta. Zostałam z mamą, bo prosiła mnie o pomoc w prowadzeniu kwiaciarni. No i tak trwam. Mieszkam tylko z mamą i we dwie jakoś ciągniemy ten biznes. Problem w tym, że ja absolutnie tego nienawidzę! Nie mam ręki do kwiatów, nie umiem układać wiązanek i ta praca w ogóle mnie nie "kręci". Chciałabym wrócić do miasta i spróbować żyć na własny rachunek. Mama jest oczywiście przeciwna. Mówi, że o pracę tam ciężko, bo to nie jakaś metropolia, a konkurencja duża. Poza tym po co mam gdzieś jechać, jak pracę mam tutaj? Każdy chciałby mieć taki biznes podany na tacy, a ja nim gardzę. Mówi, że jest jej przykro, że chcę zniszczyć coś, co ona z ojcem budowali całe życie i że tego nie szanuję i jestem niewdzięczna. Ona sama nie poradzi sobie z tym wszystkim i muszę zostać i jej pomóc. A najlepiej to wyjść za mąż, z mężem zamieszkać u niej (bo ma duży dom) i narodzić jej wnuków. A wszyscy będziemy szczęśliwi i będziemy pracować w tej kwiaciarni po wsze czasy.
Tymczasem moja przyjaciółka wyjeżdża, bo znalazła pracę w mieście. Wynajęła tam mieszkanie i namawia mnie, żebym pojechała z nią, to we dwie będzie na początku łatwiej.
Złożyłam CV do kilku miejsc (tak żeby chociaż spróbować) i... dostałam pracę! Na recepcji w hotelu. Niby nic wielkiego, ale to zawsze coś. Miałabym swoje pieniądze i może wreszcie bym się uniezależniła? Wszystko co zarabiamy w kwiaciarni mama uważa za swoje (bo to jej biznes), a ze mną się po prostu dzieli, bo jestem jej córką.
Kiedy powiedziałam jej, że dostałam pracę i chcę wyjechać, to stwierdziła, że zwariowałam. To fatalna robota, za małe pieniądze, w dodatku na zmiany po 12 godzin i na noce. Na pewno sobie nie poradzę i nikt normalny nie rzuca lepszej pracy (w kwiaciarni) dla gorszej, i to jeszcze daleko! I za mieszkanie trzeba płacić! A tutaj mam wszystko za darmo i na miejscu. A w ogóle to jestem samolubna, bo chcę ją zostawić samą chociaż wiem, że sobie nie poradzi.
Nie wiem już co mam robić. Mam tak zryty mózg i takie wyrzuty sumienia względem mamy, że zaraz oszaleję! Kocham ją, kiedyś była całkiem inna. Po śmierci ojca się tak zmieniła. Chce, żebym była cały czas przy niej. Nawet ją rozumiem, ale ona nie rozumie, że ja już tak nie mogę dłużej. Ona cały czas podcina mi skrzydła. Zwariować można. Fatalna sytuacja.
Wyznanie dziwne i trochę nienormalne.
Mam 17 lat. Od kilku miesięcy mój tata pracuje za granicą, wracając na nieliczne weekendy czy święta, więc przez większość czasu jesteśmy z mamą same w domu. I tutaj zaczyna się robić dziwnie.
Kiedy na początku nie mogłyśmy przyzwyczaić się do nowej sytuacji, pewnego rodzaju samotności, lgnęłyśmy do siebie, czasem spałam z mamą w łóżku, żeby nie czuła się sama. Były to normalne relacje mama-córka.
Od jakiegoś czasu, gdy tęsknota robi się coraz większa, mam wrażenie, że hm... moja mama się do mnie po prostu dobiera. Gdy się wygłupiamy, ona mnie łaskocze, często "przypadkiem" jej ręka sięga zbyt nisko bądź na wysokości piersi.
Rzuca seksualne żarty, czego wcześniej raczej nie robiła. Wieczorem nim sama pójdzie spać... usypia mnie, bo ja oddaję się w objęcia Morfeusza dość wcześnie. Zwracałam jej uwagę - kiedy podczas wygłupów przekraczała granicę, rzucałam w żartach, żeby mnie nie molestowała. Peszyła się wtedy, choć oczekiwałam innej reakcji, że chociażby się oburzy. Mówiłam, że nie potrzebuję przytulania przed spaniem, bo cóż, jestem już dużą dziewczynką.
Jest naprawdę wspaniałą osobą i moim wzorem, lecz to zachowanie naprawdę mi do niej nie pasuje.
Mam mętlik w głowie i czuję się naprawdę dziwnie. Najgorsze, że mam wrażenie, że zaczyna mi się to podobać.
Dodaj anonimowe wyznanie