#rjbK0

Działo się to dobre ponad 20 lat temu, miałam 5, może 6 lat. Lubiłam chodzić do kościoła i słuchać przypowieści biblijnych. W ten sposób usłyszałam o Apokalipsie - "nie znacie dnia ani godziny". Generalnie ksiądz powiedział, że koniec świata nadejdzie wtedy, kiedy nikt nie będzie się go spodziewał. Przestraszyłam się nie na żarty. Stwierdziłam więc, że uratuję całą ludzkość i będę każdego dnia mówić i rozmyślać o końcu świata - przechytrzę Pana Boga!

Rodzina niepewnie zareagowała na moje nowe zainteresowania - nie wiedzieli, czy jestem nad wiek rozwinięta, czy chora psychicznie. Niestety po tygodniu musiałam sobie dać spokój - interweniowała siła wyższa, czyli przedszkolanka, która nie potrafiła opanować rozhisteryzowanej grupy wystraszonych kilkulatków.

Ale świat istnieje nadal, więc może jakiś bohaterski dzieciak przejął ode mnie pałeczkę ;)

#uA6FG

Od 3 tygodni pracuję w żłobku. Od razu po licencjacie z pedagogiki znalazłam pracę w zawodzie i bardzo się z tego powodu cieszyłam, do czasu...

Pracuję z A., która pomimo mgr jest totalnym zaprzeczeniem pedagoga.
Już w pierwsze dni czułam, że chce mi ubliżyć. Wszystkie moje pomysły na zabawę z dziećmi krytykowała. Wszystko jej przeszkadzało w moim zachowaniu. Ogólnie wszystko jej przeszkadzało, a najbardziej dzieci.

Sama A. ma zachowania typu bordeline. Raz przytula dzieci, całuje, bierze na ręce, a raz krzyczy i szarpie. Zauważyłam, że najgorzej mają te, które jeszcze nie mówią, ale sporo płaczą. Potrafi posadzić je w krzesełku w kącie i one siedzą tam nawet i godzinę!

Ja za tydzień zmieniam pracę, a ona jeszcze nie wie, że mam nagrane na telefonie, jak zwraca się do dzieci. Np. "przestań wreszcie wrzeszczeć, boli mnie głowa!" albo "jak nie przestaniesz, zadzwonię do mamy, by cie nie odbierała, zostaniesz tutaj do rana".

Czemu anonimowe? Nikt jeszcze o tym nie wie. Szefowa, gdy jej zwróciłam uwagę nt. zachowania jej pracownicy, powiedziała mi tylko, że jak trochę popracuję, to zrozumiem, że dzieci wyprowadzają z równowagi.

Nagrania (głosowe) mam zamiar pokazać szefowej, gdy znajdę nową pracę, a jeśli nie zwolni A., osobiście skontaktuję się z rodzicami w celu przekazania dowodów i zasugeruję, żeby poszli z tym na policję.

#hp2Ev

Jak można rozwiązać problem nic nie robiąc? Na przykład tak - mój chłopak ma przyjaciela z dzieciństwa, z którym mają mnóstwo fantastycznych wspomnień, z których potrafią się śmiać po tym, jak jeden z nich tylko wspomni słowo lub zanuci melodię. Uwielbiają sobie robić kawały. Sporo dzieciństwa i młodości przeżyli razem i OK, przyjaźń dobra rzecz. Tyle że o ile mój chłopak skończył studia, postarał się o dobrą pracę i ogólnie, można powiedzieć, jest ogarniętym człowiekiem, o tyle przyjaciel M. pozostał na etapie wesołego nastolatka bez pomysłu na życie.

Gdy się poznaliśmy z moim P., oczywiście szybko poznałam też M. Trochę mi to przeszkadzało, że praktycznie na każdą naszą randkę próbował się wkręcić, no bo przecież tak fajnie się spotykać ze znajomymi. Nie docierało do niego, że my chcieliśmy ten czas spędzać razem. Niestety był dosyć skuteczny we wkręcaniu się w nasze spotkania, pewnie też dlatego, że my obydwoje mamy miękkie serce i jakoś tam zawsze nam było szkoda, że będzie sam.

W pewnym momencie M. jakby coś ogarnął i postanowił wyjechać do siostry za granicę popracować. Te pół roku, kiedy go nie było, to dla nas był prawdziwy rozkwit naszego wspólnego życia i bliskości. Wynajęliśmy fajne mieszkanko i zamieszkaliśmy w nim. Mojemu P. poszczęściło się też w pracy i dostał propozycję przejścia na fajne stanowisko z niezłą wypłatą. No i wtedy właśnie pojawił się znów M. Niby niemający gdzie mieszkać, z resztką kasy z zagranicy, obiecał, że pomieszka troszkę i coś sobie znajdzie. Mijały tygodnie i nic.

Nadszedł dzień, kiedy P. miał pierwszy raz pracować na nowym stanowisku. Troszkę się denerwował jak będzie, ale dzielnie przygotował się psychicznie i nie tylko. Kupił sobie, wyprał i wyprasował koszule, które od tego dnia miał nosić na co dzień. Nie był do tego przyzwyczajony, ale co tam, jak trzeba, to trzeba.

Poranek zaczął się pięknie - P. w eleganckiej koszuli już ma wychodzić do pracy - a tu, na środku brzucha ma równe czarne kółko! Tak się wkurzył na M. za ten kawał, że po raz pierwszy w życiu powiedział mu, co myśli o jego ciągłym wtrącaniu się w nasze życie!. M. wyniósł się do brata, twierdząc cały czas, że to nie on. Ale kto? Ja w ogóle nie byłam rano w pokoju, z którego P. wziął czystą koszulę. Tam siedział M. i to on dzień wcześniej sobie żartował z tego, że od teraz P będzie chodzić w koszulach.

Ja wiem, że czarne równe kółko powstało, gdy P. zamykał puszkę z kawą, opierając ją na brzuchu. Domyśliłam się, że od spodu puszka była czarna, bo dzień wcześniej niechcący postawiłam ją na wystygniętym, ale jeszcze brudnym grillu.

Wyszorowałam puszkę, zatarłam ślady. Wreszcie mamy spokój!

#IOASp

Jestem wodzirejem, mimo że ta nazwa odeszła już dawno w zapomnienie, a ja sam jestem młodym 25-latkiem, to ze względu na to, że specjalizuję się w weselach, rocznicach ślubu itp., to nazwa ta pasuje idealnie.
Ale do rzeczy.

Na weselach dzieją się cuda wianki i ogólnie wszystko... Od odwołanych ślubów, bo któreś z "młodych" powiedziało NIE, po pozywanie o rozwód jeszcze przed końcem wesela. Ale jedno wesele zapamiętam do końca życia... Otóż jeszcze przed nocą poślubną doszło do czegoś więcej między mną i panią młodą. Nie mam pojęcia jak do tego doszło, ale w przerwie między tańcami przyszła do mnie i poprosiła, żebym z nią poszedł, oficjalnie by przygotować dokładnie podkład pod taniec dla męża, a w praktyce wyszło co wyszło w pokoju, w którym miała spędzić noc poślubną. Do końca wesela nie dała po sobie znać, że coś się stało, całowała męża, mimo że jeszcze chwilę temu całowała mnie...

Nigdy nikomu o tym nie powiedziałem. Jestem złym człowiekiem, wszyscy trochę jesteśmy....
 
PS Jedno na dziesięć wesel jest nienormalne.

#oQyID

Miałem kiedyś wiewiórkę.
A w sumie moja siostra, ale ona miała mało czasu, bo chodziła wtedy do liceum i chciała dobrze napisać maturę, więc dużo się uczyła. Nie była to zwykła polska wiewiórka, tylko wiewiórka syberyjska lub inaczej zwana burunduk syberyjski (polska wiewiórka jest ruda, a syberyjska brązowa w białe, podłużne pasy).
Nazywała się Drops - od tego, że jak tylko wybiegła z transportera do mojego pokoju (pokój dzieliłem z siostrą), to nie pobiegła do klatki, tylko obwąchała opakowanie cukierków.
Drops żył w naszej rodzinie 7 długich, cudownych lat. Przez ten czas każdy z mojej rodziny bardzo się do niego przyzwyczaił. Nawet nie bał się naszej kotki, a ona nie polowała na niego. I nieważne, czy kogoś drapnął (bo się przestraszył), czy kogoś ugryzł - wszyscy bardzo go lubiliśmy. Czasem to na nas wskakiwał i chodził po ramionach albo zbiegał po ubraniach na ziemię. Dawaliśmy mu orzechy lub nasiona słonecznika, gdy przybiegał do nas. Może i trzeba było często po nim sprzątać, ale wciąż był wspaniałym zwierzątkiem. Właśnie, był...

15 grudnia 2017
Byłem chory, nie poszedłem do szkoły, zostałem w domu i leżałem w łóżku. Obudziłem się około 9 i bardzo się zdziwiłem, bo nigdzie nie słyszałem cichego uderzenia łapek o panele, co świadczyło by o jego obecności. Natychmiast wstałem i zacząłem go szukać. Drzwi od pokoju były zamknięte, czyli nie mógł wyjść. Okno też było zamknięte, więc nie mógł przez nie wyjść (raz wyszedł przez rozszczelnione okno, ale to na inną historię). Kratka wentylacyjna była nietknięta, czyli przez nią nie wyszedł. Sprawdziłem za i pod łóżkiem, czy go tam nie ma, za firanką, sprawdziłem karnisz, szafę, komodę, a na samym końcu jego klatkę i kapcia, w którym lubił sypiać. Był tam, zwinięty w kulkę, spał. Ucieszyłem się, gdy go zobaczyłem, bo czasem wiewiórki mogą zapaść w sen zimowy, ale łatwo je z niego wybudzić. Wziąłem go na ręce i wtedy zrozumiałem, że jest źle. Był zimny, zesztywniały, mrugał tylko oczkami. Zadzwoniłem do mamy i z przerażeniem w głosie opisałem jej całą sytuację. Kazała mi zagrzać wody w czajniku, wlać ją do termoforu, położyć na nim Dropsa i przykryć ręcznikiem. Zrobiłem to co mi kazała. Ku mojej uldze, Drops rozprostował się i wydał cichy pisk. Cały czas byłem przy nim, głaskałem go, mówiłem do niego, tak bardzo chciałem, żeby został z nami. W pewnym momencie znowu zaczął się zwijać. Wziąłem go na ręce i zacząłem go ogrzewać. A on tylko podniósł na mnie łepek, popatrzył się na mnie swoimi smutnym oczyma, zamknął je i zwinął się ostatni raz. Zmarł na moich rękach. Po prostu odszedł.


Dzisiaj, kiedy dalej to wspominam, kręci mi się łza w oku. Bardzo go kochałem i to był dla mnie wstrząs, gdy odszedł na moich rękach. Lecz najbardziej w tym całym wydarzeniu pociesza mnie fakt, że ktoś przy nim był, kiedy umierał, że nie był sam.

#n4Ghx

Moja mama zmarła, gdy miałam niecały rok. Zupełnie jej nie pamiętam.

Mój tata zawsze zachowywał się tak, jakby wciąż z nami była. Opowiadał, co mama by zrobiła, co by powiedziała, pomyślała, czego pewnie by chciała i o czym by marzyła. W mieszkaniu nie zmienił NIC. Było dokładnie tak, jak mama je urządziła. Odświeżał jej ubrania, pryskał jej perfumami i jedną - dwie rzeczy odkładał na krzesło i wieszak, gdzie jej się zdarzało. Jedna para jej butów zawsze stała przedpokoju. Wszędzie towarzyszyło nam jej zdjęcie. Bawił się ze mną jej toaletką, szpilkami, wałkami do włosów, kiedy miałam fazę na małą modnisię. Jej ulubiona pościel była tylko dla mnie. Dzięki temu, od kiedy pamiętam, mama przy nas "była". Co prawda na Dzień Matki cmentarz, no ale... nigdy tak naprawdę nie odczułam jej nieobecności.

Gdy zaczęłam dorastać, rzeczy mamy stały się moją własnością. To ja wprowadzałam ew. zmiany w domu, wystroju, układzie mebli. Tata zawsze powtarzał, że jako córka swojej mamy jako jedyna mam prawo rządzić "babską ręką". Nigdy nie interesował się innymi kobietami, był bardzo uprzejmy, ale nic poza tym. Zresztą, tata zawsze był niezwykle miłym, dobrym człowiekiem. Wychował mnie najlepiej jak umiał, kochał z całego serca i gdy przyszła pora, wypuścił z gniazda.

Dalej żyje tak, jakby mama wyszła tylko na chwilę albo wyjechała w delegację. Ja też. Mój mąż doskonale to rozumie, jest dla mojego taty jak syn. Taki prawdziwy. Nasz syn również nie ma z tyn problemu. Wszyscy wiemy, że moja mama nie żyje fizycznie, ale wszyscy mamy wciąż poczucie, że jest z nami duchem. Nie chwali się tym nigdzie, ale laurki zawsze dla babci robi, a na pytania w stylu "czy twoja babcia..." odpowiada, że "babcia nie żyje, ale gdyby, to...". Takie samo podejście mieli jej rodzice i rodzice taty, póki żyli. Innej rodziny nie mamy.

Zapytałam kiedyś taty, dlaczego to wszystko? Odparł: ślubowałem twojej mamie wierność, uczciwość i miłość aż do śmierci. Ja przysięgałem za siebie, więc chodzi o moją śmierć, nie jej. Od tamtej pory nic się nie zmieniło, ani w moim sercu, ani umyśle. Ona na mnie czeka i kiedy się spotkamy, pójdę tam jak na pierwszą randkę, ze świadomością, że zrobiłem wszystko, co miałem do zrobienia.

Mój tata zmarł dwa tygodnie temu, niespodziewanie, w nocy. Cały czas mam w głowie te słowa.

#0sFdU

Moja babcia od zawsze głośno chrapie. Leki czy inne krople dawały znikome efekty. Po śmierci dziadka nie chcieliśmy, by została sama w domu, więc postanowiliśmy zabrać ją do siebie. Oczywiście na spanie z nią w jednym pokoju zostałem skazany akurat ja...

Znaleźliśmy nowy syrop (kolejny już), by jakoś to złagodzić. Kładziemy się spać. Już po chwili słyszę odgłosy godowe jelenia z drugiej strony pokoju. Mija około 15 minut, a dźwięk ucichł. Myślę sobie, że to na pewno syrop zadziałał. Zadowolony idę spać.

Okazało się, że to nie lek. Zmarła w nocy.

#dDIbc

Nie każdy alkoholik to potwór i zło wcielone. Nie chcę tu nikogo bronić, tylko opowiedzieć Wam moją historię, której nigdy gdzie indziej bym nie opowiedziała. Ze względu na szeroko pojętą anonimowość, jak i podejście większości ludzi. Muszę się nią jednak podzielić, bo...

Mój tata od zawsze pił. Czasami miał gorsze, czasami lepsze dni, czasami upił się na smutno, czasami na wesoło, czasami był zły na cały świat, w innych momentach "nawracał się" i przeżywał mega poważne uniesienia religijne. Czasami skrzyczał mnie i mamę, kilka razy solidnie nastraszył. Mama też była niezłym ziółkiem, osobą bardzo zachłanną i roszczeniową. Od kiedy mnie urodziła, siedziała w domu na tyłku i nawet obiadu nie chciało jej się zrobić, pranie zanosiła do mojej babci. Często chodziłam głodna i prosiłam wracającego o 20 ojca, żeby zrobił mi cokolwiek do jedzenia, bo sama nie umiałam. Tata robił mi i sobie jeść, matce też, ale od progu już otwierał piwo, wino albo wódkę. Szykował też śniadanie na zapas, próbował pomagać mi lekcjach. Nie upijał się jakoś strasznie, ale nie umiał wytrzymać bez alkoholu więcej niż kilkanaście godzin. Wychodził do pracy na 6, kończył o 20 i miał dwa kroki do pracy. Tylko tyle co spał i pracował, to nie pił.

Kiedyś pogadał ze mną na poważnie. Powiedział, że nienawidzi swojego szarego, nudnego,przepracowanego życia i alkohol to jego jedyna odskocznia, że inaczej nie umie i w sumie to już nic mu się nie chce. Matka go nie kocha i ma krótko mówiąc, w dupie. A jedynym co sprawia, że kupuje najtańsze trunki i pije na głodniaka (żeby były bardziej wydajne) i zapieprza w pracy mimo chęci skoczenia z mostu, jestem ja. Że pracuje na 1 i 3/4 etatu, często wyrabia nadgodziny nie dla matki, której ciągle mało, tylko dla mnie. Połowy pieniędzy matka nawet nie widzi i o nich nie wie. Tata odkłada to dla mnie, żebym miała na start, studia, naukę, własną firmę, cokolwiek. Żeby chlanie, praca, dom i zobowiązania rodzinne nie zeżarły i nie wypluły mnie tak jak jego.

Trochę w to nie wierzyłam. Ale na 18 urodziny dostałam od ojca prawie 100 tys. złotych. Najpierw chciałam je przeznaczyć na jego leczenie, ale odmówił. Powiedział, że nie po to tyle zapieprzał, żeby jego alkoholizm to teraz zeżarł. To moje, dla mnie i tylko dla mnie. Kop, którego wtedy dostałam, starczył mi na ciężkie studia, własną firmę, sporo przyjemności i dzięki temu mam naprawdę szczęśliwe życie. Robię co kocham, z kimś, kogo kocham, mam dosłownie wszystko czego bym chciała.

Tata zmarł niedługo po tym, jak ujrzał mój sukces. Wszyscy dookoła mieli i mają mojego ojca za najgorszą gnidę, bo pił.
Matce nie daję ani grosza, nie przepadamy za sobą, delikatnie mówiąc, od kiedy odkryła, że tata wolał odkładać kasę dla mnie i mi ją dał, niż dla niej na fryzjera, ciuchy i telezakupy-śmieci.

#qmjqh

Mówiąc wprost: mam czterech ojców i dwie matki oraz małą armię rodzeństwa.

Myślałam przez lata, że żyję w całkowicie typowej rodzinie. Wiecie; mama - A, tata - B i ja, ich córeczka. Tak było aż do około ósmego roku życia, gdy zostałam poinformowana, że jestem adoptowana. Jak poinformowali mnie rodzice, moja matka biologiczna - C, zostawiła mnie w szpitalu, zrzekając się praw do mnie. Nie powiem, trochę zabolał fakt, że mnie nie chciała, ale mimo tego ja chciałam poznać osobę, która mnie urodziła.

Tak więc po pięciu latach bałagań i nalegań (dzieci potrafią być przekonujące, zwłaszcza gdy wrzeszczą po nocach) rodzice wynajęli detektywa, który miał znaleźć moich biologicznych rodziców. Cóż, udało się. Okazało się, że nie porzucili mnie z własnej woli, ale pod naporem rodziców, ponieważ gdy się urodziłam, mama C miała 16 lat, podobnie jak ojciec - D. W momencie, gdy ich poznałam, byli szczęśliwym małżeństwem z dwójką dzieci. Jakoś tak się stało, że bardzo się z nimi zżyłam, podobnie jak z rodzeństwem. Moi rodzice też ich polubili. Zaczęłam mówić do nich po imieniu.

Sielanka trwała dwa lata, aż nastąpił kryzys; rozwód rodziców. Zostałam z tatą B, ponieważ on miał stałe źródło dochodów. Przeżyłam to strasznie. Uciekałam od jednego rodzica do drugiego i do trzecich. Płakałam, nie spałam po nocach. Ale w końcu musiałam się z tym pogodzić. Mama A znalazła nowego partnera, pana E, szybko się ożenił i spłodzili syna. A ponieważ mama A chciała utrzymać ze mną kontakt, E widziałam bardzo często. Doszło do momentu, gdzie mogłam śmiało nazwać go tatą, ale przy moim układzie wolałam nazywać go po imieniu lub mówić, że jest moim ojczymem.

Co do taty A, zrobił wszystkim niespodziankę i przeprowadził… mężczyznę. Był jak spełnienie snu dziecka. Nie wiem w sumie, czy mieliśmy więź ojciec - córka, ale wiem, że nie chciałam, żeby tata A go zostawił. Zaczęłam mówić do niego "papo".

Tak więc miałam mamę i ojczyma, tatę i papę oraz Patrycję i Kamila (rodzice biologiczni).

Później jest moje rodzeństwo. Rodzice biologiczni dorobili się jeszcze dwójki dzieci, mając w sumie czwórkę. Mama drugi raz się związała (obecnego partnera jeszcze nie poznałam) i ma z nim syna, a z ojczymem ma czwórkę dzieci.

Tak więc ja - jedynaczka, która przez osiem lat był sama - mam teraz dziewiątkę rodzeństwa.

Za rok w planach ślub z moim obecnym partnerem. Miał niezłą zagwozdkę, gdy tłumaczyłam mu moje relacje. Najlepsze było, gdy na początku zapytał mnie o poznanie rodziców, a ja, niewiele myśląc, zapytałam:
- A których?
Dodaj anonimowe wyznanie