Żyję tylko dlatego, że gdy mam ochotę ze sobą skończyć przychodzi do mnie mój kot i mruczy. A wtedy robi mi się głupio, że zostawię go samego.
Jedyny powód do życia.
Tego dnia wracaliśmy z mężem z wakacji. Po 4h jazdy postanowiliśmy zatrzymać się na kawę, więc zjechaliśmy na mały parking w lesie, jakich pełno przy różnych trasach. Mąż odszedł na bok, bo musiał jeszcze gdzieś zadzwonić, podczas gdy ja rozkładałam termos, kubki i kanapki na ławie. Za chwilę podszedł do auta i zawołał mnie, abym przyszła pomóc znaleźć mu płytę z naszą piosenką, bo skoro jesteśmy na parkingu sami, to możemy głośniej czegoś posłuchać. Już wtedy zapaliła mi się czerwona lampka, bo kurczę, ale muzyki w aucie słuchamy tylko z pendrive'a i płyt nie mamy. Lekko zaniepokojona, ale zostawiam wszystko i idę. Wsiadłam do auta, a mąż krzyknął, żebym zamknęła drzwi, odpalił silnik i wcisnął gaz do dechy. Wtedy zza drzew wyskoczyło 5 potężnych mężczyzn, gonili nasz samochód, uderzając w niego pięściami i coś krzycząc.
Zatrzymaliśmy się dopiero na stacji kilka kilometrów dalej. Mąż powiedział mi wtedy, że zauważył ruch za drzewami, ale nie mógł zawołać mnie inaczej, aby nie wzbudzać ich podejrzeń. Prawdopodobnie chcieli nas wtedy napaść i ukraść samochód. Od tego czasu jak ognia unikamy takich zjazdów.
Kilka lat temu założyłam kawiarnię w centrum jednego z większych polskich miast. Przed wakacjami zrezygnowała z pracy kelnerka, więc szukałam kogoś na jej miejsce. Chętnych było sporo, zaprosiłam kilka osób z najlepszym CV na rozmowę. Wśród nich była dziewczyna z zespołem Downa. Podchodziłam do niej jak do każdego innego potencjalnego pracownika. Na rozmowie zrobiła najlepsze wrażenie, więc dostała się na okres próbny.
To, co stało się kilka dni temu, trzyma mnie dalej w ogromnym szoku. Klientka poprosiła właścicielkę, czyli mnie, do siebie. Pomyślałam, że coś było nie tak z jej zamówieniem. Kobieta donośnym głosem zapytała, czy tak mało jest chętnych do pracy. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że na to nie narzekam. Klientka ciągnęła dalej: "Dlaczego zatrudniliście TO w mojej ulubionej kawiarni?", zerkając na nową kelnerkę.
Wyprosiłam klientkę mówiąc, że nie tolerujemy tu takich zachowań. Oburzenie oczywiście było, ale nie wiem z której strony większe. Dziewczyna pracuje u mnie dalej, sprawdza się świetnie.
W ostatnie święta Bożego Narodzenia siedziałem sobie przy stole z rodziną rozmawiając i coś tam podjadając. Nagle zza drzwi mojego mieszkania zaczęły dobiegać niepokojące odgłosy.. Podchodzę zdziwiony do drzwi, razem z żoną zaczęliśmy nasłuchiwać. Słyszę: "wpuść mnie, jestem psem sąsiada, umiem mówić, bo są święta"... Zdziwiony otwieram drzwi, a tam pies sąsiada z przymocowanym do brzucha głośnikiem oraz śmiejący się wniebogłosy sąsiad.
Przyszedł przypomnieć, że miałem być u niego już 15 min temu, na umówioną, świąteczną wódkę :)
Moja rodzina uważa mnie za hipochondryczkę, bo przed wypiciem napoju w puszce myję każdą puszkę wodą z mydłem, zanim się z niej napiję.
Dziś koleżance w pracy (sklepikarce) puszka z energetykiem wpadła wprost do worka wypełnionego śmieciami z toalety - śmieciami, chusteczkami, zakrwawionymi tamponami, które miałam wyrzucić. Wyjęła ją i odstawiła na półkę sklepową. Smacznego.
Kilka lat temu, w czasach gimnazjalnych, mój chłopak (obecnie narzeczony) miał dość mocną depresję. Jego sytuacja rodzinna była ciężka, matka alkoholiczka, ojciec za granicą udawał, że problemu nie ma, problemy w szkole itp. Jedyne co mógł robić to chadzać do szkolnego psychologa i szukać porad w internecie.
Pewnego dnia pochwalił mi się, że znalazł całkiem ciekawą grupę osób z problemami, które anonimowo na pewnej stronie mogą opisać swoją historię i uzyskać porady oraz wsparcie od innych użytkowników.
Sama stworzyłam tam konto i za każdym razem, kiedy widziałam, że nikt nie odpisuje na jego posty, logowałam się i robiłam wszystko, żeby jakoś go wesprzeć.
Kilka razy potem mój luby opowiadał mi o dziewczynie, która pomogła mu wyjść z dołka (oprócz mnie).
Nigdy mu nie powiem, że to byłam ja :)
Jestem osobą niepełnosprawną, "migaczem", jak to niektórzy mówią.
Wiem, że na ulicach roi się od oszustów. Jak kiedyś czytaliście opowieści o tym, że ktoś zbierał pieniądze, udając głuchoniemego, a ktoś inny faktycznie mu zamigał, zdradzając go, to możliwe, że w którejś z tych historii to ja byłam tym "kimś innym".
Nie lubię oszustów z prostego powodu - nie dość, że oszukują, to jeszcze niszczą zaufanie do danej grupy. Gdy ktoś zostanie wykorzystany przez oszusta, który codziennie "zbiera na bilet", pewnego razu może nie pomóc osobie, która faktycznie na ów bilet zbiera.
Sytuacja zmusiła mnie któregoś razu do tego, abym i ja wyszła na ulicę, aby prosić o pomoc. Samo w sobie było to upokarzające, ale nie miałam wówczas wyboru, robiłam, co musiałam. Przy wsparciu fundacji zdołałam wyjść na rynek w mieście. Mieszkam w wielkim mieście, sporo osób mnie zna, ale jeszcze więcej nie.
Dookoła masa osób, czy to w ogródkach piwnych, czy w kolejce do lodów, ludzie bliżej z nudów obserwowali otoczenie, w tym mnie. W pewnym momencie podeszła do mnie nieznajoma osoba i na oczach wszystkich zamigała. Spytała, czy faktycznie jestem chora. Odmigałam jej, po czym ona... krzyknęła (na głos), że jestem oszustką, bo ona na studiach miała kurs i nie rozumie, co mówię, gdyż ja tylko "macham łapami jakbym muchy odganiała, a nie rozmawiała".
Zasypałam tę osobę pytaniami, co wyprawia i dlaczego to robi, a ona mnie zaczęła wyzywać od kretynek i oszustek, po czym kazała przestać się pogrążać, bo nikt mi już nie uwierzy.
Jak łatwo się domyślić, wiele tamtego dnia i w kolejnych nie zebrałam.
W czasach młodości mój ojciec dojeżdżał do pracy na komarku. Codziennie przejeżdżał obok cmentarza, czy to po pierwszej, czy po drugiej zmianie.
W tamtym czasie zmarł jego serdeczny kolega, Staszek, i właśnie na tym cmentarzu go pochowano.
Następnego dnia po pogrzebie tata wracał po drugiej zmianie do domu, ciemno, mokro, ogólnie nieprzyjemna aura. I jeszcze rozmyślał o zmarłym przyjacielu, trudno mu było się pogodzić z tym, że taki młody i już opuścił ziemski padół.
Nagle naprzeciw cmentarza coś zaczęło go ciągnąć do tyłu. Coraz mocniej. Tata gaz w komarze, nigdy do bojaźliwych nie należał, ale sytuacja była co najmniej nieprzyjemna. Im mocniej kręcił gaz, tym mocniej ciągnęło. Przerażony zaczął krzyczeć: Stachu!!! Co ci zrobiłem?! Zostaw mnie! Nie chcę umierać!
Z przerażenia tak mocno podkręcił gaz, że komar "zdechł", a tata znalazł się w rowie. Z ciśnieniem wyższym niż Czomolungma rozgląda się w panice dookoła: cmentarz-droga-cmentarz-niebo-cmentarz-komar... Komar!
Okazało się, że w tylne koło jednośladu zaplątał się pasek od tatusiowego prochowca i wciągał go w szprychy coraz mocniej :D
Gdy miałem 17 lat, złamałem OBIE ręce... Jadąc na rowerze, miałem drobną kolizję z samochodem, przeleciałem przez maskę i poza złamanymi rękami praktycznie nic mi się nie stało.
NAJGORSZEMU WROGOWI TEGO NIE ŻYCZĘ...
Nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę czy też nie, jak upokarzające jest proszenie tatę lub mamę, by w tym wieku wytarli tyłek po dwójce, jak upokarzające jest to, że nie potraficie samemu się ubrać lub rozebrać. O ile golenie nie było problemem (mimo młodego wieku musiałem golić twarz), to mycie zębów było istną komedią.
Moje ręce były usztywnione praktycznie od ramienia do nadgarstka pod kątem, tak by łokieć też się odpowiednio zrósł.
Wtedy też wyszło, kto jest moim prawdziwym przyjacielem, a kto nie...
Nie okazała się nią być moja najbliższa przyjaciółka, która w ramach przyjacielskiej przysługi, jak to ujęła, "pomagała mi rozładować napięcie, skoro moje ręce są niedostępne". Okazała się być moją przyszłą żoną, a nie tylko przyjaciółką.
Od tamtego wypadku wiele wody w Wiśle już upłynęło, ale niekiedy nadal wspominamy z uśmiechem na ustach, że dopiero złamanie obu rąk popchnęło do wyjścia z obustronnego friendzona, mimo że miętę czuliśmy do siebie od zawsze.
PS W miesiąc nauczyłem się obsługiwać telefon palcami u nóg do tego stopnia, że napisanie kilkuzdaniowego SMS-a zajmowało mi max 15 min.
Moja mama była bardzo kreatywną kobietą, jeśli o wychowanie dzieci chodzi. Ilekroć całą rodziną jechaliśmy gdzieś w dalszą podróż samochodem (czasy, kiedy telefony to był rarytas niedostępny dla nas - dzieci), żeby nas czymś zająć, cobyśmy się "nie nudzili", graliśmy w grę... "kościoły i cmentarze". Polegała na wypatrywaniu w oddali krzyży sugerujących, że jest to jedno z wyżej wymienionych miejsc. Kto pierwszy krzyknął "kościół po lewej" albo "cmentarz przed nami", zdobywał punkt. Wygrywała osoba z największą ich ilością. Nigdy nie sprawialiśmy kłopotów podczas wycieczek.
Dodaj anonimowe wyznanie