Miałam, przynajmniej tak mi się wydawało, przyjaciela (dla ułatwienia nazwijmy go Adam). Ba! Ta przyjaźń miała realną szansę przerodzić się w związek. Nie przerodziła się tylko z powodu mojej nieporadności w relacjach damsko-męskich, choć Adam mocno się starał.
Adam był starszy, niby niedużo, bo raptem kilka lat, ale kiedy on stawiał pierwsze kroki w "dorosłym" życiu (studia, pierwsza praca itd.), ja dopiero kończyłam szkołę średnią, więc mentalnie byliśmy na różnych etapach. Imponowało mi, że mam takiego dorosłego prawie-chłopaka, który poświęca mi swój cenny czas i pomaga z moimi "błahymi" problemami.
Zawsze ciężko mi się żyło w małym miasteczku, a moim największym marzeniem było życie w dużym mieście. Chciałam wyjechać po skończeniu szkoły średniej i kontynuować naukę w wymarzonym "wielkim mieście", ale Adam gorąco mi to odradzał. Bo rzekomo jako jedynaczka nie nadaję się do mieszkania z kimś, wynajęcie mieszkania to za duże koszta, a uczyć się i jednocześnie pracować to będzie dla mnie za ciężko... Wtedy te argumenty wydawały mi się bardzo sensowne, wręcz nie do podważenia, więc ostatecznie zostałam i - z braku laku - poszłam na kursy zawodowe.
Ale wciąż było mi źle. Adam się rozwijał, miał super pracę, dostał w spadku mieszkanie, które remontował. A ja miałam dwadzieścia jeden lat i byłam niezadowolona ze swojego życia. W końcu postanowiłam, że jednak pójdę na studia tak jak początkowo chciałam i wyprowadzę się tak jak chciałam.
Adam namiętnie mi wszystko odradzał. Bo studia są w tych czasach zbędne, liczą się umiejętności i doświadczenie, kierunki artystyczne to strata czasu i lepiej zająć się robieniem niż studiowaniem, które niczego mi nie da, nie nadaję się do mieszkania ze współlokatorem, a na mieszkanie w pojedynkę mnie nie stać, to są ogromne koszty, z których nie zdaję sobie sprawy, trzeba samemu prać, sprzątać i gotować, po co się wyprowadzać skoro można dojeżdżać na uczelnię, a w ogóle to duże miasta są "fuj" i lepiej mieszkać na przedmieściach...
Złożyłam papiery "na próbę", dostałam się, ale w swojej bezdennej głupocie byłam gotowa zrezygnować, bo przecież Adam ma większe doświadczenie życiowe i wie lepiej. Poza tym bardzo dobrze zarabiał i przy nim mogłabym być tzw. "panią domu", dorabiającą sobie dla przyjemności robótkami ręcznymi.
Na studia ostatecznie poszłam przez zupełny przypadek i zbieg okoliczności.
Dzisiaj żyję tak jak zawsze chciałam. Ale jest jedno "ale". Adam zerwał ze mną wszelkie kontakty. Nie wiem co bardziej mnie dobija: to, że straciłam wieloletniego przyjaciela (oraz potencjalny związek), to, że ktoś tak bliski celowo próbował mnie unieszczęśliwić byleby tylko zatrzymać mnie przy sobie, czy może to, że byłam tak głupia, że prawie sama na to pozwoliłam kosztem pasji, ambicji i niezależności.
Do naszego mieszkania jest przypisana komórka lokatorska. Ogólnie trzymamy tam rzeczy, których nikt już nie używa od dawna, a które żal wyrzucić, generalnie graciarnia. Żeby do niej dotrzeć trzeba wyjść z mieszkania i zejść schodami w dół, na półpiętro. Tam znajdują się zamknięte na 20 kłódek drzwi (bo się włamywali), które strzegą tych różnistych dupereli, a tuż obok zsyp.
I tak jednego dnia zadzwonił do mniej wujek, czy pamiętam, jak mój mąż kiedyś tam pożyczał zestaw wihajstrów, bo teraz mu potrzebny. Przeprosiłam za męża, że zapomniał i rozpoczęłam poszukiwania. Po kilkunastu minutach pogodziłam się z faktem, że wihajstry pewnie są w komórce i ruszyłam na półpiętro z zatkanym nosem, bo zsyp od dawna wydzielał dość ostry zapach.
Otwieram jedną kłódkę, drugą, pancerne drzwi i... nagle uderzyła we mnie chmura smrodu. O matko, co to był za gaz, zgniłe jajka, jakaś siarka, no normalnie jakbym otworzyła bramy piekieł... Z trudem otworzyłam oczy, żeby zlokalizować tę bombę biologiczną i na taborecie ujrzałam coś zielono-żółto-szarego, jakiegoś ogromnego grzyba, zaczątki nowej cywilizacji. W komórce jest dość sucho, więc aż dziwne, że udało mi się tam wyhodować coś tak imponującego. Uznałam, że do takiej walki będzie mi potrzebny mąż, więc zaraz jak wrócił z pracy sprowadziłam go do miejsca zarazy.
Powiedział tylko dwa słowa: "Ja pi***olę!''.
No i okazało się, że grzyb nie rozwinął się na taborecie, ale na patelni. Na tak zwanej "namoczonej patelni". Wyobraźcie sobie tą skalę lenistwa (?) - pewnego dnia mój mąż rozpoczął proces "mycia patelni" (tzn. zalał ją wodą) - a po kolejnych dwóch dniach poinformowałam, że nie chce tej patelni widzieć koło zlewu jak wrócę z pracy. I nie zobaczyłam. Ale mąż, zamiast ją umyć, wolał z nią wyjść z mieszkania, zejść po schodach, i włożyć do komórki, żeby tam czekała bez moich wymówek, aż zechce mu się zeskrobać przypaloną jajecznicę.
Pracuję w jednym z naszych cudownych, polskich szpitali. Mimo przekroczonej trzydziestki w zawodzie jestem dość świeża, decydując się na przebranżowienie grubo po dwudziestce. SOR, mnóstwo obcych współpracowników, nowe miasto i ja - nowa. Szczerze mówiąc, byłam przerażona. Że mimo mnóstwa czasu poświęconego na zajęcia praktyczne i działalność wolontaryjną w ramach przyszłej pracy sobie nie poradzę, że pielęgniarki z SOR-u zjedzą mnie żywcem, a pacjenci na sam mój widok uciekać będą gdzie pieprz rośnie.
Paradoksalnie na samych dyżurach radziłam sobie wręcz świetnie, co niestety nie przekładało się na moją pewność siebie, a wręcz przeciwnie. Kilka ze starszych pielęgniarek kwitowało moją energiczność i zapał do pracy w przykry sposób. "Stara panna chce się wykazać przed doktorem, patrzcie ją tylko". "Teraz zapieprza, ale szybko jej przejdzie". "Robotę zmieniła, bo chłopa sobie pewnie w poprzedniej nie mogła znaleźć". Teksty oczywiście mówione nie wprost, a ja nigdy nie miałam odwagi, by się na ten temat skonfrontować. Udawałam, że o niczym nie wiem, a na dyżurach starałam się ograniczać nasze kontakty do minimum. Miałam wrażenie, jakbym znowu znalazła się w szkole, tylko że to nie koledzy wzięli się za zatruwanie życia, a nauczyciele.
Dlaczego to anonimowe, spytacie zapewne. Widzicie, w jednym miejscu te pielęgniarki niewiele się pomyliły. Moją motywacją, jasnym promieniem wśród wszechobecnego bólu, śmierci i atmosfery obłudy był mężczyzna. Ratownik, jak ja, kilka lat starszy, ale z dużo większym doświadczeniem. Dzięki niemu nabrałam odrobiny pewności siebie, częściej się uśmiechałam i znajdowałam w sobie dość siły, by tu wracać i dawać z siebie 100%. I chciałam mu zaimponować, bardzo. To w dużej mierze dla niego się starałam. Po jakimś czasie zaprzyjaźniliśmy się i zaczęliśmy spotykać na gruncie także prywatnym - jako koledzy, a i tak najczęściej w towarzystwie osób trzecich. Zakochałam się w nim tak, jak mi się do tej pory nie śniło i choć minęły już dwa lata, nadal jest dla mnie tym jedynym.
Nigdy też mu tego nie powiedziałam i prawdopodobnie nie powiem, bo jest w szczęśliwym związku i planuje ze swoją dziewczyną ślub.
Czasy podstawówki.
Byłam na urodzinach koleżanki z klasy. Mieszkała na obrzeżach lasu, w którym podobno straszyło.
Po torcie, grach i zabawach wpadliśmy na pomysł, żeby pójść nad rzekę, która przepływała przez mały zagajnik za domem, taki przedsionek lasu.
Bawiliśmy się, skakaliśmy do wody, budowaliśmy zamek z błota itp. W pewnym momencie jeden z kolegów złapał się za skroń, kucnął i zaczął płakać. Podbiegliśmy do niego i gdy odsłonił twarz okazało się, że ma rozcięty łuk brwiowy. Krwi dużo, ogólna panika.
Szybko przybiegł tata naszej koleżanki, pytał co się stało, ale nikt nie potrafił powiedzieć. Zabrał go do domu.
Wszyscy poszli, a ja z jedną koleżanką zostałam, żeby wziąć nasze rzeczy - buty, bluzki, wiaderka itp.
Gdy się podniosłam, spojrzałam na drugi brzeg rzeki.
Stała tam dziwna postać o kształcie przypominającym człowieka, brudna od błota i przepasana kawałkiem materiału z liśćmi. Trochę taki Tarzan.
Celowała we mnie kamieniem. Byłam przerażona, nie potrafiłam się ruszyć, patrzyliśmy sobie prosto w oczy.
Nie pamiętam co było potem, bo ze strachu zemdlałam. Obudziłam się już na podwórku koleżanki w otoczeniu wszystkich gości.
Nie dostałam kamieniem.
Koleżanka twierdziła, że nic nie widziała.
A ja do dziś pamiętam ten obrazek i jestem ciekawa, czy to moja wyobraźnia, czy faktycznie stał tam jakiś dziko żyjący człowiek. A może nie człowiek?
Nie wiem...
Brrrrrr.
Panicznie boję się tirów.
Pochodzę z małej wsi, nieopodal której jest kopalnia.
Gdy byłam w wieku szkolnym, musiałam codziennie chodzić wzdłuż drogi, która do tej kopalni prowadzi. Jezdnia jest bardzo wąska i mnóstwo na niej ostrych zakrętów. Chodnika brak. Panowie kierowcy- chyba bez mózgów - jeżdżą z taką prędkością, że jak wracaliśmy większą grupą ze szkoły, musieliśmy po prostu uciekać. Byliśmy zmuszeni skakać po rowach. Czy błoto, czy ścieki - nie było wyjścia.
Miarka się przebrała, gdy pewnego dnia jeden z tirów jadących w kolumnie po prostu nie wyrobił na zakręcie i wpadł do rowu, niedaleko miejsca, gdzie się schroniliśmy.
Anonimowe jest to, że po tym traumatycznym wydarzeniu, gdy widzieliśmy tira stojącego na zajeździe, przebijaliśmy opony...
Teraz wiem, że to było strasznie nieodpowiedzialne i narażaliśmy na niebezpieczeństwo kierowcę, ale wtedy mieliśmy w sobie tak dużo złych emocji, że nie sposób to opisać. :(
Nienawidzę swojej matki. Zdaję sobie sprawę, jak to brzmi, dlatego już spieszę z wyjaśnieniem.
Od zawsze byłem niechcianym dzieckiem, o czym dosyć często mi przypominała, usłyszałem od niej więcej razy "ty chu.. je..ny żebyś zdechł" lub "mogłam cię wyskrobać i miałabym spokój" niż "kocham cię, synu". Jestem "kochanym dzieckiem" (mam ponad 25 lat) tylko kiedy coś dla niej zrobię, np. wyślę e-mail, bo tego zrobić nie potrafi mimo wielu prób nauczenia jej.
Doprowadziła do rozpadu swojego małżeństwa, bo ile można słuchać ciągłych wyzwisk i narzekań, sama dążyła do awantur i kłótni, niejednokrotnie z rękoczynami. Doskonale pamiętam, kiedy podczas kłótni z moim ojcem szarpała się z nim, a mi, małemu dziecku, kazała iść do kuchni i przynieść nóż. Do kuchni poszedłem ze strachu, ale noża nie przyniosłem. Każdą awanturę odreagowywała na mnie. Byłem jeszcze w podstawówce, kiedy pewnego wieczora mój ojciec po kłótni wyszedł do sklepu, a ona po prostu mnie popchnęła i zaczęła kopać dla odreagowania, a po wszystkim powiedziała "tylko nie rycz, bo ten chu.. wróci i będzie się mnie czepiał", więc nie miałem innego wyjścia, jak tylko tłumić wszelkie emocje, przecież gdyby się wydało co zrobiła miałbym jeszcze gorzej.
Oparcie znajdowałem w moich dziadkach, jej rodzicach. Próbowali przemówić jej do rozsądku, żeby się uspokoiła, dziadek nawet groził, że pozbawi ją praw rodzicielskich, jak nie przestanie mnie bić i wyzywać. Poskutkowało na jakieś 2 tygodnie, później było tak jak wcześniej. Niestety dziadek zmarł, kiedy byłem jeszcze w podstawówce, a babcia nie miała siły sama walczyć w sądzie. Jedyne co mogła zrobić, to pozwalać mi spać u siebie i bronić słownie, co później poskutkowało tym, że moja matka zaczęła robić z siebie ofiarę, płacząc, że ona jest niekochana, a babcia woli mnie od niej i z zazdrości ją wyzywała i życzyła śmierci.
Kiedy już dorosłem i się przeprowadziłem do innego miasta, za namową mojej dziewczyny postanowiłem udać się do psychologa. Kiedy moja matka się dowiedziała o tym, zaczęła się litania, że po co ja tam chodzę, opowiadam obcym ludziom o prywatnych sprawach i co najlepsze z tego wszystkiego, jak powiedziałem jej, że przez jej traktowanie mam problemy emocjonalne, to stwierdziła, że "już nie jesteś dzieckiem i cię nie biję, to z czym ty masz problem, a poza tym w beczce cię nie trzymałam, to nie miałeś tak źle".
Kochana mamusia, bo mnie nie trzymała w beczce, no po prostu szok.
Wiem, że całe to wyznanie brzmi jak fejk, ale uwierzcie, chciałbym, żeby to wszystko było zmyślone. Nie wiem jak dobrze zakończyć to moje narzekanie, więc napiszę tylko tyle, że życzę wam, żebyście byli lepszymi rodzicami niż moja matka.
Kiedyś na anonimowych pojawiło się kilka wyznań o schroniskach. Jeszcze wtedy nie chciałam w nie wierzyć, bo to niemożliwe, by ludzie lubiący zwierzęta zachowywali się w taki sposób itd. Ostatnio zaczęłam wolontariat w jednym z nich i... zwracam honor. Jest źle.
Dostajemy sporo starych koców, kołder, poszewek i jeśli coś jest dziurawe, idzie dla zwierząt. Jeśli jest ładne - idzie do domu. Karmy? Tylko niewielką część dostają zwierzęta ze schroniska.
Niektóre zwierzęta zjawiają się u nas w 100% przyjazne, ale po tygodniu szarpanin i rzucania nimi (!) przez innych wolontariuszy, robią się nieufne i groźne, a wszelkie zwracanie uwagi kończy się klasycznym "jak się nie podoba, to wypad".
Kiedy przychodzą do nas ludzie z pytaniem, czy przypadkiem ich zaginione zwierzę do nas nie trafiło, zawsze odpowiedź brzmi "nie", niektóre zwierzęta nawet są specjalnie chowane, byleby właściciel ich nie znalazł na czas. Powód? Rzekomo właściciele nie zasługują na nie, skoro zdołali je zgubić.
Na naszej stronie na Facebooku czasami pojawiają się grafiki mówiące o tym, czego nie powinno się robić: że nie wypuszczamy kotów, ile zwierząt te zabijają itd. I niby to w porządku, ale statystyki do grafik częstą są... zmyślane, a ludzie, którzy się połapali albo poprosili o źródła, banowani.
Niektórych zwierząt celowo się nie leczy, bo im gorzej wyglądają, tym więcej kasy dostajemy.
Jestem już tym zmęczona. Robię co mogę, ale wszelkie fundacje machają na to ręką, a ludzie w schronisku zaczęli mnie źle traktować.
Sytuacja dosłownie sprzed chwili, potrzebuję się wygadać.
Jestem młodą dziewczyną i od kilku lat mieszkam za granicą (w nieistotne jakim kraju). Mam właśnie kilka dni wolnego, więc jadę do Polski do rodziny - tyle słowem wstępu.
Byłam na peronie trochę wcześniej i czekałam na mój pociąg, był totalny spokój. Nagle pojawił się koło mnie starszy człowiek - siwy, z podbitym okiem i kilkoma pozszywanymi ranami na głowie, najwyraźniej lekko nietrzeźwy. Podszedł do mnie bardzo niepewnie i z niepokojem zapytał, czy mówię po polsku.
W mojej głowie w takich sytuacjach zawsze rozgrywa się szybka kalkulacja - czy powinnam się przyznać, że tak, czy może lepiej uniknąć potencjalnych problemów i udawać obcokrajowca.
Jednak coś mnie w tamtym momencie tknęło.. Sama wiem, jak to ciężko na emigracji bywa, jak nieraz trudno się połapać na dworcach za granicą, tym bardziej bez języka.. Wiec się ujawniłam i tak się to wszystko zaczęło.
Pan - całkowicie wniebowzięty, że mnie spotkał - wypytywał najpierw o podróż, czy na dobry peron trafił, czy "tędy do Polski" itp. Na wszystko odpowiadałam zgodnie z prawdą - trafił dobrze, jedziemy razem, nie ma przesiadek. Myślałam, że na tym się skończy (a nawet się cieszyłam, że mogłam być pomocna), ale on się niestety do mnie dosiadł i zaczął opowiadać różne historie, popijając wódkę z gwinta. Wtedy żałowałam, że się przyznałam do polskości; mówiłam, że mnie te rzeczy nie interesują, że nie chcę z nim rozmawiać i zajęłam się telefonem, ale on był nadal natrętny. Gdy pociąg przyjechał, to niestety też się dosiadł. Byłam zła. Oznajmiłam, że nie rozmawiam podczas podróży, włożyłam słuchawki do uszu i miałam spokój. Jakoś to zaakceptował (nadal popijając) i jechaliśmy.
Podczas kontroli biletów stało się coś nieoczekiwanego - konduktor uprzedził mnie, że w pewnym mieście trzeba się będzie jednak przesiąść do innego wagonu, bo kilka ostatnich odczepiają - OK, to nowość. Wiedziałam, ze pan menel tego nie zrozumiał, ale byłby straszny wstyd, gdyby inni pasażerowie się zorientowali, że mówimy w tym samym języku (polscy emigranci na pewno mnie teraz zrozumieją), więc stwierdziłam, że powiem mu o tym tuż przed tym miastem, a potem się szybko przeniosę do innego wagonu i go zgubie.
Jednak dosłownie dwie minuty jazdy przed tym miejscem pan udał się do toalety (nie szczędząc sobie pijackich krzyków).
No i co wtedy? Pomyślałam "gościu, straciłeś właśnie jedyną okazję, żeby się ode mnie dowiedzieć o tej przesiadce"... Zaczęło mnie dręczyć sumienie - jak mam się teraz zachować? Pobiec za nim i mu szybko powiedzieć, bo powinnam? Zignorować ten fakt i siedzieć dalej, ale potem się zadręczać?
Mam w sobie dużo egoizmu, niestety lub stety...
Wzięłam pod uwagę, że nie respektował moich próśb o zostawienie mnie w spokoju i zostałam na miejscu, a że był długo w toalecie, już się przesiadłam.
Teraz jadę dalej... Nigdzie go nie widzę. I trochę mnie dręczy sumienie.
Jestem cebulą.
Studiuję kierunek, na którym nie wykonujemy zwykle żadnych obliczeń. Jednak na jedno kolokwium potrzebny mi był kalkulator, którego nie miałam i nie było też możliwości pożyczenia go od kogokolwiek. Wiedziałam, że nie poradzę sobie bez niego. Co zrobiłam? Poszłam do sklepu, kupiłam kalkulator. Zaraz przed kolokwium wyjęłam go z pudełka, delikatnie, tak żeby nic nie uszkodzić. Napisałam, co miałam napisać, kalkulator bardzo mi się przydał. Jeszcze tego samego dnia włożyłam go z powrotem do pudełka i oddałam do sklepu. Bez problemu został przyjęty.
Słyszałam wcześniej o ludziach, którzy kupowali ubrania na jedno wyjście, nie odcinali metek, a po imprezie zwracali do sklepu. Zawsze śmiałam się z takiego poziomu cebularstwa. Teraz nie dość, że cebula, to jeszcze hipokrytka ze mnie.
Wyjechałem za granicę wiele lat temu, z żoną i synem. Jakoś tak po pięcioletnim pobycie rozstaliśmy się i zostałem sam z dzieckiem, ale mniejsza o to, nie narzekam.
W tym czasie moja siostra poprosiła o to, czy może przyjechać do mnie zarobić trochę kasy - właśnie straciła pracę, miała dwójkę dzieci z facetem, który ją olał, ogólnie nieciekawie.
Mieliśmy sobie nawzajem pomagać, wspierać itd. - super sprawa, po to jest rodzina, nie?
Wprowadziła się do mnie z dziećmi i znalazła pracę niemalże od razu, byliśmy w tej samej sytuacji, te same zarobki. Ona twierdząc, że chce odłożyć jak najwięcej i wrócić do kraju nie płaciła rachunków ani czynszu, rzadko robiła zakupy, wszystkie pieniądze do skarpetki. OK, trzeba pomagać, nie pytałem o kasę.
Rok później zaczęły się problemy, straciłem pracę, był kryzys, oszczędności zero, bo wszystko płaciłem. I tu się pojawił problem. Siostra przestała być miła.
Płaciła za mnie czynsz, robiła zakupy, ale... wszystko co wydała na mnie i na moje dziecko podliczała i na koniec wystawiła mi rachunek.
Oczywiście będąc na jej łasce mieliśmy to wypominane kilka razy dziennie, plus poniżenia, wyładowywanie się na mnie itp. Stanąłem w końcu na nogi, po 6 miesiącach, wyprowadziliśmy się i zaczęliśmy sami z małym od nowa.
Siostra mnie nachodzi, pisze, grozi sądem, policją i żąda zwrotu pieniędzy, które na nas wydała. Zrujnowała mi opinię u rodziny i znajomych mówiąc, że ją okradłem.
A to co dla niej zrobiłem jak była w potrzebie nie liczy się zupełnie.
Na początku chciałem jej oddać te pieniądze dla świętego spokoju, ale zbuntowałem się i nie. Nie oddam jej ani grosza. Jeśli ma być sprawiedliwie, to niech ona też mi odda za rok mieszkania na mój koszt. Jak jej to powiedziałem, roześmiała mi się w twarz twierdząc, że JEJ SIĘ NALEŻAŁA POMOC.
Mam siostrę-madkę... Co byście ludzie zrobili, bo mnie ręce tak opadły, że mogę sznurówki na stojąco zawiązywać.
Dodaj anonimowe wyznanie