#nLAOW

Jako dziecko i nastolatka miałam problemy z nadwagą, a właściwie z otyłością. Doszło do tego, że mając około 12 lat kupowałam ubrania w działach dla dorosłych, niedługo później nawet w nich niełatwo było znaleźć coś, w co wszedł mój tyłek. Nie mieściłam się w nic ładnego czy modnego, byłam skazana na babcine ubrania.

Pomimo tego jak wyglądałam słodycze i niezdrowe przekąski były w moim domu na wyciągnięcie ręki. W kuchennych szafkach zawsze było pełno ciastek, chipsów czy paluszków. Do picia kupowano gazowane napoje typu cola czy fanta.

Rodzice przypominali sobie o moim problemie z wagą tylko wtedy, kiedy trzeba było kupić mi coś do ubrania, co wiązało się z całodziennym chodzeniem po sklepach i płaczem. Wtedy przez parę dni zabraniano mi jeść słodycze. Moja mam potrafiła w czasie ,,zakazu" zjeść na moich oczach paczkę chipsów, zapijając colą, ojciec zjeść opakowanie paluszków czy słonych orzeszków. Po paru dniach wszytko wracało do normalności. Nierzadko na obiad jedliśmy pizzę, jedzenia gotowe do odgrzania czy z paczki, mimo że moja mama nie pracowała (nie lubiła/nie lubi gotować). Zamiast śniadania do szkoły dostawałam pieniądze na kupienie sobie czegoś w szkolnym sklepiku. Jak się łatwo domyślić, dziecko nie kupiło sobie owocu, tylko sięgnęło po batona i słodzony napój zamiast wody.

Rodzice winą za moją nadwagę obwiniali dziadków. Bo babcia kupiła mi kinder-niespodziankę czy upiekła ciasto, bo dziadek kupił mi słodką wodę owocową.
Do dziadków chodziłam parę razy w tygodniu, ale przecież więcej czasu spędzałam w domu, więc obwinianie babci za kawałek cista z truskawkami, kiedy samemu kupowało mi się paczkę chipsów i czekoladę, było hipokryzją.

Dopiero w liceum zaczęłam pilnować się z jedzeniem, mój wygląd coraz bardziej zaczął mi przeszkadzać. Prawdziwa zmiana przyszła, kiedy wyprowadziłam się na studia do innego miasta, sama kupowałam sobie jedzenie, odrzuciłam gotowe posiłki i ograniczyłam słodycze i przekąski, słodkie napoje zamieniłam na wodę. Waga zaczęła spadać, a ja czułam się coraz lepiej. Więcej się ruszałam i w końcu mogłam kupować to, co mi się podoba, a nie to, w co się mieszczę. Schudłam do rozmiaru 38 (czasami 40). Dalej mam masę kompleksów, zdarzają się dni, że płaczę patrząc na siebie w lustrze, wstydzę się ubrać sukienkę czy krótkie spodenki. Nie wiem, czy kiedykolwiek zaakceptuję siebie.

Mam ogromny żal do rodziców, że nie wspierali mnie w walce z otyłością... wręcz ją utrudniali. Kiedy wracam do domu na wakacje, muszę dalej walczyć z pokusą, słodycze wciąż leżą w każdym kącie. Najgorsze jest jednak to, że moja 10-letnia siostra zaczyna przypominać mnie z dzieciństwa (10 kg nadwagi). Pomimo moich próśb rodzice nie mają zamiaru przypilnować jej odżywiania, na każdą moją próbę rozmowy na ten temat i prośby reagują stwierdzeniem, że przesadzam.

#vUsS5

"Zepsułam" dziecko szwagierki.

Mieszkam sama nad morzem, swoich łajz nie mam i nie planuję, pracuję w domu, to braciszek zapytał, czy może podrzucić mi sześcioletniego syna na dwa tygodnie, kiedy on pojedzie gdzieś z kolegami (jest to właściwie jedyna taka jego szansa w tym roku, bo się akuratnie cała jego paczka ze studiów zebrała w jednym mieście i chcą pobalować), a szwagierka odwiedzi rodziców za granicą.

Z racji tego, że on już nie raz robił mi przysługi typu przygarnianie moich zwierząt na kilka dni, stawanie po mojej stronie w kłótniach z rodzicami/rodzeństwem albo podwożenie mnie gdzieś, jeśli tego potrzebowałam, to stwierdziłam, że jakoś przecierpię te czternaście dni z bojącym się lekkiego podmuchu wiatru dzieckiem.

Szwagierka już u drzwi wręczyła mi listę tego, co dziecko lubi, a czego nie lubi jeść (nie jest na nic uczulony, po prostu nie lubi), jakie bajki mam mu puszczać o danej godzinie, że spać chodzi kiedy mu się przeczyta siedem bajek (w dokładnej kolejności) itp.

Cóż, zachwycona nie byłam, bo wyglądało to bardziej jak harmonogram w więzieniu niż lista podstawowych obowiązków do dziecka (miałam dwójkę dużo młodszego rodzeństwa, więc kurczę wiem jak się łajzą zająć). Młody też zachwycony nie był, bo matki nie chciał wypuścić. Ale koniec końców szwagierka wyszła i zostałam z młodym sama.

Z racji tego, że była to godzina zdecydowanie za wczesna na obiad, zaproponowałam, że weźmiemy kota na szelki (jest bardziej jak pies, uwierzcie), jakieś wiaderka, łopatki i pójdziemy na dziką plażę kawałek dalej. On nie idzie, bo nigdy nie był i się boi i woli, abym mu bajkę puściła, bo mama by mu puściła. Cóż, ja nie jestem jego mamą. Powiedziałam, że bajkę może obejrzeć wieczorem i po obiedzie, a jak na razie jest za dużo rzeczy do robienia na dworze, aby siedział w domu. Ale on się boi robaków i jeszcze mu piasek wpadnie do butów. Nie dając się złamać powiedziałam, że po prostu nie założymy butów i nie ma się czym przejmować.
Poszliśmy w końcu na tę plażę, bardzo fajnie się bawiliśmy, ubrudzeni wróciliśmy i wymęczeni.

Dla próby i z ciekawości podsunęłam mu w obiedzie trochę jedzenia, którego "nie lubił" - wsuwał, aż mu się uszy trzęsły (okazuje się, że jak dziecko jest zmęczone zabawą, to zje prawie wszystko). Bajki po obiedzie nie obejrzał, bo zasnął, a kiedy wstał wysłałam go na dwór i bawił się SAM w ogrodzie. Bajki na wieczór też mu czytać nie musiałam, bo padł jak mucha.

I tak minęły dwa tygodnie. Bratanek opalił się pięknie od słońca, nabrał rumieńców, bo wcześniej był blady jak trup, nie chce siedzieć w domu, woli na dworze, je wszystko co mu się da, nie prosi nawet o słodycze.

Brat jest zachwycony, bratowa załamana, bo "to nie jest jej dziecko". On się zachowuje inaczej, dziwnie i że to moja wina, że więcej ona syna do mnie nie puści itd.

#yJ9Xl

Przygód z rynkiem pracy w moim mieście ciąg dalszy. To już naprawdę zaczyna zakrawać o życie w jakiejś dystopii.

Rozmowa o pracę na "wysepce" z etui do telefonów w galerii handlowej. Pracodawca przedstawia mi grafik, warunki pracy, wszystko zupełnie normalnie. Już prawie się żegnamy, kiedy nagle wyjeżdża z tekstem "Tak w ogóle szkolenie nie odbywa się w naszym mieście. Szkolenie polega na tym, że wyjeżdża pan na 2 tygodnie do Krakowa (4h drogi stąd) i pracuje pan po 10h dziennie za 7zł/h, ucząc się od naszego mistrza sprzedaży. Oferujemy noclegi w schronisku, ale za obiady i dojazd musi płacić pan sam. Jest pan zainteresowany?". Zbierałem szczękę z podłogi kolejne trzy dni.

- Jakie są pańskie oczekiwania finansowe?
- Ale dlaczego pani mnie o to pyta? Przecież pensja jest z góry ustalona, prawda?
- No tak, ale chcemy wiedzieć, czy jesteśmy w stanie sprostać pana oczekiwaniom.
- Okej, ale może pani mi podać kwotę, a ja powiem, czy mieści się ona w moich oczekiwaniach.
- Ech... Proszę pana, tutaj nie ma stawki godzinowej, zarabia pan ile pan chce na prowizji w zależności od wyniku...
- Ach, to tak to wygląda, mój kolega też kiedyś zarabiał wyłącznie "w zależności od wyniku". Po 200 godzinach dostał 700 zł. Dziękuję pani, do widzenia.

Rozmowa o pracę w escape roomie, gdzie jestem prawie pewien, że właściciel przyszedł lekko nietrzeźwy. Przy rozmowie o pensji z oburzeniem powiedział, że ja nie będę zarabiał na "siedzeniu na tyłku", tylko na obsługiwaniu klientów - jeśli mam danego dnia umówione dwie grupy, jedną na 12:00, a drugą na 20:00, darmowe 7h pomiędzy jest już moim problemem. Mogę być na miejscu nawet po kilkanaście godzin dziennie i zarabiać tylko za niecałą jedną piątą spędzonego tam czasu. Gdy spytałem, czemu nie wspomniał o tym przez telefon, odparł zirytowany, że to chyba oczywiste.

"Specjalista od HR-u" nie wpadł na to, że mógł mnie spytać o pewne rzeczy przez telefon. Jechałem przez pół miasta w upale tylko po to, żeby po 5 min dowiedzieć się, że nie jest to praca dla studentów dziennych.
- Ale przecież mam napisane na CV czarno na białym, że jestem studentem.
- Tak, ale nie ma pan napisane, że dziennym.
- Proszę mi powiedzieć, czemu pan o to mnie nie spytał wcześniej?
- Wie pan, nie życzę sobie takich dygresji. Sam mi pan mógł to przekazać. Do widzenia.

Praca w sklepie osiedlowym po 10h dziennie. Brak krzesła. Wszyscy uważają to za absolutnie normalne.

Praca jako roznosiciel ulotek do klubu nocnego. Boże... Straciłem w sumie 3 dni na idiotycznych rozmowach, bezsensownym jeżdżeniu po mieście w tę i we w tę, ustalaniu warunków. Menadżer (osoba decyzyjna) ciągle przekładał swoje przyjście, a jak w końcu się pojawił, powiedział, że przecież nie szukają nikogo nowego do ekipy i po co ja zawracam mu głowę. Potem stwierdził, żebym nie szukał teraz innej pracy, w razie gdybym był potrzebny.

#fSEqD

Opowiem Wam, jaką Grażyną byłam...

Pracowałam w punkcie usługowym, gdzie zarabiałam najniższą krajową + jakieś śmieszne premie raz na ruski rok. Podjęłam się tej pracy na czas studiów. Utrzymywałam się z drobną pomocą rodziców (mimo że mają pieniądze i nie musiałam iść do pracy, to chciałam jak najszybciej się usamodzielnić). Co miesiąc mieliśmy 60 zł do wydania w biurowo-przemysłowym sklepie internetowym, gdzie zamawialiśmy rzeczy potrzebne do pracy: koperty, bloczki, długopisy, środki czystości, itp. I te 60 zł to było naprawdę dużo, sporo rzeczy można było za to zamówić i zawsze był spory zapas. Więc zabierałam do domu a to płyn do naczyń, a to płyn do szyb, ręczniki papierowe, artykuły biurowe. Dzięki temu mogłam co miesiąc naprawdę sporo zaoszczędzić na tych rzeczach, a brałam tego tylko tyle, żeby w pracy niczego nie brakowało. Mogliśmy też zamawiać sobie np. czajnik albo mopa, więc w to też się zaopatrzyłam.

Miałam klientów, którzy zakładali sobie u nas karty, ale często je porzucali. Później na takie porzucone karty przychodziły różne bonusy do wykorzystania. Co robiłam? Nabijałam klienta (oczywiście za jego zgodą) na kartę innego klienta (który tę kartę porzucił), brałam od niego kasę, wykorzystywałam darmowy bonus i zabierałam z kasy 10, 20, 50, a nawet 100 zł. Dla mnie to było naprawdę dużo. Kombinowałam jak mogłam.

Teraz jestem już po studiach, mam normalną, dobrze płatną pracę i nie muszę kombinować. Jednak niczego nie żałuję. Jeżeli znalazłabym się znowu w takiej sytuacji - bez wahania zrobiłabym to samo. Zarobki były żenująco niskie w porównaniu do obowiązków i wymagań wobec nas, długie godziny pracy także w weekendy i niepoważne traktowanie przez przełożonych. W ten sposób przynajmniej trochę się na nich odkułam. Zasłużyli sobie.

#9TxjS

Dobija mnie atmosfera w domu.
Mam 16 lat i mieszkam z rodzicami, siostrą i jej 4,5-letnim synem. Szwagier pracuje w Szwecji i przyjeżdża od wielkiego dzwonu. Ewa (siostra) pracuje zdalnie w domu. Planują kupić sobie mieszkanie, ale ja już w to nie wierzę, mam wrażenie, że szwagier najchętniej olałby Ewkę i Oskara.

W wakacje pracuję na pół etatu w kawiarni i wtedy mam trochę spokoju. Rodzice i siostra co trochę się sprzeczają.

Oskar od zawsze jest straszną beksą, boi się większości rzeczy i zwierząt, niektórych nawet na obrazku. Miauczy i popłakuje o byle co. Na plaży nie ruszy się z koca. Raz mama namówiła go na zbieranie muszelek, ale uciekł z krzykiem kiedy woda musnęła lekko jego stopy. Na huśtawce buja się delikatnej niż małe dzieci, na karuzeli to samo. Na zjeżdżalnię czy drabinki za nic nie wejdzie. Kiedy mucha na nim usiądzie, beczy. W sąsiedztwie jest dwoje dzieci w jego wieku, ale nie chcą się z nim bawić, bo wszystko jest na nie. Siostra była z nim u dwóch psychologów, to nie autyzm, więcej szczegółów nie wiem.

Po ciężkiej aferze wiosną młody poszedł do przedszkola. Ponad tydzień wył za Ewką tak, że aż wymiotował, ale rodzice się uparli i przekonali siostrę, żeby nie ustąpiła. Przedszkolanki skarżą się, że mały ciągle jest do nich przyklejony i nie moją go przekonać go do zabawy z dziećmi.

Najlepsze jest to, że on potrafi się opanować. Kiedy siostra musi wyjść bez niego, jakoś potrafi zająć się np klockami czy rysowaniem, przekonał się, że na rodzicach i na mnie buczenie, bo np. kot dotknął łapką jego kredek, nie zrobi wrażenia.

Siostra chucha na niego i dmucha, cacka się się ze wszystkim. Twierdzi że Oskar po prostu jest wrażliwszy niż inni ludzie i powinniśmy to szanować i traktować go bardzo delikatnie.
Widzę, że rodzice mają dość, zwłaszcza ojcu kończy się cierpliwość. Ostatnio kiedy mały buczał, bo pies sąsiadów brzydko się na niego spojrzał, nie wytrzymał i powiedział mu, że ma się nie zachowywać jak panienka. Siostra się czepia, że nie szanujemy jego wrażliwości i straszy, że się wyprowadzi i utnie kontakt. Nic z tym jednak nie robi.
Coraz częściej mam nadzieję, że tak się stanie.

#pzVYW

Jestem mężczyzną po rozwodzie, niby nic, ale jestem w tym bardzo, bardzo małym odsetku mężczyzn, którzy wygrali opiekę nad dziećmi w sądzie, mając za przeciwnika żonę, stereotypy i wszystko inne. Udowodniłem, że mogę zająć się swoimi dziećmi, matka odwiedza je w weekendy i PŁACI ALIMENTY!

Co w tym wszystkim jest anonimowe?

Nie daję rady. Czuję się jakby moje życie się skończyło, a może raczej zamknęło jak w jakimś cholernym dniu świstaka. Każdy dzień roku szkolnego wygląda tak samo . Poranek, przygotować dwójkę dzieci do szkół, potem praca, odebranie dzieci ze szkoły, obiad, lekcje, lekcje, lekcje... Potem nauka wierszyka, piosenki, namalować obrazek, nauczyć się jakiejś modlitwy. Wtorek - karate dla młodszej córki. Czwartek - zajęcia z tańca. Jeszcze zakupy spożywcze, chemia, ubrania...

Moja była żona jeździ na wakacje dwa razy w roku, wstawia mnóstwo zdjęć z imprez na FB i po prostu jej zazdroszczę. Myślałem, że będę nowoczesnym ojcem w pełnym zakresie, finalnie dosłownie żałuję, że walczyłem o dzieci... Od 3 lat nie mam czasu na nic (nawet fryzurę mam najprostszą, byle nie tracić czasu na modelowanie i fryzjera, co kiedyś było moim ulubionym sposobem na chwilę dla siebie - iść do barbera na modelowanie zarostu i fryzury - 1h błogości). Wolałbym je odwiedzać, być tym fajnym rodzicem, za którego postrzegają mamę...

Bez morału, nie wiem co zrobić. Wypalony totalnie 36-latek.

#GcUBT

Zdarzyło się to 6 lat temu. Miałem wtedy 17 lat i byłem dość szczupłym, ale wysokim chłopakiem, raczej nie uważałem się za słabeusza.
Tamtego dnia wracałem z treningu piłki nożnej, zbliżała się już 18 i zdążyło się ściemnić. Gdy opuściłem teren szkoły, jak zwykle skręciłem między bloki i ruszyłem w stronę mojego mieszkania.

W pewnym momencie zaczepił mnie jakiś mężczyzna, na oko przed pięćdziesiątką, i zapytał, czy wiem może, która godzina. Zerknąłem na telefon, udzieliłem odpowiedzi i ruszyłem dalej, a facet podziękował i udał się w przeciwnym kierunku.

Do tej pory nie mam pojęcia, jak mu się to udało, ale gdy chwilę później przechodziłem przez bramę jednego z bloków na osiedle, on już tam czekał. Znienacka chwycił mnie za gardło i przygwoździł do ściany. Nie mogłem nawet krzyknąć, bo miażdżył mi krtań, a jedną moją rękę przycisnął kolanem do ściany. Z obleśnym uśmiechem wsadził mi rękę w spodnie... Naprawdę próbowałem się bronić, odepchnąć go albo kopnąć, ale nie miałem dość siły. Czułem, że zaraz zwymiotuję. Do dzisiaj pamiętam smród papierosów, wydobywający się z jego ust. On cały czas patrzył mi w oczy i ocierał się o moje ciało. Gdy skończył swoją "zabawę", pozwolił mi tylko wziąć głęboki oddech i uderzył mnie kamieniem w głowę, a ja straciłem przytomność.

Obudziłem się w tej samej bramie bez telefonu, pieniędzy i bez butów, z całą zakrwawioną twarzą. Byłem totalnie wyprany z emocji, jeszcze nigdy nie czułem się tak nieswojo we własnej skórze. Kręciło mi się w głowie, ale dałem radę dojść do domu.
Rodzicom powiedziałem tylko, że mnie okradziono. Było mi wstyd. Nigdy nikomu się nie przyznałem, na policji opowiedziałem tylko o rabunku, bo bałem się, że mnie wyśmieją. W końcu byłem już prawie pełnoletnim chłopakiem, powinienem był umieć się obronić... Tutaj piszę, bo to mimo wszystko duży ciężar, nawet po latach, i chciałbym się go pozbyć.

#rrZV8

Mieszkam w kamienicy na obrzeżach dość dużego miasta. Co prawda mieszkam tu od niedawna, ale razem z sąsiadami stwierdziliśmy, ze nie będziemy pałać sympatią do siebie, a wszystko przez moje dwa futrzaki, terriera i labradora.
Mieszkam z przyjaciółką, ale nasza praca niestety się nie zazębia i czasem pieski muszą zostać same.
Sąsiadowi z góry (nie wiem dlaczego) strasznie nie odpowiada ich towarzystwo.

Wiem, że każdy właściciel twierdzi, że jego pupile są najspokojniejsze, najcichsze i najukochańsze na świecie, ale moje właśnie takie są.
Po tym, jak dostawałam skargi, że szczekają i piszczą gdy wychodzę, stwierdziłam wraz z przyjaciółką, że zostawimy telefon z włączona kamerą i wyjdziemy. Po dwóch godzinach wróciłyśmy, przejrzałyśmy nagranie. Tak jak myślałam, po wyjściu psy postały przy drzwiach, a potem zasnęły. Po tym już nie zwracałam uwagi na resztę skarg.

Zaczęły się groźby. W skrzynce znajdowałam kartki, na których napisane było, że albo się wyprowadzę, albo psy znajdę bez łap w pudle. Na klatce zaczęły się pojawiać kawałki mięsa z powbijanymi gwoździami, porozsypywana trutka na szczury, czy wiszące przy piwnicy na klamce kostki czekolady. Zgłosiłam to na policję, bo nie pozwolę się zastraszać, lecz jak by nasza policja mogła coś zrobić bez „namacalnych dowodów”. Stwierdziłam zatem, że śledztwo przeprowadzę sama.

Gdy współlokatorka była w pracy, wyszłam na dwór, obeszłam kamienicę, później weszłam klatkę obok i piwnicami przeszłam do swojej klatki. Cicho weszłam do mieszkania, tak żeby potencjalny przestępca myślał, że mnie nie ma.
I wiecie co? Przestępcą rozrzucającym trutkę okazał się 7-letni syn sąsiada, którego zaprosiłam do środka i po chwili maglowania przyznał mi się do wszystkiego. Jego ojciec obiecał mu DESKOROLKĘ (!!!), jak tylko pozbędzie się moich psów.
Opadła mi szczęka, ale tak sprawy nie mogłam zostawić.

Zaproponowałam młodemu, żeby wychodził ze mną i pchlarzami na spacery, w zamian za to kupię mu deskorolkę. Z jego mamą też sobie porozmawiałam. Gdy o wszystkim jej powiedziałam, wpadła na pomysł, który przeszedł moje oczekiwania.
Wybrałyśmy się do starszej pani, której ogłoszenie o oddaniu małych psiaków znalazła w internecie. Przygarnęła jednego.

Najcenniejsza dla mnie była mina sąsiada, kiedy wszedł do swojego domu i zobaczył trzy psiaki (dwa moje i ich nowy nabytek) bawiące się z jego synem, oraz mnie pijącą kawę z jego żoną... Policję i inne organy sobie odpuściłam.

Z tego co mi wiadomo, sąsiedzi się rozwodzą. Sąsiada nie widziałam od kilku tygodni, a jego żonę co chwilę widzę z synem i psiakiem na spacerach. Serce się cieszy :)

#xt0FU

Przez 9 lat chorowałam na ciężką, niezdiagnozowaną anemię, doprowadzającą do częstych omdleń i ogólnie tragicznego samopoczucia. Zmęczenie, brak koncentracji i problemy z pamięcią były na porządku dziennym. Nasz wspaniały NFZ zafundował mi w tym czasie kilka podstawowych badań, po czym lekarz ignorant stwierdził, że przyczyną muszą być moje obfite miesiączki. Lata mijały, ja byłam faszerowana coraz to nowymi specyfikami na anemię, pod koniec już bardzo silnymi.

W ostatnich latach bardzo popularne pojawiły się wszelakie diety, a ja podejrzewałam, że problem musi tkwić w moich jelitach, a nie w miesiączkach. Po takim czasie beznadziejnego samopoczucia postanowiłam, że i ja poddam się "modzie" i spróbuję wykluczyć z diety gluten.

I wiecie co? Eureka. Po dwóch latach diety moje wyniki poprawiły się, nadal nie są idealne, ale już nie mdleję, hemoglobina w normie, żelazo nadal bywa liche, ale da się je teraz kontrolować. Co więcej, wreszcie niedoczynność tarczycy przestała szaleć (wcześniej co kilka miesięcy musiałam mieć zmienianą dawkę leku), schudłam 8 kilogramów, nie mam już problemu z nieregularnymi i obfitymi miesiączkami i mogę powiedzieć, że po prostu odżyłam.

Piszę to wyznanie, ponieważ mam dość ciągłej nagonki i tłumaczenia się. To naprawdę jest upierdliwe, gdy nie można wyjść na pizzę, piwo czy nawet zwykły obiad. Gdy zawsze w towarzystwie pełnisz rolę tego dziwaka, modnisia. Nawet głupi kotlet odpada z powodu panierki.
Nie mam stwierdzonej celiakii - powiem więcej, nie sądzę, abym ją miała, ponieważ nie mam reakcji alergicznej. Moja przypadłość polega po prostu na słabej pracy jelit, więc na pierwszy rzut oka nie widać, że coś mi dolega.

Do napisania tego wyznania skłoniło mnie wyznanie kelnera, który podaje klientom dania ze składnikami, których nie chcieli. To, że ktoś po 10 minutach nie ląduje w kiblu nie oznacza, że nie wyrządzasz mu krzywdy. Ponadto uważam, że nikt nie ma prawa decydować za kogoś, co ma jeść. Ludzie, kim my jesteśmy, żeby mówić innym co mają mieć na talerzu? Kto dał nam takie prawo... Zawsze nabijają się osoby młode i zdrowe, a nie pomyślą o tym, że raczej 80% osób wolałoby jeść normalnie, nie patrząc na skład każdego produktu jaki wezmą do ręki. Poza tym pamiętajmy, zdrowie nie jest dane raz na zawsze. A nawet jeśli ktoś ma dietę, ponieważ ma takie widzimisię - nic nam do tego.

#Kwj9W

Mam 15 lat i w domu jestem totalnie samotna. Mamy duże mieszkanie, oboje rodzice mają samochody, mnie samej materialnie niczego nie brakuje.

Ojciec pracuje od 8 do 16, po powrocie do domu rozbiera się do majtek i rozwala na kanapie, nie rozstaje się z pilotem od telewizora. Kiedy jeszcze próbowałam z nim rozmawiać albo chciałam pograć w karty albo planszówkę, burczał na mnie, żebym dała mu spokój i zajęła się sobą, bo nie mam pięciu lat. Dałam więc spokój.
Czasem wstydzę się go przed znajomymi. Kiedy uprzedzam, że ktoś do mnie przyjdzie, z wielką łaską zakłada spodenki i koszulkę, ale od razu mam zapowiedziane, że mamy siedzieć tylko w moim pokoju, cicho i niedługo. W dodatku kiedy moi znajomi mówią mu "dzień dobry", nawet na nich nie spojrzy. Nawet mama mu kiedyś zwróciła na to uwagę, ale stwierdził, że przecież nie ma obowiązku kłaniać się małolatom. Najczęściej schodzę mu z drogi i odzywam się kiedy muszę.

Mama ma swoją działalność i wychodzi przed 8, a wraca najwcześniej po 19. Też nie ma czasu i wiecznie jest zajęta albo wisi na telefonie. Nawet nie zwraca uwagi, że wyrzucam śmieci, ogarniam zmywarkę, odkurzam, rozwieszam i składam pranie, jeśli ona nie ma czasu. Nawet jeśli poprosi o to ojca, to on i tak każe mnie to zrobić. Nie chcę później pretensji, więc słucham.

Uczę się bardzo dobrze i nie sprawiam kłopotów wychowawczych, udzielam się w szkolnym chórze i biorę udział w konkursach, nawet mi to wychodzi. Ale rodzice tego raczej nie widzą. W listopadzie mieliśmy występ i rodzice byli zaproszeni. Mama nawet przyszła, ojciec stwierdził, że to nie przedszkole, żeby musiał siedzieć i męczyć się na jakiś występach. Z okazji Bożego Narodzenia organizowaliśmy koncert i kiermasz. Mama miała nawał pracy i nie dała rady przyjść, ojciec oczywiście powiedział, żebym dała mu spokój i nie zachowywała się jak dziecko. Dobrze, że przyjechała do nas babcia i przyszła na występ, bo byłabym jedyną uczennicą, której rodzina się nie pokazała.

Zazdroszczę koleżankom, które spędzają czas ze swoimi rodzicami. Ja z mamą spędzam jakieś 1,5 godziny w tygodniu, kiedy pomagam jej z większymi zakupami. I to dlatego, że ojcu się nie chce ruszyć z kanapy.

Kiedy rozmawialiśmy o tym z rodzicami, nic nie rozumieją. Uważają, że skoro nic mi nie brakuje, to powinnam okazać zrozumienie dla ich pracy, w dodatku nie jestem już małym dzieckiem i umiem się sobą zająć. Rodzeństwa nie mam, na żadne zwierzęta rodzice się nie zgadzają, zwłaszcza ojciec, który żadnych zwierząt nie lubi.
Teraz w wakacje jestem u babci, daleko od domu. Wreszcie ktoś ze mną rozmawia i chce ze mną spędzać czas.
Nie chcę kłopotów, ale mam ochotę zniknąć, żeby zobaczyć po ilu dniach rodzice by to zauważyli. O ile w ogóle.
Dodaj anonimowe wyznanie