Jak odzyskałam wiarę w dzieci.
Byłam sobie kiedyś w pobliskim fast foodzie ze znajomymi. Był środek dnia, dzień roboczy. Cały fast food był naturalnie zatłoczony, tym bardziej że weszła tam jakaś spora wycieczka szósto-, może siódmoklasistów. Dzieci usiadły przy jednym, dużym stole, który zwykle znajduje się gdzieś pośrodku tego typu restauracji i (dzięki Bogu) zachowywały się w miarę cicho.
Nagle do lokalu wszedł starszy pan. Był brudny i śmierdziało od niego mieszanką brudu i alkoholu. Najpierwej zaczął się rozglądać się po budynku, a potem kręcić się wokół dzieciaków. Patrzył głównie na ich jedzenie, ale raczej tylko stał z boku. Dzieci były najpierw troszkę niepewne, ale za chwilę jeden z chłopców odwrócił się do niego i zapytał, czy jest głodny. Zaskoczony staruszek tylko pokiwał głową, więc chłopak oddał mu swoje frytki i hamburgera i powiedział, że i tak już skończył. Inne dzieci zaraz zaprosiły pana do stołu i zaczęły przesuwać w jego stronę jedzenie i picie, które zostało. Jedna z dziewczyn spytała się, czy nie chciałby, aby zamówiła mu jedzenie także na wynos. Opiekunki niestety kazały już wychodzić dzieciom, bo podjechał ich autobus, więc dziewczynka wręczyła mu dwie dychy i powiedziała, że ma nadzieję, że starzec nie wyda tego na alkohol, tylko kupi jedzenie. Dzieci wyszły, a ja dojrzałam tylko jak mężczyzna chowa banknot do kieszeni, kończy jedzenie i wychodzi.
Puenty nie ma, nie wiem w jakiej sytuacji był ów pan i na co wydał pieniądze, bardzo możliwe, że na alkohol. Jednak byłam wtedy bardzo zaskoczona. Inni ludzie w lokalu tylko patrzyli z obrzydzeniem na staruszka i od razu go oceniali. Zachowanie dzieci było miłe i bezinteresowne, tym bardziej że tamte nie były jakieś młode i naiwne.
Skradziono mi portfel w tramwaju. Był tłok, a zawsze trzymam go w torebce w zamkniętej kieszonce, więc o zgubieniu nie było mowy. Byłam strasznie zła i zrozpaczona jednocześnie; z jednej strony straciłam wszystkie dokumenty i karty (co ważne dla tej historii, w portfelu znajdowały się karta dawcy z DKMS i Dawca.pl), a z drugiej zdjęcia członków rodziny, w tym stare portrety babci, dziadków, które były unikalne, czarno-białe i których duplikatów nikt nie miał.
Po trzech dniach przyszła do mnie niewielka paczka z moim portfelem i wzruszającym listem. Złodziejka pisała, że zobaczyła u mnie kartę dawcy, przepłakała pół nocy i że ma straszne wyrzuty sumienia, bo jej brat jest biorcą przeszczepu, przysięgała jednocześnie, że już nigdy nic nikomu nie ukradnie.
Szkoda tylko, że z portfela zniknęła cała gotówka, w tym żabka "na szczęście" trzymająca w pyszczku grosik. Przynajmniej odzyskałam zdjęcia...
Kiedy miałam 5 lat, przeprowadziliśmy się do innego miasta.
Dla mnie to była bardzo trudna sytuacja. Nie znałam tam nikogo, a dzieci w tym wieku potrzebują towarzystwa. Rodzice często wychodzili ze mną na podwórko, żebym zintegrowała się z innymi dziećmi, ale bez skutku. Dziewczynki mówiły, że nie należę do ich paczki, nie chciały się ze mną bawić, a jeżeli już była taka sytuacja, to zwykle wykręcały mi różne, nieprzyjemne numery.
Tak oto całe dnie spędzałam w domu. Rodzicom było przykro, więc bardzo mnie rozpieszczali. Jednego dnia dostałam telefon. Wyszłam z nim na podwórko, oczywiście sama. Moje sąsiadki bardzo się nim zainteresowały i postanowiły ze mną zaprzyjaźnić. Byłam bardzo szczęśliwa - dopóki pewnego dnia telefon nie zniknął. Rodzice byli źli, ale kupili mi drugi. Po paru dniach on również zaginął. Kolejnego nie dostałam. Z tymi dziewczynami nadal się przyjaźniłam. Naprawdę się lubiłyśmy.
Kilka dni temu jedna z moich ''przyjaciółek'' po pijaku wyznała mi, że to one ukradły te telefony. Czasem też zabierały moje zabawki, słodycze. Z tego co mówiła - potrafiły mi podebrać pieniądze z portfela nawet w gimnazjum.
A teraz się dziwią, dlaczego już nie chcę się z nimi spotykać.
Historia mojego znajomego (nazwijmy go Andrzej). Chłopak w wieku 17 lat został napadnięty, był łatwym celem - chudzinka, okulary, długie włosy, do tego zero pewności siebie i dość specyficzny wygląd, każący myśleć, że to bogaty cwaniak . Napadło go kilku osobników, których nieskalany myślą wzrok kazał, sądzić że należy mu się wpierdol za samo oddychanie.
Na tym niestety się nie skończyło, poza wybitym zębami, złamaną ręką i ogólnymi potłuczeniami został poniżony psychicznie, leżącego na ziemi... obsikali, dokładnie - obsikali, oddali na niego mocz.
Po tych doświadczeniach Andrzej nosił gips na ręce, sztuczne trzy zęby w buzi i nienawiść w sercu, klasycznie chciał się zemścić, ale w swojej sytuacji... Wiecie, to nie film, że na cutscence główny bohater pakuje na siłowni 20 kg mięśni, w międzyczasie uczy się sztuki walki i po kilku tygodniach staje się drugim Rockym, który odnajduje swoich oprawców i spuszcza im manto.
Andrzej znalazł inny sposób, zemścił się po 4 latach, doskonale wiedział, kto go tak załatwił, miasto nie jest ogromne.
Zrobił wszystko, by dostać odznakę i zostać policjantem.
Jego oprawcy poukładali sobie życie, nie znaczy to, że wyszli na ludzi, ale niektórzy mają żony, dzieci, 500+, zasiłki itp.
Dwóch z oprawców Andrzej osobiście aresztował za posiadanie narkotyków i niebezpiecznego narzędzia, grożenie funkcjonariuszowi, kierowanie gróźb karalnych pod adresem rodziny funkcjonariusza, dodatkowo stwarzanie zagrożenia katastrofą w ruchu lądowym (gnanie starym fordem w tragicznym stanie technicznym przez osiedle pełne dzieci i ludzi)...
Obaj trafili do aresztu. Na ich nieszczęście ktoś do całej litanii zarzutów dodał też znęcanie nad dziećmi, pedofilię i poszła plotka, że wsypali znajomego, by siebie wybielić. Uwierzcie mi lub nie, takie oskarżenia to nie przelewki.
Lubię patrole z Andrzejem, poza własną vendettą to najlepszy policjant jakiego kiedykolwiek spotkałem, potrafi rozmawiać z ludźmi, nie jest durnym służbistą, który za punkt honoru ma wystawić jak najwięcej mandatów...
Ot, karma.
Rok temu zmarł mój ukochany czworonóg. Dla niektórych pies to tylko zwierze dla mnie moja psina była najlepszym i najwierniejszym przyjacielem. Dzięki, któremu udało mi się wyjść z depresji.
Czułam się przy niej bezpiecznie, a jej obecność dodawała mi sił w wielu trudnych sytuacjach.
Kiedy byłam chora siedziała przy moim łóżku, nie odstępując mnie na krok. Nawet ,,za potrzebą" na dwór nie chciała wychodzić. Kiedy wpadłam w depresję po stracie ukochanej osoby mobilizowała mnie do wyjścia z domu, dzięki czemu poznałam mojego obecnego partnera.
Odkąd pojawiła się w moim życiu była przy mnie w każdej trudnej chwili, a jej szczere przywiązanie i wzrok wyrażający więcej miłości niż kiedykolwiek od kogoś dostałam dodawały mi otuchy.
Zawdzięczam jej nie tylko wyjście z dołka, ale i ocalenie przed gwałtem ze strony bliskiej mi do tamtej pory osoby.
Kiedy okazało się że moja psina jest ciężko chora byłam gotowa oddać każde pieniądze żeby tylko przedłużyć jej życie. Wraz z rodziną szukaliśmy pomocy w innych, większych miastach licząc na to, że któryś weterynarz w jakieś klinice znajdzie sposób na wyleczenie mojej Z. Kiedy okazało się że nie ma już nadziei, ale psiak cierpi ze łzami w oczach i złamanym sercem zdecydowaliśmy się na uśpienie Z.
Z. była sporą psinką, mój tata zaniósł ją do samochodu(chodzenie sprawiło jej ból i trudności) owinęliśmy ją w jej kocyk, zabraliśmy ulubioną zabawkę i ostatni raz wyszliśmy z domu.
U weterynarza siedziałam z nią na podłodze, łzy ciekły mi po policzkach a ona patrzyła na mnie jakby jak zawsze martwiła się o to, że jest mi smutno. Tak jak zawsze w chwilach smutku próbowała polizać mnie po ręce ale nie miała już na to siły.
Mimo wszystkiego co przeżyłam to była najgorsza chwila w moim życiu.
Tata siłą zabrał mnie do samochodu. Przez kilka dni nie mogłam spać, prawie nic nie jadłam... jeżeli nie musiałam to nie wychodziłam z domu.
Do dziś mam przy łóżku zabawkę i kocyk Z. do których przytulam się, gdy jest mi źle.
Kiedy widzę na ulicy psa podobnego do niej albo oglądam jej zdjęcia łzy napływają mi do oczu.
Tak bardzo brakuje mi tego spojrzenia pełnego miłości, zaufania i bezgranicznej wierności, wspólnych spacerów i jej zimnego nosa na moim pliczku kiedy płacze.
I ta wiem, że zwierzęta zdychają a umierają ludzie, ale dla mnie ona była moim najlepszym przyjacielem i nie użyje w jej kontekście słowa "zdechła"
Z moją dziewczyną po 5 miesiącach związku postanowiliśmy spędzić wspólnie noc. Wszystko pięknie ładnie, aż nadszedł ranek dnia następnego. Moja luba odwróciła się do mnie twarzą, a ja do niej, po czym zaczęła coś opowiadać. Coś, bo nawet nie pamiętam co, tak mnie oszołomił zapach z jej ust. To był smród nie do wytrzymania, ale głupio mi było coś powiedzieć albo sobie pójść. Trwałem tak, aż w końcu nie wytrzymałem, bo zaczęło mnie rwać na wymioty. Powiedziałem do niej, że kocham ją najmocniej i noc była cudowna, ale czy mogłaby umyć zęby, bo po nocy zawsze jest średnio. Obraziła się. Następnego dnia ze mną zerwała. I tyle, po moim związku.
Chyba lepiej było na nią zwymiotować i powiedzieć, że to zatrucie.
Kojarzycie piosenkę dla dzieci "Puszek Okruszek"? Zaczyna się słowami "Mój dziadek dał mi psa".
Kiedy miałam pięć lat, również bardzo chciałam mieć pieska, ale był jeden problem - obaj moi dziadkowie już nie żyli. Z tego powodu zamiast męczyć o niego babcie czy rodziców, postanowiłam, że po prostu dziadek musi zmartwychwstać (skoro Jezus dał radę, to czemu by nie dziadek?) i mi tego pieska załatwić. Grób jednego z dziadków znajdował się w mojej miejscowości, więc za każdym razem, kiedy babcia szła go odwiedzić, chętnie się z nią zabierałam. Na szczęście nigdy się nie dowiedziała, że nie wynikało to z jakiegoś przywiązania do przodka, którego nawet nie poznałam, po prostu za każdym razem stawałam nad grobem i prosiłam dziadka, żeby wyszedł, bo ja tak bardzo chcę zwierzaka.
Niedawno byłam u lekarza. Byłam tak około 9:00, a w poczekalni czekała długa kolejna. Miałam numer 20, a kilka minut po mnie przyszła pewna pani z małym chłopcem, którzy mieli numer 45.
Chłopiec okropnie krzyczał, kopał i wykonywał dziwne ruchy. Jego mama przepraszała, mówiła że ma autyzm i żyje we własnym świecie. Ludzie skarżyli się, mówili żeby wyszła i "poszła do lekarza dla takich bachorów jak on". Widać było że te słowa ją bolą.
Jestem dosyć nerwowa, a jedyne co mnie uspokaja to kolorowanki, dlatego zawsze noszę i kredki w pudełku. Oddałam je małemu, który natychmiast zamilkł i zajął się kolorowaniem.Oddałam im też swój numerek. Kobiety ponownie zaczęły gadać że co to za wychowanie, że one stały już wcześniej i dlaczego "gównarzeria" ma wejść przed nimi.
Pracowałam kiedyś z dziećmi z zespołem Downa i autyzmem. Każde z nich wydawało się problematyczne, z powodu krzyków, ślinienia i puszczania gazów, jednak każde z nich ma swoje potrzeby i potrafią pokazać więcej serca niż ktokolwiek inny. Każde z nich jest cudowne i potrzebuje pomocy.
Swoją drogą, bardzo polecam książkę: "Billy, kot który ocalił moje dziecko".
Nie cierpię swojej rodziny. Są po prostu okropni. Cale życie podcinali mi skrzydła, przez co zaprzepaściłam życiową szansę na pracę w wymarzonej branży, wszystko im nie pasuje, wszystko wiedzą najlepiej. Święta to koszmar, awantury i krzyki, ciągłe oskarżanie się o plotki i pomówienia. Wizyta rodzicielki w moim domu to jeden wielki maraton wytykania mi każdej drobiny kurzu i nieumytego kubka, z którego dopiero skończyłam pić. Babka terroryzuje wszystkich, mam wrażenie, że jeszcze trochę i rozkaże, by się przed nią kłaniać.
I wiecie co jest najśmieszniejsze? Myślałam, że to normalne, że tak jest wszędzie... póki nie poznałam swojego narzeczonego.
Jego rodzice to cudowni, ciepli ludzie, którzy pomagają wszystkim jak tylko mogą, jego rodzeństwo dosłownie wskoczyłoby w ogień za sobą. Święta z nimi wyglądają jak z reklamy coca-coli (tylko coli nie ma). Wszystko załatwiają na spokojnie, bez krzyku i wyzwisk, a ja odkryłam, że wooow, tak się da? Bez podnoszenia głosu i trzaskania drzwiami? Dla osoby, która wychowała się z wariatami był to szok. Uwielbiam jego rodzinę, gdy co tydzień wszyscy się spotykają przy jednym stole. Nieważne, czy ktoś mieszka daleko czy blisko, jego brat specjalnie przemierza 150 km, by być w ten jeden wieczór razem z rodziną.
Jakiś czas temu odważyłam się powiedzieć do teściowej "mamo" i odkryłam, że da się to zrobić z miłości, nie ze strachu czy obowiązku.
Kocham narzeczonego, ale jestem chyba jeszcze bardziej zakochana w jego rodzinie. Zależy mi, by być jej częścią i nawet gdy się kłócimy czasem wolę odpuścić - ze strachu, że stracę tak cudownych ludzi.
Niedziela 6:00. Idę po krowy, żeby zgonić je na dojenie mleka. Po drodze mijam mężczyznę ok. 50 lat. Skręcam w leśną drogę. Coś mi mówi, że ten gościu za mną idzie. Odwracam się. Stoi przyczajony na zakręcie tak, że prawie go nie widać. Przestraszyłam się. Bez zastanowienia powiedziałam stanowczy głosem "Proszę za mną nie iść, bo ja teraz krowy będę gonić". Podziałało, zawrócił...
Dodaj anonimowe wyznanie