Od dłuższego czasu choruję na chorobę Gravesa-Basedowa i w związku z nią, nadczynność tarczycy. Pomijając szereg dolegliwości, najbardziej wyraźne są dwie. Wdupizm i wyjebanizm. Choroba, sama w sobie często wiąże się z zaburzeniami na tle psychiki, ale moje to już osiągają zenit (w przeciwieństwie do kobiet, które np. w związku z tą chorobą, bardziej wpadają w depresję, lęki, nerwicę).
Ja mam wszystko gdzieś. Męża, córki, rodzinę i przyjaciół. Nie obchodzą mnie, pomimo że przed chorobą kochałam ich ponad życie. Nerki dałabym sobie wyciąć za nich. A teraz? A teraz to ja nic nie czuję. Byłam u psychiatry i psychologa, u endokrynologa. Tak właśnie choroba na mnie wpłynęła. Spłyciła mi uczucia, bo mi się kochać i nienawidzić nawet nie chce. Nic mnie nie raduje i nie smuci. Wyniki tarczycowe mam w normach, Graves-Basedow uśpiony, nawet problemy z sercem ogarnięte. I co? I nic właśnie. Nikt o niczym nie wie, na co dzień jestem przykładną matką i żoną dbającą o dom, pracującą. Tylko pustą w środku. No i w sumie co z tego? Psychiatra się cieszy, że pacjentka reaguje na leki, mąż się cieszy, że żona się stara, i dzieci też, bo mama kocha.. Tylko ja patrzę w lustro i nie widzę nic, nie czuję, nie kocham. I w sumie to nic mnie to nie obchodzi, bo po co.
Od początku studiów mieszkałam z moim chłopakiem ,a później narzeczonym w pokoiku, w mieszkaniu z trzema z innymi studentami. Żyło nam się dobrze, ludzie byli w porządku więc nie narzekaliśmy.
Na ostatnim roku mojego licencjatu, młodsza siostra mojego faceta rozpoczęła studia i za namową mojego chłopaka i teściowej, wynajęliśmy mieszkanie we 3. Ona miała swój pokój i my swój.
Zawsze lubiłam Basię, bo wydawała mi się rozsądna i sympatyczna ale to, co wyprawiała w mieszkaniu przechodziło ludzkie pojęcie.
Mieliśmy ustalony grafik sprzątania, do którego nie potrafiła się dostosować, bo zawsze było coś. Przez pół roku ani razu nie posprzątała, nie myła po sobie naczyń, wszędzie był syf. W jej pokoju stały talerze porośnięte pleśnią! Nie szanowała też mieszkania i w ogóle nie martwiła się o kaucję. Rozwaliła drzwi do swojego pokoju, połowę szafek w kuchni, a nawet zbiła lustro w łazience. Na każde zwrócenie uwagi, reagowała histerycznym płaczem i dzwonieniem do matki, że my się nad nią znęcamy. Najczęściej wtedy teściowa dzwoniła do mojego narzeczonego i on zgarniał opieprz, że nie pomaga siostrze.
Ja nie chciałam ingerować, ale miarka się przebrała gdy pewnego razu po powrocie do domu, zobaczyłam syf nie tylko w kuchni, ale i u nas w pokoju. Gówniara chciała bez pytania pożyczyć moje ciuchy i kosmetyki, więc wyrzuciła mi wszystko z szaf i nie raczyła tego ułożyć. Darłam się na nią przez 15 minut i po tym incydencie, teściowa zadzwoniła do mnie. Próbowała mi wmówić, że jestem niewdzięczna i niewychowana, i jak to mogę krzyczeć na jej córeczkę, przecież to anioł , a my jej ciągle robimy na złość. Zadzwoniłam do teściowej na messengerze, z relacją na żywo, weszłam bez zapowiedzi do pokoju jej córeczki żeby zobaczyła jak zapuściła mieszkanie. Gdy przedtem jej o tym mówiliśmy z narzeczonym, to nie chciała nam wierzyć.
Teściowa aż się zapowietrzyła gdy jej córka wyleciała do mnie z pyskiem, że jestem potworem, który próbuje ją zniszczyć. Potem zaczęła się tłumaczyć, ale po setnym "mamusiu, to nie tak", teściowa po prostu się rozłączyła. Musieliśmy potem mieszkać z tą kretynką jeszcze przez pół roku, aż nam się skończyła umowa, ale bez interwencji teściowej. Nigdy więcej wspólnego mieszkania.
Jako, że wielkimi krokami zbliża się rozpoczęcie przeze mnie studiów, chciałem się podzielić moim wkurzeniem (delikatnie mówiąc), bo nie idę sam na ten sam kierunek, ale od początku.
Mieszkam w dość dużym mieście. Mój wujek (brat mojej mamy) mieszka ze swoją rodziną niedaleko i jak to zwykle bywa - utrzymywaliśmy bliski kontakt np: ja i moje kuzynki jeździliśmy razem na wakacje kiedy byliśmy mali, wpadliśmy do siebie na obiady lub nocowaliśmy często u siebie itp. Ja i jedna z moich kuzynek, nazwijmy ją Ola, poszliśmy do tej samej podstawówki, potem do gimnazjum. Przyszedł czas na wybór szkoły średniej. Kiedy Ola dowiedziała się gdzie idę, złożyła podanie do tej samej szkoły twierdząc, że "ja tam chciałam iść pierwsza". Oczywiście swojej rodzinie opowiedziała swoją wersję. Trochę mnie to wkurzyło, bo chodzenie z kuzynką do jednej klasy nie jest fajne, ale myślę sobie "nie będę zmieniał swojej decyzji, jakoś wytrzymam z nią te 3 lata". Jakoś się udało. Pomińmy szczegóły związane z posiadaniem w klasie "szpiega" (wszystko co działo się w szkole, informacje o moim życiu prywatnym - dziewczynie, znajomych itp. Ola opowiadała swojemu ojcu, a on opowiadał o tym mojej mamie...).
Przyszedł czas na składanie deklaracji maturalnych. Ola tradycyjnie wybrała te same przedmioty... Już na początku drugiej klasy podjąłem decyzję o wyborze kierunku studiów, ale ukrywałem to aż do składania papierów, bo bałem się, że Ola pójdzie za mną. Jeśli ktoś spytał mnie o moje plany zawsze mówiłem, że jeszcze nie zdecydowałem.
Nie dało się ukrywać tego w nieskończoność. W końcu musiałem powiedzieć najbliższej rodzinie gdzie chce iść. Mama oczywiście się wygadała wujkowi mimo, że prosiłem żeby mu o tym nie mówiła. Ola złożyła papiery tam gdzie ja. Ona się dostała, ale nie ja. Zdecydowała się jednak na inny kierunek. Ja niedawno dostałem się w drugiej turze. Ola zrezygnowała ze swojego kierunku i złożyła papiery na mój. Dostała się... Teraz twierdzi, że ona zawsze chciała studiować ten kierunek i że wszystko od niej małpuje.
Mając 22 lat, poznałam w internecie Kamila, starszego o rok ode mnie. Dzieliła nas cała Polska, ale zaczęliśmy ze sobą bardzo dużo rozmawiać, pisać prawie codziennie, a potem nawet dzwonić. W końcu zakochałam się w nim (na tyle ile się da przez internet), a on we mnie. Wydawał mi się wtedy chodzącym ideałem, studiował weterynarię, czytał te same książki co ja, był szarmancki, uczuciowy i inteligenty. A do tego był również bardzo przystojnym, wysokim blondynem.
Nasza internetowa miłość kwitła, jakkolwiek to brzmi, bo ani razu się wtedy nie widzieliśmy na żywo. Strasznie chciałam się z nim spotkać, ale miałam ciężkie studia, do tego praca, a z kolei, gdy trafiała się jakaś okazja to akurat on miał coś pilnego. Nigdy też nie udało się nam porozmawiać na kamerkach internetowych, bo zawsze coś stało na drodze, a to komputer mu się popsuł, a to ma gości itp. Jakoś kompletnie nie wzbudziło to nigdy moich podejrzeń. Byłam strasznie zaślepiona i naiwna. Nawet na tapecie w telefonie miałam jego zdjęcie, które mi wysłał. Jedno z wielu. Jednak pewnego dnia napisał mi, że ma zupełnie wolny tydzień i może do mnie przyjechać. Byłam cała w skowronkach, dosłownie skakałam ze szczęścia. Nawet na bilet mu dorzuciłam, bo był chyba biedniejszym studentem niż ja. Miałam go odebrać z dworca o 15 i zabrać do siebie. I tu następuje zwrot akcji.
Owszem, przyjechał do mnie, ale okazał się zupelnie inną osobą. Nawet nie miał na imię Kamil, tylko Kazimierz. Zamiast być starszy o rok, był starszy o 7 lat. Nie studiował weterynarii, tylko dorywczo pomagał ojcu na budowie. Nie był też wysokim, przystojnym blondynem, tylko niższym ode mnie o co najmniej 10 centymetrów, wychudzonym chłopem, którego twarz wyglądała na starszą niż jest, dodatkowo brakowało mu kilku zębów, ale chyba większy problem miał jednak z higieną. Wyglądem przypominał wręcz menela. Okazało się, że zdjęcia jakie mi wysyłał, były zdjęciami jego kuzyna. A co do reszty... Otóż podobno często w sieci udawał kogoś innego, ale jak poznał mnie, to się zauroczył od razu, jednak bał się przyznać, że przedstawił się jako ktoś inny. Potem wciąż kłamał, bo przecież odrzuciłabym go gdybym znała prawdę. Gdy nie mógł pisać, bo jak twierdził, miał zajęcia, tak naprawdę pił z kolegą, bo jak się okazało, jest też "początkującym" alkoholikiem.
I co sobie myślał przyjeżdżając tu? A no to, że skoro tak go pokochałam, to wybaczę te kłamstwa i zaakceptuje go takim jaki jest. No niestety. Gdy już mi wszystko wyjaśnił, a ja w końcu doszłam do siebie po tym szoku, po prostu odprowadziłam go na dworzec i poszłam do domu, płakać w łóżku. I tak przepłakałam chyba z 3 dni, nikt mnie nigdy tak nie oszukał. W końcu doszłam do siebie, a z nim urwałam kontakt tego samego dnia, w którym przyjechał. Potem już raz na zawsze odechciało mi się szukać miłości w internecie. Teraz te historie wspominam jako idealną lekcję życia, cóż, mam nauczkę, za to, że byłam taka głupia i naiwna. Choć przyznam, że on tez był bardzo dobrym kłamcą i manipulatorem.
Czasami ludzie ogłaszają na różnych stronach i grupach, że muszą oddać psa, bo ktoś w domu ma alergię albo jakieś inne uczulenie. Z reguły denerwują mnie takie posty, a komentujący nie mają litości dla tego kto wstawia ogłoszenie. Najczęstszą radą jest: "oddaj gówniarza, bo pies/kot był pierwszy!".
Moja ciotka chyba wzięła sobie to do serca. Ma dwoje dzieci, czternastolatka i czterolatkę, mieszkają niedaleko nas. Ciocia zawsze miała fioła na punkcie zwierząt, od mało wymagających jak rybki, po naprawdę duże psy takie jak bernardyny. Na ten moment ma w domu trzy psiaki i kota, ale wiem, że myślała nad jakimś kolejnym futrzakiem. Niby ok, ciocia naprawdę dba o swoich pupili. Może nawet za bardzo? Szymon ma astmę, którą zdiagnozowano u niego kiedy zaczynał podstawówkę. Kilkukrotnie tracił oddech i pod dom zajeżdżała karetka. Ciocia była przerażona i zabrała go na badania - stwierdzono silną alergię na psią ślinę i sierść. W domu były wówczas dwa psy, jednak nikomu nie przyszło do głowy by je gdzieś oddawać. Z jednej strony czyn godny pochwały, z drugiej Szymek musi mieszkać w domu, gdzie w każdym zakątku czyha na niego zagrożenie. Dopiero poza domem naprawdę odżywa, chociaż i tak nie rozstaje się z inhalatorem.
Później urodziła się Zuzia i chociaż na początku wydawało się, że obecność psów w niczym jej nie przeszkadza, to lekarz potwierdził smutne wyniki badań. Po kontakcie ze zwierzętami mała dostaje okropnej wysypki na całym ciele, robi się czerwona na twarzy i kaszle. Niby ciocia jakoś temu zapobiega - kupuje jej leki, nie pozwala psom wchodzić do jej pokoju, ale i tak każdego dnia istnieje ryzyko, że Zuzia zakrztusi się na śmierć.
I teraz najlepsze - ciocia znalazła sposób jak pogodzić miłość do zwierząt z miłością do dzieci.
Dogadała się z babcią i zawiozła do niej dzieciaki - nie na wakacje, ale na stałe. Rodzina była w szoku, ale według cioci jest to idealne rozwiązanie. Teraz na babcię spadł obowiązek dowożenia wnuczki do przedszkola, a wnuka na przystanek autobusowy. Zuzia kompletnie nie rozumie czemu mama wyrzuciła ich z domu, Szymon jest załamany i wściekły. Moja mama jeszcze próbuje jej przemówić do rozumu, ale ciotka jest uparta i nie da sobie niczego wytłumaczyć. Za to na Facebooku jest bardzo aktywna - gdy tylko ktoś ogłasza, że chce oddać psa, ciocia komentuje jako pierwsza. Na ten moment zaklepała sobie już jamnika i dwa kotki znalezione w lesie. Jako argument, żeby to jej oddać zwierzaki podaje fakt, że w domu ma już inne i nie ma dzieci, którym obecność zwierząt mogłaby przeszkadzać.
Gdy byłam już w widocznej ciąży, babcia mojego męża zepchnęła mnie ze schodów, bo jak twierdziła, nie chce, żeby jej wnuczek miał dziecko z taką bezbożnicą jak ja.
Mnie i dziecku na szczęście nic się nie stało, jedynie zdarłam kolano. I sprawa mogłaby się skończyć w sądzie, gdyby nie to, że babcia umarła tydzień później na zawał. Może to właśnie karma...
Na pogrzebie się nie pojawiłam, mąż też nie.
Mam 35 lat i do tej pory myślałem, że te cienkie warkoczyki na głowie Afroamerykanów, to są naturalne włosy, niesplecione. Po prostu myślałem, że jednym rośnie afro, a innym warkoczyki.
Żona uświadomiła mnie podczas oglądania serialu, 30 razy pytając, czy mówię serio.
Mówiłem serio.
W dzieciństwie miałam królika. Był moim najlepszym przyjacielem. Bardzo o niego dbałam.
Jednak pewnego dnia, gdy wróciłam ze szkoły, klatka była pusta. Rodzice powiedzieli mi, że królik bardzo źle się poczuł, zawieźli go do weterynarza, a tam okazało się, że jest bardzo chory, więc został uśpiony i spokojnie odszedł z tego świata do nieba dla zwierząt. A po latach się wydało, że rodzice wcisnęli mi tą bajeczkę, bo byłam dzieckiem, a tak naprawdę mój młodszy brat udusił go podczas zabawy.
Gdy byłam dzieckiem, miałam pewną starszą koleżankę Anię, która zawsze wpadała na głupie pomysły i wykorzystywała to, że byłam młodsza i mniej o świecie wiedziałam.
Kiedyś bawiłyśmy się u mnie w domu, po szkole i postanowiłyśmy poszukać słodyczy w szafkach. Słodyczy nie znalazłyśmy, za to w ręce wpadła nam paczka prezerwatyw moich rodziców. Ania powiedziała, żebyśmy dla zabawy przebiły paczkę szpilką, bo kiedyś słyszała o czymś takim w jakimś żarcie i to będzie śmieszne. Ja, niezbyt rozumne dziecko, stwierdziłam, że w porządku, będzie śmiesznie. Jakoś kompletnie nie wpadłam na to jak to działa, bo nie miałam wtedy w ogóle pojęcia o takich sprawach. I cóż, 9 miesięcy później urodziła się moja bardzo niepełnosprawna umysłowo siostra, która obecnie jest utrapieniem dla całej rodziny. Kochają ją, ale opieka nad nią jest wykańczająca. Czuję się z tym okropnie, mimo tego, że nie wiadomo czy to akurat wina tych prezerwatyw, bo rodzice mogli ich po prostu nie użyć lub zauważyć, że są przebite. To też powód, dla którego nie wiem czy się do tego przyznać czy nie, w końcu minęło już z 8 lat.
Przez 6 miesięcy pracowałem w średniej wielkości B&B w Irlandii. Znalazłem to cudo poprzez agencję pracy (nie rób tego). Pracowałem sam, po 70h tygodniowo, z grubsza pokazano mi jak przygotowywać śniadanie, a jak czyścić pokoje, w ogóle to miało tylko wyglądać na czysto. Szefa praktycznie nie było, bo sam pracował na pełen etat, więc jako 18-letni gówniarz praktycznie prowadziłem hotel, byłem czasami odpowiedzialny za ponad 30 osób naraz. Robiłem tam dosłownie wszystko: pranie, prasowanie, przygotowywanie śniadań, zmywanie, zastawa, zmienianie całej pościeli, sprzątanie wszystkiego. Nie miałem żadnego doświadczenia zanim zacząłem w owym hotelu, coś mnie przekonywało, że to norma. Dopiero z perspektywy czasu widzę, jak bardzo byłem wykorzystywany.
Szef to był skąpiec jakich mało:
- Musiałem zbierać z wszystkich koszy puste buteleczki po szamponach i odżywkach i nalewać do nich zawartość z dużych butli, wylewając przy tym połowę, bo nie miałem lejka ani nic, no co za oszczędność!
- Patelnie na kuchni miały luźne uchwyty i w każdej chwili mogłem się po prostu poparzyć gorącym olejem. Wspominałem o tym, ale brak reakcji.
- Wyposażenie kuchni było co najmniej amatorskie, a cała chemia najtańsza jaka jest, która nawet nie działała.
Wziąłem się do pracy, ustaliłem, że mam dwie szmaty, jedną do łazienek, gdzie zawsze na końcu myłem kibelek, a drugą do powierzchni w pokojach, odkurzałem codziennie, dezynfekowałem powierzchnie. Na kuchni jak zmywałem, to najpierw myłem talerze w jednej wodzie, a potem płukałem w świeżej, wszystko standardowo, do czasu...
Rozkręcił się sezon, gości znacznie więcej, nie miałem fizycznie czasu wykonywać wszystkich moich obowiązków do końca. Mówiłem o tym mojemu managerowi, ale on uspokajał mnie, że mamy znikome negatywne komentarze i że jest w porządku. O dziwo, rzeczywiście opinie na bookingu były prawie zawsze dobre.
Z dwóch szmat teraz w użytku była tylko jedna, do wszystkiego, w dowolnej kolejności, na 10 pokoi. W łazience przecierałem ślady po paście na lustrze i umywalce, spłukiwałem toaletę, nowy papier i gotowe, nie było czasu odkurzać. Szmata prosto z kibla lądowała na biurko oraz tackę, na której był czajnik, odwrócone do góry nogami kubki oraz bezpośrednio na niej łyżeczki. Czasami nie zmieniałem pościeli na kilku ostatnich łóżkach, bo goście już dzwonili do drzwi, sprawiałem tylko, że wszystko tylko wyglądało na czyste. Czułem się obrzydliwie, przy wprowadzaniu gości starałem się nadrobić najlepszą obsługą klienta jaką potrafiłem, rozmową i żartami, przez co nieraz dostawałem napiwki i czułem się jeszcze gorzej. Nie potrafiłem tak po prostu oszukiwać ludzi.
Wiem, że to nie moja wina, robiłem co mogłem, chciałem sobie tylko trochę dorobić.
Gdy sezon jeszcze bardziej się rozkręcił, nie wytrzymałem ze zmęczenia i stresu i się zwolniłem.
Dodaj anonimowe wyznanie