Mam dziecko i jestem o nie zazdrosna.
Nie zrozumcie mnie źle, kocham je i bardzo dbam, ale denerwuje mnie to, że teraz nie jestem jedyną miłością mojego męża.
Kiedy przychodzi z pracy, nie wita się już z radością ze mną, tylko najpierw z dzieckiem. Mówi do dziecka z czułością w oczach, a wcześniej tylko do mnie się tak zwracał.
Musiałam zrezygnować ze swojego życia. Kiedyś kochałam weekendowe poranki. Teraz nie mamy czasu sam na sam, bo dziecko od nas rano przychodzi i zabiera nam prywatność.
Chciałabym.w końcu pojechać na dalsze wakacje, ale nie mogę.
Życie jest do bani.
Pracowałam w biurze w jednym z krakowskich bloków na samym dole. Biuro składa się z dwóch części. W jednej części biurko moje i szefa, a w drugiej części pokoik z łazienką. Dodam, że ta pierwsza część jest cała oszklona, więc przechodnie chodzą cały czas i widzą co się dzieje w środku.
Pewnego dnia do szefa przyszedł klient, i to bardzo ważny. Szef poprosił, żeby im nie przeszkadzać i w razie klientów umawiać na inny dzień. Zamknęli się w drugiej części, gdzie była toaleta. Poczułam ogromną potrzebę skorzystania z toalety, ale nie chciałam przeszkadzać w spotkaniu. Myślałam, że niedługo wyjdą, ale się myliłam. W końcu poczułam tak silne ciśnienie, że bez chwili namyślenia schowałam się pod biurko i nasikałam do kosza. Nie - szef mnie nie zobaczył. Przechodnie także nie. Stało się coś innego.
Gdy wyszli z pokoju, postanowiłam wylać zawartość do kosza. Powiedziałam do szefa, że muszę przemyć kosz, bo śmierdzi, i w tym momencie zahaczyłam koszem o krzesło i całą zawartość wylałam na ziemię i na siebie. Spaliłam takiego buraka, że postanowiłam się po tygodniu sama zwolnić, bo nie mogłam spojrzeć szefowi w oczy ze wstydu.
Wujek dał mi i siostrze stary dotykowy telefon, żebyśmy miały go na spółkę. Byłam strasznie zła, bo prawie cały czas używała go starsza siostra. Wymyśliłam symbol blokady tak skomplikowany, że po prostu go zapomniałam. Było trochę krzyku i płaczu, ale ostatecznie telefon został schowany do szuflady. Po paru miesiącach jakimś cudem udało mi się to przypomnieć symbol, odblokowałam telefon, nikomu się nie przyznałam i sama grałam w gry. Nikt do tej pory nie wie, że tak się stało.
Kilka lat gnębienia robi z człowiekiem różne rzeczy. Mnie te doświadczenia zafundowały lęk społeczny i niesamowicie niską samoocenę. Byłam pewna, że wszyscy się że mnie śmieją, obgadują, w efekcie prawie nie wychodziłam z domu.
Wiem, że mnóstwo osób ma podobny problem - czujecie się obserwowani, macie wrażenie, że wasza obecność każdemu sprawia problem. Staracie się sobie pomóc chodząc do psychologa czy starając się bardziej otworzyć na ludzi. Robiłam podobnie, ale nic mi tak nie pomogło, jak idiotyczne wyobrażenie (cały czas nie wierzę, że to podziałało i nie czułam się dziecinnie robiąc to).
Wyobraziłam sobie, że mam skrzydła. Ogromne, piękne, białe, łabędzie skrzydła, które złożone dotykały ziemi. Kiedy szłam, zajmowały miejsce na całym chodniku. Musiałam je składać, kiedy ktoś przechodził obok, inaczej by się nie zmieścił. Nieważne w co byłam ubrana, sukienka czy wytarte spodnie, wszyscy i tak mówili o nich.
Od tego momentu nikt mnie nie obgadywał, nie śmiał się, nie patrzył na mnie krzywo, wszyscy podziwiali moje skrzydła.
Tak naprawdę nie mam pojęcia, jak wyglądałam idąc ulicą z dumnie podniesioną głową. Być może jak idiotka, a może jak ktoś pewny siebie - nieważne. Odzyskałam wiarę w siebie i pozbyłam się problemów, które towarzyszyły mi przez bite pięć lat życia. Jestem z siebie dumna.
Ponieważ zbliżały się wakacje, a wakacyjne plany zakładały wyjazd do Grecji, wybrałem się do operatora komórkowego, aby dowiedzieć się, jakie poniosę koszty internetu.
Wchodzę do salonu, za biurkiem młode dziewczę, lat maksymalnie 25.
Pytam o koszty w Grecji, mówię, że bez netu to łatwo nie jest i mimo że to Unia, to wiadomo, coś tam więcej się płaci.
Pani mnie wysłuchała i udzieliła odpowiedzi:
- Ale Grecja nie jest w Unii Europejskiej...
Pierwsza moja reakcja - śmiech. Myślę sobie - żarcik taki sobie rzuciła. Ale patrzę na jej młodą twarz i jednak nie... mówi całkiem poważnie. Więc brnę w temat dalej... Mówię:
- Kurcze... a ja już tyle euro kupiłem...
Jej odpowiedz z pięknym uśmiechem na twarzy:
- Pan się nie przejmuje. Na miejscu na pewno to panu wymienią.
Pozbierałem szczękę z podłogi. Info o kosztach netu podała mi chyba z Azji, bo po tym wstępie niewiele już rozumiałem z tego, co do mnie mówiła.
Reklama tego operatora naprawdę nie kłamie... U nich nie ma nudy.
Przez znajomych i rodzinę uznawana jestem za osobę otwartą i odważną.
Od gimnazjum - akademia czy przeniesienie klasówki u nauczyciela na inny dzień, byłam wysyłana ja.
Później, każda wizyta w urzędzie, dziekanacie jakaś reklamacja, wszędzie szłam Ja.
Nigdy nie miałam tremy czy odczuwałam wstydu przed nowością.
Ale to nastało od czasów gimnazjum wcześniej byłam raczej wstydliwa i wycofana.
Co mnie tak zmieniło - Dziadek - który obecnie nie żyje, dał mi srebrną bransoletkę "zaczarowaną" dającą siłę.
Choć teraz mam 26 lat to nadal mam ją zawsze ze sobą - bransoletkę dziadka - która daje mi siłę.
Wstyd mi się przyznać, że kawałek metalu tak na mnie działa.
Kiedy byłem gimnazjalistą, miałem tendencję do spóźniania. Wstawałem 2 godziny wcześniej, przestawiałem zegarki, a i tak nie pomagało.
Sprawę rozwiązał mały kotek, który zawsze o 7:20 był pod domem. Spieszyłem się głównie po to, żeby zdążyć go pogłaskać.
Pomógł mi i już się ani do pracy, ani szkoły nie spóźniałem.
Słyszeliście kiedyś o przyjaźni matka-córka? Myślę, że dużo osób nawet takiej doświadczyła. Ja niestety nie.
Odkąd pamiętam nie mam z mamą dobrej relacji. Kiedy chcę z nią o czymś porozmawiać, opowiedzieć, poradzić, pochwalić się, nie słyszę nic...
Opowiadam o szkole - cisza.
Opowiadam o pracy - cisza.
Opowiadam, co mi się przytrafiło - cisza.
Niby mnie słucha, ale za każdym razem jest zajęta bardziej telefonem, telewizorem, gazetą...
Jest mi zwyczajnie przykro, kiedy widzę jak moi bracia wracają z pracy, a mama tylko czeka kiedy zrobić im herbatę, kanapeczki i z nimi porozmawiać.
Jestem szczęśliwą żoną, mamą trójki chłopców, których z mężem kochamy nad życie. Staramy się żyć spokojnie, prosto i w bliskich relacjach z rodzicami, naszym rodzeństwem i znajomymi.
Ostatnio, podczas wieczornej rozmowy, z ust mojego męża padły słowa, które jakoś zmieniły moje myślenie na temat teściowej i dobry stosunek do niej. A także, poniekąd, do reszty jego rodziny. Od słowa do słowa, dowiedziałam się, że próbowali oni nakłonić go do zerwania ze mną. Wszystko to z powodu depresji, z którą się zmagam, raz lepiej, raz gorzej. Tamtego dnia mąż miał się rozpłakać i powiedzieć w domu, że nie wie jak mi pomóc, że czasami czuje się bezsilny. Usłyszał, że powinien odejść ode mnie, by uratować swoją przyszłość i szczęście, bo dzieci jak się nam urodzą mogą być chore, że wiele jest wartościowych dziewczyn, które go lubią.
Gdybym była im obca, gdybym nie myślała, że mnie lubią i nie nosiła na palcu pierścionka od ich syna i brata, mogłabym zrozumieć. Wiedziałabym, że chcą jego dobra, bo jest dla nich ważny i rozsądek im każe tak mówić.
Ale wydawało mi się, że jestem z nimi blisko. Widzieli, jak bardzo go kocham, często też pomagałam teściom i szwagierkom w różnych sprawach. Mieliśmy już termin ślubu.
Obecnie czuję się coraz gorzej podczas wspólnych spotkań. Obca i niepożądana. Nie chcę, by wokół mnie skakali, ale wszelkie gesty uprzejmości odbieram jak zachowanie wobec obcego, nie kogoś swojego. Rzadziej włączam się do rozmów, tylko słucham i nie wiem czemu chciałabym tego wszystkiego nie wiedzieć. Chciałabym tego nie usłyszeć. Tylko tyle...
Jestem tak samotna, że wykupywałam godziny jazdy z instruktorem, byle tylko z kimś poprzebywać i porozmawiać...
Nie, nie zakochałam się w nim.
Dodaj anonimowe wyznanie