#P9zd2

Od kilku lat jestem posiadaczką buldoga francuskiego. Kto ma ten wie, że te psy potrafią się nieźle spierdzieć, taki urok rasy. Jednak ostatnio z mojego przyjaciela zaczęły wydobywać się iście piekielne zapachy, jakby coś tam w środku zdechło, do tego pojawiały się częściej niż zwykle. Po wykluczeniu oczywistych czynników udajemy się na konsultację do weterynarza, zabrałam pierdzącego towarzysza i w drogę!
Z 9 piętra zjazd na dół windą, coby oszczędzić psu schodzenia po schodach. Towarzystwo w windzie: mały, na oko 2-3-letni chłopiec, najprawdopodobniej jego mama i babcia. Pies po zamknięciu drzwi puścił cichacza mordercę, wszyscy patrzą po sobie, smród daje po oczach. 

Chwilę po tym spadły mi klucze i schyliłam się po nie, starając się nie trącić dupskiem babci, mój pies stoi sobie w rogu. Wiecie co zrobił? W momencie kiedy się schylałam, puścił najgłośniejszego, najbardziej obrzydliwego bąka jakiego słyszałam kiedykolwiek. Wszystkie oczy na mnie, w tym wzrok psa. Patrzę na niego, a on zdegustowany powoli odwraca ode mnie łeb. Było mi tak cholernie wstyd, powiedziałam tylko "to pies...", ale ich spojrzenia wwiercały mi się w duszę, chyba nie uwierzyli. W całej windzie śmierdzi trupem.
Wysiadłam, a raczej wybiegłam z windy i nie odwróciłam się za siebie ani na moment, mam nadzieję, że nieczęsto będę spotykać ich na klatce.

Dzięki, psie.

#rs7oj

Za kilka miesięcy skończę 30 lat. Odkąd moje koleżanki zaczęły wychodzić za mąż i rodzić dzieci, coraz częściej padają bezpośrednie pytania o moje życie uczuciowe. Coś tam wiedzą, że kręcił się przy mnie "taki jeden Maciek", a później "widziały, że Tomek ma na mnie oko", ale w jako takim związku z nimi nie byłam. 

Kiedy ostatnio się spotkałyśmy na kawie u jednej koleżanek, Zosia spytała wprost, czy wolę kobiety. Okazało się, że inne też mnie o to podejrzewały i że nie musiałam się wstydzić, bo to przecież nic złego. Ale zaprzeczyłam - jestem hetero. Dziewczyn jednak to nie przekonało.
- To dlaczego nie masz faceta? Jesteś całkiem ładna, wesoła, masz sporo zainteresowań. Może jesteś wybredna? 

Druga z kolei zasugerowała, że jestem jedną z tych, które czekają na księcia. Inna, że jestem materialistką. Ale żadna z tych opcji nie jest prawdziwa. Jestem zakochana od lat w tym samym mężczyźnie. Zawsze był dla mnie prawdziwym wsparciem, pomógł mi wyjść na prostą, gdy w rodzinie pojawiły się problemy i gdy nie miałam gdzie mieszkać. Uwierzył we mnie, przekonał mnie, że wcale nie jestem taka beznadziejna, jak twierdzili wszyscy wokół. 
Później widziałam, jak przegląda katalogi z pierścionkami zaręczynowymi i byłam pewna, że będziemy najwspanialszą parą na świecie. Ale wszystko przekreślił jeden pijany kierowca i wypadek o dziesiątej wieczorem. Przez kolejne tygodnie od jego śmierci żyłam jak w transie. Pogrzebem i formalnościami zajęła się rodzina, przywłaszczyli sobie sporą część majątku, ale zupełnie mnie to nie obeszło. To co było dla mnie najcenniejsze, zostało pochowane na cmentarzu. 

Później próbowałam wziąć się w garść, znalazłam pracę daleko od rodzinnego miasta i wynajęłam nowe mieszkanie. I co prawda dzięki zatrudnieniu się w dużej firmie poznałam wielu mężczyzn - żonatych i kawalerów, młodszych i starszych - którzy często proponowali mi spotkania, ale zawsze odmawiałam. Nadal myślę o Janku, dla niego każdego dnia próbuję szukać pozytywów w życiu, tak jak mnie nauczył. Chociaż wydaje się to żałosne i głupie, widzę nas jako dwoje ludzi planujących ślub i wspólną przyszłość. 

Wiem, że nigdy się to nie stanie, ale dzięki takim myślom udaje mi się przetrwać najcięższe dni. Od wypadku minęło pięć lat. Nie wiem, czy dam radę kiedykolwiek obdarzyć innego mężczyznę takim uczuciem, jakim darzyłam Janka. Z jednej strony niesamowicie brakuje mi bliskości i troski, z drugiej nadal nie umiem wyobrazić sobie na miejscu Jana kogoś innego.

#CeCkL

Mój tata nie potrafi cicho kichać. Niby nieczęsto mu się to zdarza, ale jak już psiknie, to jakby trzęsienie ziemi przeszło albo grzmot jakiś trzasnął. O ile kicha w domu, to spoko, bo już jesteśmy przyzwyczajeni, gorzej jak jest w miejscu publicznym i zawierci go w nosie.

Raz byliśmy w kościele, a mój tata nagle kichnął tak, że zabrzmiał jak trąba jerychońska, wskutek czego przestraszył przechodzącego po składce księdza, który w strachu upuścił tacę, przy okazji wypowiadając soczyste "o ku*wa".

Myślałam, że ludzie wokół skończą się ze śmiechu.

#PM6cA

Historia z harcerstwa, bardzo krótka. Początek ma banalny, ale zakończenie piorunujące.
A było to tak:
Na obozie piekliśmy ziemniaki w ognisku. Najadłem się półsurowych i w nocy poczułem, że muszę natychmiast iść do ubikacji. I wtedy zaciął mi się zamek w śpiworze...
Kolega, który był ze mną w namiocie, myślał, że wybuchł wulkan.

#lYMGB

Krótka historia o tym, jak wpędzić dziecko w kompleksy i narazić na zaburzenia odżywiania.

Od dziecka słyszałam, że jestem gruba. Nie bezpośredni, ale rodzice często w "żartach" wspominali, że mam duży tyłek albo oponkę na brzuchu. Ja oczywiście w to wszystko wierzyłam, bo byłam mała. Czasami gdy przychodziła dalsza rodzina mówili mi, że jestem drobna, ale oczywiście rodzice automatycznie odbijali piłeczkę żartem w stylu "jaka drobna? patrz jaką ma dużą pupę".
Moja mama często wspominała, że chuda to jest moja koleżanka Monika. I od tamtej pory wzięłam ją sobie za wzór. Niestety nie wiedziałam, że Monika ma niedowagę i od przedszkola do gimnazjum zadręczałam się myślą, że nie mogę być tak "idealna" jak ona. Najgorzej było w okresie podstawówki. Często nie jadłam drugiego śniadania w szkole. W domu żywiłam się samymi zupami, sałatkami, jajkami i kanapkami z warzywami. Za każdym razem gdy chciano, bym zjadła mięso, robiłam awanturę, uciekałam do ogrodu albo płakałam.

Ostatnio znalazłam zdjęcia z tamtego okresu. Okazało się, że nigdy nie byłam gruba. Na zdjęciach z podstawówki wyglądam wręcz na zbyt chudą. Przy 165 cm wzrostu ważyłam wtedy 42 kg. Jedyne co zauważyłam to fakt, że w tym okresie miałam trochę szersze biodra niż koleżanki. Na szczęście u mnie obyło się bez psychologów i terapii. Mam prawidłową wagę i wiem, że nie jestem gruba. Ale niestety wiele dzieciaków nie wychodzi z tego tak ławo i to często, choć nie zawsze, jest winą rodziców.

#CQwF6

Moja mama nigdy nie miała wyczucia stylu. Cierpiałam na tym ja i moje rodzeństwo w czasach, gdy jeszcze byliśmy skazani na ubieranie się w jej "stylizacje".

Nie zapomnę jednego deszczowego dnia, kiedy to mama ubrała mnie tak, że wyglądałam jak jakieś bezdomne dziecko. Mało tego, po drodze ze szkoły wywaliłam się i moje i tak obciachowe spodnie dodatkowo zostały ubłocone. Tego dnia wracałam razem z mamą autobusem, zanim jednak do niego wsiadłyśmy, czekałyśmy na przystanku, ja siedziałam na ławeczce, a moja mama rozmawiała z jakąś babcią. W pewnym momencie starsza kobieta popatrzyła się na mnie, pokiwała głową, po czym powiedziała do mojej mamy (nie wiedząc, że jestem jej córką) "że też matka nie dopilnuje dziecka, kto to widział, żeby jak ostatni żebrak chodziło, aż serce się kraje"... Po tych słowach mama spaliła buraka, wsiadła ze mną do autobusu, który właśnie nadjechał i od tamtej pory rozważniej dobierała mi ubrania ;)

#CsvpO

Zaczęło się od tego, gdy wyprowadziłam się z domu do kawalerki. Miałam wówczas 21 lat i mieszkałam sama, nawet bez zwierząt.

Pamiętam, że była to jedna z pierwszych nocy w nowym mieszkaniu. Położyłam się do łóżka, przysypiałam już, gdy nagle poczułam jakby ktoś ciągnął mnie za nogi. Spanikowana od razu wstałam, ale nikogo tam oczywiście nie było. Kolejnym razem, ponownie przed spaniem, byłam pewna, że ktoś stoi w mojej łazience i woła mnie, żebym przyszła. Sprawdziłam to, łazienka pusta. Gdy zaczęły dziać się te dziwne rzeczy, chodziłam ciągle poddenerwowana, spałam przy zapalonym świetle i coraz rzadziej przebywałam w domu na noc. Jednak to nie pomagało, te dziwne sytuacje wręcz się nasiliły. Ciągle słyszałam pukanie w drzwi oraz głosy, które wydawały się jakby wydobywały się z szafy lub innych mebli. Treść też była dziwna, usłyszałam proszenie, abym zajrzała do szafy, a gdy podeszłam, wydobyło się z niej głośne "nie zbliżaj się!". Byłam strasznie wykończona, przestraszona, myślałam, że albo coś mnie nawiedza, albo tracę zmysły. Szczególnie że coraz częściej zaczęłam również widzieć dziwne rzeczy. Przykładowo siedziałam w salonie, drzwi od łazienki były uchylone i w momencie, gdy odwracałam się w stronę okna, kątem oka zdążyłam zarejestrować rękę wystającą z łazienki, która do mnie macha. Do tego nasilały się też głosy. Potrafiłam spanikowana wybiec z mieszkania, gdy usłyszałam paraliżujący głos, mówiący, że "pora zabić kogoś nieczystego".

I jeśli liczyliście na jakieś paranormalne podsumowanie, to niestety was rozczaruję. Gdy psychicznie nie dawałam już rady, powiedziałam o wszystkim siostrze. Ta tego samego dnia zabrała mnie do psychiatry. Diagnoza? Schizofrenia paranoidalna, ciężki przypadek. Lekarz powiedział mi, że choroba mogła być wyciszona i uaktywnić się dopiero przy stresie albo nagłych zmianach w życiu (wyprowadzka). A wyciszona dlatego, że w mojej rodzinie jest kilka osób z tą chorobą i po prostu odziedziczyłam skłonności do niej. Co do dalszego przebiegu historii - trafiłam od razu do szpitala psychiatrycznego, tam spędziłam miesiąc. Dobrano mi odpowiednie leki i po prostu poczułam się lepiej. Teraz mogę normalnie funkcjonować, choć czasem choroba daje o sobie znać, szczególnie gdy mam dużo stresu czy zmartwień albo się bardzo denerwuję.

#HY3pm

Jestem mężatką od 15 lat, w sumie jesteśmy razem niemalże 20. Prawie wszyscy znajomi oraz rodzina żyją w przekonaniu, że jestem bezpłodna i dlatego nie mamy dzieci.

Prawda jest jednak taka, że po prostu ich nie chcemy. Dobijamy 40. i nigdy żadne z nas nie chciało mieć dziecka, pod tym względem się dobrze dobraliśmy. Nasi bliscy jednak tego nigdy nie rozumieli - w końcu jednak, znudzeni i wkurzeni odpieraniem zarzutów typu "odmieni wam się, kiedyś będziecie tego żałować" itp. oznajmiliśmy smutnym tonem wszystkim wszem i wobec, że jestem bezpłodna, a dzieci adoptowanych nie bylibyśmy w stanie pokochać (to drugie, o ironio, większość ludzi jest w stanie bardzo szybko zaakceptować!).

Trochę boli mnie, że musimy się posiłkować tym kłamstwem, szczególnie względem naszych rodziców, ale ciągle awantury o brak wnuków i zarzuty, że jesteśmy bez serca i umrzemy samotni, naprawdę dały nam w kość.

#w2gOZ

Przeczytałam jeden komentarz, gdzie autor pisze, że omal nie spalił domu kilkadziesiąt lat temu i mi się coś przypomniało.

Jak miałam 5-6 lat, mieszkaliśmy na wsi w starym pałacu. Mieszkały tam też 2 rodziny i babcia. Była ona bardzo stara i miała problemy psychiczne. Był też ogromny, wspólny strych na samej górze. Często się tam bawiłam. Któregoś dnia jak zawsze spędzałam czas na strychu, tym razem ze starszą siostrą. Bawiłyśmy się zapalniczką, podpalałyśmy rogi kartonów z ubraniami (było ich tam mnóstwo) i od razu gasiłyśmy. To było jakoś przed południem. Zabawa się znudziła i wybyłam na cały dzień na dwór z dziećmi sąsiadów. U nas to było normalne jak dzieci znikały na cały dzień na wsi, bo każde się znało i każdy siebie nawzajem pilnował.

Nie pamiętam później jak było dokładnie, ale do dziś pamiętam, jak wracałam do domu, bo zaczął padać mocny deszcz. Cały dach pałacu płonął. I to okrutnie. Głośne trzaski, ogień. Mój mózg stwierdził, że to meteoryty. Byłam przerażona. Nie mogłam znaleźć rodziców, więc pobiegłam do tłumu gapiów i tam znalazłam siostrę. Babcię sąsiedzi wyciągali siłą, bo stwierdziła, że to jej dom i ona w nim umrze. Ogólnie katastrofa. Pożar 2 pełne dni. Nic z pałacu nie zostało.
Chciałam nakreślić sytuację, żeby móc napisać o co dokładnie mi chodzi w tym wyznaniu.

Otóż cały czas byłam pewna, że to ja spaliłam dom. Wszyscy mówili, że to właśnie ta babcia paliła w piecu trocinami i ogniem zajął się najpierw komin, a później reszta. Nie wierzyłam w to nigdy. Wierzyłam mocno, że to ja byłam winna. Tak mocno, że przez 10 lat nikomu o tym nie powiedziałam. Nawet po tych 10 latach jak ktoś wspominał o pożarze, bałam się. Dopiero jakieś 3 lata temu przyznałam się mamie. Mama się zaśmiała i powtórzyła wersję z kominem. Ulżyło mi, że to z siebie wyrzuciłam, ale i tak wciąż nie jestem tego taka pewna, mimo zapewnień innych, że to wina starszej pani.

#PGJwz

Nie cierpię swojej teściowej i teścia. W sumie nic w tym anonimowego, ale mnie ta nienawiść zżera od środka i niszczy. Tak, tak, jestem ofiarą swojej własnej "złej energii". Nie umiem ich polubić, bo kiedyś bardzo mnie krzywdzili swoim zachowaniem. Kisnę wewnętrznie, gdy chcą odwiedzić nas i bawić się z moją córką. Niby mnie przeprosili, mąż mówi, by nie chować urazy dla dobra rodziny, ale ja nie umiem. Wychodzę z domu, gdy oni przyjeżdżają, gdy teściowa składa niezapowiedziane wizyty a męża nie ma, to udaję, że dom jest pusty i po prostu jej nie wpuszczam. Męczę się dwa razy do roku podczas urodzin córki i męża, bo jak to by było, by ich nie zaprosić? Błagałam męża o wyjazd w tym czasie, by nie musieć spotykać się z nikim, ale on chce urodziny spędzić rodzinnie - on, ja, córka, jego rodzice, moi rodzice, wszystkie babki i dziadkowie oraz nasze rodzeństwo. Mówi, bym nie przesadzała, a ja naprawdę nie umiem wybaczyć kilku lat upokorzeń i jawnej niechęci z ich strony, która wygasła tylko przez to, że mają wyczekaną wnuczkę.

Najgorsze jest to, że mimo że nic złego o nich nie mówię, to córka chyba wyczuwa moja postawę i ją przejmuje. Jest wycofana w kontaktach z nimi, a ja... Ja mam ogromną radość z tego, chociaż nigdy nie przyznam się do tego mężowi.
Dodaj anonimowe wyznanie