Kiedy byłam mała, to dostałam od mamy takie stemple w kształcie misiów. Mogłam je robić w kolorze czerwonym, niebieskim i zielonym... Dla mnie to było coś wspaniałego i potrafiłam spędzać całe dnie na stawianiu pieczątek na karteczkach.
Pewnego dnia mój tato postanowił odświeżyć salon, malując ściany na biało. Odsunął rogówkę i zaczął malować pierwszą ścianę. Później oczywiście zaczął malować ścianę prostopadłą, no i tutaj się pojawiam ja i moje misie. Ja byłam niska, a rogówka wysoka, więc kiedy tato zaczął malować kolejną ścianę, to postanowiłam wziąć moje misie i zrobić piękny szlaczek z kolorowych misiów. Raz czerwony, dwa zielone... tu niebieski. Powstała linia na ścianie, około 3 metry, miś przy misiu. Kiedy tato skończył malować pokój, to dopiero wtedy zainteresował się gdzie jest dziecko. Zaczął mnie wołać, a ja dumna wyszłam zza rogówki i mówię "tata, patrz"...
Każda próba zamalowania misiów kończyła się tym, że po wyschnięciu farby misie powracały. A moja przygoda z pieczątkami skończyła się raz na zawsze.
Wybrałam się kiedyś na randkę z chłopakiem, który pochodzi ze Śląska. Ważne jest to, że ja pochodzę z innego regionu Polski, więc śląski język czy gwara jaką się posługują nie były mi zbytnio znane.
Poszliśmy do przytulnej restauracji.
On nawet niczego sobie - miły, sympatyczny, z poczuciem humoru. W pewnej chwili pomyślałam sobie, że nawet jest w pewnym sensie w moim guście.
Kwiatki, winko, kolacja przy świecach. Idealnie!
Czar prysł, kiedy w owej restauracji mój prawie ideał z szerokim uśmiechem na twarzy powiedział mi:
- TY ŻEŚ DZIOUCHA JEST DUPNO!!!
Pierwsze co przyszło mi do głowy, to strzelić mu w pysk i wyjść.. i tak zrobiłam.
Dopiero później, kiedy byłam już w domu, zadzwoniłam do mojej przyjaciółki się wyżalić i opowiedzieć jej o całej sytuacji. Dopiero ona mnie uświadomiła, co to znaczy DUPNO DZIOUCHA.
Na pewno nie jest to ktoś, kto ma gruby tyłek.
Kiedyś w szkole średniej, na lekcji psychologii, omawialiśmy zagadnienie pewności siebie. Ja sama nigdy zbyt dowartościowana nie byłam, ale zawsze lubiłam motywować i wspierać innych.
W klasie była także koleżanka, bardzo ładna, ale miała się za śmiecia. Nie chodziła smutna i, jak to się mówi, w depresji, ale gdy przychodziło co do czego, pokazywała to drugie, smutne oblicze, które ujawniła podczas zajęć.
Wracając do domu (a większość klasy jeździła autobusami) zauważyłam, że koleżanka miała czerwone oczy, ledwo powstrzymywała łzy. Ogólnie rzecz biorąc nie należała ona do grona moich znajomych, ale poczułam, że powinnam do niej chociaż napisać i odrobinę wspomóc psychicznie.
Od razu po powrocie do domu napisałam jej wszystko co o niej myślałam, że jest śliczna, miła i ma piękny uśmiech. Dopisałam na końcu, że nie ma powodów do kompleksów i że powinna bardziej w siebie wierzyć. Odpisała jedynie "dziękuję", i przez kilka lat ta kwestia pozostawała zamknięta.
Aż do dzisiaj.
Spotkałyśmy się przypadkowo na ulicy. Tak jak z większością byłej klasy, myślałam, że wystarczy zwykłe "cześć" (zwłaszcza że w ciągu wszystkich trzech lat chodzenia razem do klasy rozmawiałyśmy ledwie kilka razy), dlatego zdziwiłam się, gdy ta mnie przytuliła. Nie ukrywam, byłam w szoku, ale ona zaraz wyjaśniła, dlaczego tak zareagowała.
Powiedziała, że tego właśnie dnia, na lekcji psychologii stwierdziła, że nie ma sensu żyć, była tak słaba psychicznie, że nie dawała rady. Nie miała do kogo pójść, bo ukrywała swój rzeczywisty stan nawet przed przyjaciółmi. Gdy wróciła do domu, chciała ze sobą skończyć, rodzice mieli wrócić wieczorem, dlatego miałaby gwarancję, że nikt jej nie uratuje. Ale wtedy do niej napisałam, i to sprawiło, że zrezygnowała. Wszystkie te cechy, które przypisywała jej klasa podczas zajęć nie były tyle warte, co kilka szczerych zdań.
Po odczytaniu wiadomości popłakała się i zrezygnowała z próby samobójczej.
Dziś jest szczęśliwa, przynajmniej na taką wyglądała. Ma narzeczonego, kończy studia i niedawno dostała pracę.
Powiedziała, że gdyby nie ja, nie byłoby jej tu teraz, ale ja się z tym nie zgadzam. Uważam, że osiągnęła to tylko dzięki własnej sile i wytrwałości, bo ja tylko napisałam kilka zdań, a każdy ma w sobie siłę, tylko czasami nie umie jej odkryć.
Pamiętajcie, zawsze jest powód by żyć, tylko czasami, w chwilach załamania, nie umiemy go dostrzec.
W moim domu rodzinnym zawsze panowała zasada, że to mężczyzna rządzi, a kobieta ma być uległa, posłuszna i na każde zawołanie swego pana. Moich rodziców tak wychowano, więc owe zasady próbowali także wpoić mi i mojej siostrze. No niestety, ani mi, ani jej nigdy to nie pasowało, buntowałyśmy się, bo to co nam wpajano było dla nas irracjonalne. Np. sytuacje, gdy ojciec leżał na kanapie przed TV, a nam i matce rozkazał posprzątać cały dom. Albo gdy mieli problemy finansowe i ojciec uznał, że jego nowa konsola jest ważniejszym wydatkiem niż leczenie zęba mamy.
Moja matka zawsze godziła się na to wszystko. Ojciec był dla niej jak wyrocznia, żadnej decyzji nie potrafiła podjąć bez niego. Zresztą nawet nie mogła. To wszystko miało smutne zakończenie, bo gdy dorosłyśmy z siostrą i każda poszła na swoje, ojciec zabronił matce się z nami kontaktować. Przypuszczamy, że chodziło to, że był zły, że "zerwałyśmy się ze smyczy" oraz zazdrosny, że powodzi nam się lepiej niż jemu, a przecież jesteśmy kobietami.
I tak przez dobre kilka lat nie miałyśmy żadnego kontaktu z rodzicami. Aż pewnego dnia u progu moich drzwi stanęła matka. Wyglądała jak wrak człowieka. W skrócie opowiedziała, że odkąd nas nie ma w domu, ojciec wyżywa się na niej, bije ją i znęca się psychicznie. Na moje pytanie czemu tak późno przejrzała na oczy, ta stwierdziła, że kilka miesięcy temu zdiagnozowano u niej raka, a ojciec nie pozwala jej się leczyć i ona już nie daje rady. Cóż, mogłabym zakończyć to wyznanie mówiąc, że uratowałam mamę przed ojcem zwyrodnialcem, ale nie do końca tak było. Mama zmarła kilka miesięcy po tym, odkąd się u mnie zatrzymała, a ojciec na pogrzebie podczas przemowy bez cienia skrępowania ogłosił, że dobrze się stało, bo matka była nieposłuszna wobec niego. Dlatego jedyne co mogę dodać na koniec, to,abyście uważały na mężczyzn z takimi poglądami jak mój ojciec. To nigdy się dobrze nie kończy.
Mając naście lat sporo imprezowałem, a że rodzice często wyjeżdżali na wakacje i zostawiali mnie samego (bo chciałem), to chętnie organizowałem w domu jakieś bajlando.
Pewnego razu kiedy spałem słodko na srogim kacu usłyszałem dzwonek do drzwi i chociaż nie miałem za bardzo siły, poszedłem otworzyć. Będąc w samych bokserkach, wystawiłem przez szparę w drzwiach głowę i zobaczyłem dwie młode dziewczyny (w moim wieku mniej więcej). Zaczęły mi nawijać o Bogu itp., więc już po kilku chwilach zrozumiałem, że to młode świadkowe. Chciały wejść do środka pogadać, ale oponowałem jednak, że nie najlepszy moment, a one, że właśnie najlepszy, bo kiedy niby? Według mnie pobojowisko po imprezie to nie najlepsze warunki na przyjęcie takich bogobojnych dzieciątek.
Te jednak nie odpuszczały, mamiły mnie miłością Boga, wspólnotą etc. No i się złamałem. Otworzyłem szerzej drzwi, a kiedy weszły zatrzasnąłem je i przekręciłem klucz.
Jakie było ich zdziwienie, kiedy odkryły, że stoję w samych majtkach, a ich oczęta ujrzały krajobraz iście karczemny. Nigdy w życiu nie widziałem, żeby ktoś tak szybko i słodko się zaczerwienił. Uciekały spojrzeniem, język im się plątał, jakieś niespokojne się stały.
Ja byłem gotowy na przyjęcie Boga, a one nie wiedzieć czemu straciły zapał. Pod pretekstem odwiedzenia mnie po reszcie sąsiadów ewakuowały się jeszcze szybciej niż weszły i nigdy ich już nie widziałem. A szkoda.
Kilka lat temu przyszło mi zmienić dane osobowe, zarówno imię, jak i nazwisko. Od tego czasu używam nowych danych nie zdradzając nikomu, że kiedykolwiek nazywałam się inaczej.
Wraz ze zmianą danych spodziewałam się zerwania kontaktu z bliskimi, jednak nie potrafiłam tego zrobić. Szczególnie przez pierwszy rok zdarzało mi się potrzebować ich pomocy finansowej, no i jestem do nich jednak trochę przywiązana, co skutkuje tym, że z niektórymi członkami rodziny mam pewien sporadyczny kontakt. Z pewnych powodów nie chcę im podawać moich nowych danych, więc od 2016 roku mam dwie tożsamości, starając się, by osoby znające mnie jako X nie dowiedziały się o Y i vice versa. Z tego powodu dalej trzymam stary dowód osobisty, a na Facebooku mam dwa profile.
Nie jest to specjalnie trudne, kiedy mieszka się w zupełnie innym mieście niż większość życia, a to wszystko bardzo mnie bawi, mimo że nie podoba mi się, że zostałam zmuszona prowadzić taki tryb życia.
Obie "tożsamości" zna tylko jedna osoba.
Kiedy miałam 13-14 lat, to moja mama musiała często wyjeżdżać na kilka dni, a czasem nawet na dłużej. Zostawałam wtedy w domu sama z tatą (nie mam rodzeństwa). On ogarniał wszystko inne, a ja miałam podlewać kwiatki, których w domu było całe mnóstwo, bo mama je uwielbia. Tata nie chciał tego robić, bo mówił, że nie umie i zawsze podleje za dużo albo za mało. Ja też nie lubiłam tego robić, bo wydawało mi się wtedy, że jestem taka cool i w ogóle super, a to takie nudne i głupie zajęcie. Robiłam to jednak, bo rodzice kazali.
Najbardziej nienawidziłam podlewać takiej dużej paprotki, bo stała wysoko i zawsze musiałam ją zdjąć (nie była aż taka ciężka), a wtedy leciały z niej takie małe listki. Wpadały w najmniejsze zakamarki, a ja musiałam to sprzątać.
Wpadłam więc na szatański pomysł. Któregoś dnia zrzuciłam tę paprotkę. Doniczka się rozbiła, a roślina częściowo się połamała. Cała winę zwaliłam na kota.
Gdyby mama była w domu, to pewnie by uratowała tego kwiatka, ale jej nie było. Tata stwierdził, że z tego to już nic nie będzie i wyrzucił paprotkę.
Kiedy mama wróciła, to była nieźle zła, ale zapewnialiśmy ją, że to wina kota i nic nie dało się zrobić. W końcu jej przeszło. Kupiła sobie dwie nowe paprotki, ale sporo czasu minęło, zanim urosły do rozmiarów tamtej.
Teraz jestem już dorosła i się wyprowadziłam. Co ciekawe, w mieszkaniu mam całkiem dużo kwiatów, bo teraz też je lubię, w tym także dużą paprotkę. A jakże! Kiedy wyjechałam na wakacje, to poprosiłam mamę, żeby je podlewała. Zgodziła się bez problemu. Kiedy wróciłam, wszystko było dobrze, ale nigdzie nie było mojej paprotki! Pytam mamy, o co chodzi. Ona mi na to, że niestety musiała ją wyrzucić, bo kot ją zrzucił i się zniszczyła.
Dopiero wtedy zrozumiałam, jaka kiedyś byłam głupia. Świetnie rozegrane, mamo.
Ja nie mam kota...
A paprotce nic nie jest. Mama za bardzo kocha rośliny, żeby jakąś celowo zniszczyć. Po prostu zabrała kwiatka do siebie do domu i przede mną ukryła, żeby dać mi małą nauczkę. Wszystko już wróciło na miejsce.
Jak studiowałem, na początku roku akademickiego powiesiłem na wydziale ogłoszenie o zebraniu rodziców studentów pierwszego roku. Wyglądało jak inne ogłoszenia dziekanatu.
Niektórzy dali się nabrać. Kilkoro rodziców chodziło potem po budynku, szukając rzekomego zebrania.
Pracuję w sklepie spożywczym i czasem ludzie mnie naprawdę zadziwiają swoim tokiem myślenia.
Kiedyś musiałam iść do pracy w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia.
Przychodzi kobieta i mówi do mnie:
- Jak to tak można pracować, przecież są święta...
A potem rozgląda się i prosi o 2 kg ziemniaków.
Nos od zawsze był powodem moich olbrzymich kompleksów. Jako dziecko nie zdawałam sobie sprawy z jego "inności", dopiero około 8-9 roku życia usłyszałam pierwsze prześmiewcze komentarze, po których przyjrzałam mu się dokładniej - i faktycznie, był cholernie duży i, jakby tego było mało, lekko przekrzywiony. Sprawa dodatkowo pogorszyła się na początku gimnazjum, gdzie na lekcji wychowania fizycznego oberwałam piłką w twarz i w wyniku tego pojawił się na nim garb.
Myślę, że z tego powodu od dziecka jestem osobą skrytą i bardzo, bardzo nieśmiałą. Skończyłam studia, ale przez kompleksy nie byłam w stanie być w normalnym związku dłużej niż 2-3 miesiące, bo byłam po prostu pewna, że moim partnerom chodzi tylko o seks, "przecież nikt nie chciałby takiej brzydkiej żony". Naprawdę przez całe życie czułam się gorsza, a teksty w stylu "pokochaj siebie taką, jaka jesteś" wywoływały u mnie wręcz odruch wymiotny. Nawet tutaj nie potrafię się do końca uzewnętrznić i opisać koszmaru, jaki przeżywałam.
Wyjścia były dwa - nauczyć się z tym żyć albo przejść operację korekcji nosa. Wybrałam to drugie. Moje życie CAŁKOWICIE się odmieniło. Jestem o wiele bardziej pewna siebie, bez zażenowania potrafię spojrzeć w lustro, spotykam się z mężczyzną, z którym mam nadzieję stworzyć trwalszy związek.
Mój nos jest teraz całkowicie przeciętny, nie za mały, by nie wyglądał sztucznie, bo akurat tego fanką nie jestem - maluję się lekko, nawet tipsów nigdy nie miałam, wolałam zadbać o własne paznokcie.
I tutaj przejdę do sedna, a mianowicie do reakcji otoczenia na tę olbrzymią zmianę. Przez krytyczne uwagi "przyjaciółek", z którymi kontakt już powoli urywam, zdałam sobie sprawę z tego, że opinia w Polsce na temat operacji plastycznych jest dla mnie po prostu niezrozumiała. To naprawdę dołujące, kiedy ogląda się coś w tv, a z ust koleżanki pada tekst "biust sobie zrobiła pewnie, sztuczna k*urwa".
Nie rozumiem. Nie widzę nic złego w operacjach, nie mam tutaj na myśli osób totalnie "wyrzeźbionych" przez chirurga, ale takie, którym dany zabieg naprawdę zmienił życie na lepsze. Jeśli twoja koleżanka skoryguje biust czy odstające uszy, wesprzyj ją, bo prawdopodobnie musiała mieć dobry powód, by to zrobić.
Dodaj anonimowe wyznanie