Jestem kobietą, mam 35 lat i nie chcę mieć dzieci. Od dziecka uważałam, że bycie matką nie jest dla mnie. I to nie tak, że dzieci nie lubię, bo z cudzymi dziećmi mogę się pobawić lalkami czy pobudować z klocków. Po prostu nie czuję powołania, by mieć własne.
W związku z tym od zawsze spotykałam się z niezrozumieniem ze strony otoczenia.
Ostatnio zaczęłam rozwijać swoją firmę i robię karierę pełną parą. Jednocześnie dowiedziałam się od osób trzecich, że usunęłam pewnie już kilka ciąż, żeby nie zagroziły mojej karierze. Że co, proszę? Ja nigdy w ciąży nie byłam! No ale wszyscy naokoło wiedzą lepiej ode mnie i rozpowszechniają te plotki, stawiając mnie na równi z kryminalistką. Próbowałam to olać, ale nie jest to takie proste, kiedy już od którejś osoby słyszę "a tak między nami, to w Polsce chyba nie pozwalają na usuwanie ciąży, to gdzie to zrobiłaś? Miałaś na to kasę?".
Siła plotek jest ogromna i niestety już ją odczuwam. Znajomi, którzy uwierzyli w te brednie odwracają się ode mnie, wytykają palcami, krzywo patrzą. Jedna z koleżanek w miejscu publicznym wyzwała mnie od morderczyni, wykrzyczała mi w twarz, że powinnam się wstydzić usunięcia tylu ciąż, ludzie, którzy to słyszeli zabijali mnie wzrokiem. Pytam ilu ciąż, ona odparła, że nie wie, ale słyszała, że dużo.
Zastanawiam się, czy nie załatwić sobie od ginekologa papierka, że nigdy nie byłam w ciąży. Nie wiem, czy to w ogóle można jakoś potwierdzić, czy ginekolog jest w stanie to sprawdzić i wydać zaświadczenie. Chciałabym tym znajomym jakoś zamknąć mordy i żeby raz na zawsze dali mi spokój, bo boję się, że te plotki mogą zniszczyć mi życie. Już niemal niszczą, bo to wszystko rozchodzi się coraz dalej. Mogłabym się nie przejmować, ale to nie jest takie proste, kiedy widzę, że kolejna osoba udaje na ulicy, że mnie nie zna.
Ostatnio pytałam znajomych, czy mogliby mi wyświadczyć przysługę i przewieźć autem mebel, który chciałam odkupić po okazyjnej cenie - proponowałam zapłatę za przewóz. W odpowiedzi usłyszałam "jak stać cię na usuwanie dzieci, to stać cię na samochód".
Nie mam już sił.
Zawsze gustowałam w starszych mężczyznach. Sporo starszych. Wychowałam się bez towarzystwa rówieśników, więc potem ich rozmowy zwyczajnie mnie nudziły. Wolałam towarzystwo dorosłych, inaczej się wypowiadałam. A i wyglądałam na starszą i poważniejszą niż byłam.
Jako siedemnastolatka poznałam faceta. Ponad 30 lat starszego. I przepadłam. Był dowcipny, charyzmatyczny i przystojny. Wcale nie wyjątkowo bogaty. Początkowo traktowałam go jak kogoś w rodzaju mentora. Dużo rozmawialiśmy, on stał się moim najlepszym doradcą i przyjacielem. Potem - co tu dużo mówić. Po 3 latach przeszło to w coś więcej. Kochałam go i bałam się przyszłości. Bo kto na nas spojrzy poważnie? Zwłaszcza że on jeszcze wtedy był żonaty. Ba! Dzieciaty też. A jego syn jest starszy ode mnie.
To potoczyło się szybko. Rozwód, żona wyprowadziła się do innego. Ja czułam się paskudnie - w końcu rozbiłam małżeństwo. Biłam się z myślami - czy mnie zostawi? Co zrobię z upływem lat? Jak zareagują rodzice? Czy to ma sens? No ale w wieku 21 lat zaszłam w ciążę. Wzięliśmy ślub - szybko, może nawet bez namysłu. Początki były trudne - pretensje rodzin, wytykanie palcami, docinki. Nikt nie traktował mnie poważnie. Obiecałam sobie, że nie będę się tym przejmować.
Urodziłam córeczkę. Studiowałam, gdy on zajmował się małą (pracował wtedy w domu). Z niego też się śmiano, ale gdy patrzyłam na niego, wierzyłam, że warto. Potem i ja znalazłam pracę. Rodzina zaczęła odnawiać kontakty (przynajmniej niektórzy).
Wiele nocy przepłakałam w obawie o jutro. A on zawsze był przy mnie. Nigdy nie poznałam wspanialszego mężczyzny.
Jesteśmy już razem 10 lat. I wiecie co? Wiedziemy normalne życie. Nasza córka za rok idzie do 1 klasy. Różnica wieku ani trochę nam nie dokucza. Wiemy, że na razie. Ale pomimo tego nigdy nie zamieniłabym go na nikogo innego. Jestem świadoma tego, co mnie czeka. Czas spędzony razem jest tego wart.
Możecie mnie osądzać, ale ja nie czuję się winna. I jestem pewna, że nasza relacja to nie jest chwilowy romans.
Zawsze byłam bardzo dobrą uczennicą, nielubiącą projektów grupowych.
Ze względu na fakt, że dobrze się uczyłam, każdy chciał być ze mną w grupie.
W gimnazjum nauczyciel z historii wymyślił akademię o II wojnie światowej, którą przygotować miały trzecie klasy (co roku był inny temat).
Grupy po pięć osób miały przygotować prezentację, np: obrona Westerplatte, bitwa nad rzeką Bzurą czy bitwa o Anglię, byłam w grupie z Maćkiem, Antkiem, Kamilem i Olą.
Chłopaki byli zagrożeni jedynką na koniec roku z historii, a Ola to trójkowa uczennica. Nauczyciel obiecał, że jeśli prezentacje będą dokładne, uczestnikom podniesie oceny z przedmiotu. Teoretycznie chłopakom powinno zależeć na zrobieniu naprawdę dobrej pracy.
Ja miałam znaleźć wszystkie informacje i ciekawostki na temat naszego zagadnienia, chłopcy wydrukować kilka zdjęć z internetu, a Ola to wszystko fajnie "przykleić" na planszę.
I jak zwykle, okazało się ostatniego dnia, że chłopcy nie mieli czasu na wydrukowanie zdjęć, a Ola nie może przyjść do mnie po artykuły i inne rzeczy, które znalazłam na temat naszej pracy i nie "sklei" tego w całość.
Standardowo ja zrobiłabym całą pracę sama, a na drugi dzień przedstawiłabym ją nauczycielowi z grupą. Nie tym razem.
Do szkoły przyniosłam teczkę z moją częścią pracy i przedstawiłam ją nauczycielowi.
Jako że wykonałam część pracy, nauczyciel postawił mi 5, Ola i chłopaki dostali po jedynce, co skutkowało, że Maciek, Antek i Kamil nie zdali.
Na szczęście to był koniec roku, a do liceum poszłam do innego miasta, bo nie miałabym życia w gimnazjum.
Ale nie żałuję.
Anonimowe?
Wiedziałam, że jeśli przyniosę tylko moją część pracy, to nauczyciel ze względu na to, że mnie lubił i tak postawi mi dobrą ocenę.
Po drugiej klasie gimnazjum, ponad dekadę temu, jedna z naszych nauczycielek przeszła na emeryturę. W zastępstwie za nią zatrudniono wyjątkowo wstrętną babę; która, zamiast na prowadzeniu lekcji, skupiała się głównie na wymyślaniu nam wszystkim od najgorszych - "a po co ja się tu produkuję, skoro jesteście zbyt tępi, żeby cokolwiek zrozumieć", "i tak nigdy niczego nie osiągnięcie" itp. Próby interwencji ze strony rodziców spełzły na niczym, ponieważ osoba okazała się być blisko spokrewniona z dyrekcją szkoły; ponadto nikt z nas nie dysponował wtedy telefonem z kamerą czy choćby zwykłym dyktafonem. A poza tym wszystkim przedmiot, którego "uczyła" kończył się nam wraz z pierwszym semestrem trzeciej klasy; tak że nikomu nie chciało się robić większej afery.
No ale od czego są młode, żądne sprawiedliwości umysły! Udało nam się zdobyć jej prywatny numer telefonu (poprzez podsłuchanie, gdy dyktowała go innej nauczycielce) i stworzyliśmy kilkanaście ogłoszeń "TANIO WYNAJMĘ TOI-TOI", które następnie porozwieszaliśmy po mieście. Nie zmieniło to atmosfery na lekcjach, nie wiemy nawet, czy ktokolwiek do niej zadzwonił. Jednak satysfakcja była nie do podrobienia :)
W dzieciństwie zawsze zabierałem mojej młodszej siostrze czekoladki i słodycze. Mówiłem jej, że jak je zje, to będzie gruba, zatem jako dobry brat ja się dla niej poświęcę i sam je zjem. Przez lata w to wierzyła i mi je oddawała.
Kilkanaście lat temu oszczeniła się suka kolegi, więc wziąłem jednego szczeniaka, bo od zawsze lubiłem psy, a kolega nie miał co z nimi zrobić. Ładny mieszaniec husky i białego owczarka szwajcarskiego. Wziąłem najmniejszego.
I najgłupszego.
Gdy wracałem do domu, Aleks z euforii potrafił nie wyhamować na korytarzu i przywalić łbem w drzwi. Raz wybił w ten sposób szybę i nabił guza. Bał się własnych pierdów i burczenia w brzuchu, trzy razy wpadł pod samochód, wybiegając na ulicę. Kiedy się cieszył skakał tak, że się przewracał. Machając ogonem zawsze coś stłukł, wybierając się na spacer, ciągnął tak, że musiałem zmienić obrożę na szelki, bo się dusił. Na widok i dźwięk petard idiota zamiast się schować, czy, jak każdy zrównoważony pies, obserwować te dziwne kolorowe "cosie", ruszał na bój. Gdy tylko widział kota, musiał biec się przywitać, mimo że za tą przyjacielskość miał blizny na nosie. Gdy próbowałem nauczyć go komendy "siad", pojął w mig. Ćwiczyliśmy cały dzień, niestety rankiem przyszli do niego faceci w czerni. Amnezja totalna. Na widok odkurzacza dostawał albo euforii, albo był tak przerażony, że nie wiedział, gdzie się schować. Podczas schodzenia ze schodów myliła mu się prawa łapa z lewą. Spadał z łóżka, bo rzucał się jak opętany. Inne psy go nie lubiły. Zjadł sztucznego kwiatka. Kiedy po randce poszedłem z dziewczyną do domu, zwymiotował na jej sukienkę. Cholernie drogą sukienkę. Kilka razy byłem z nim u weterynarza, bo zatruł się trutką na krety albo wypił psi szampon. Przyzwyczaił się do jednego weterynarza, więc na szczepieniu, kiedy miał się nim zająć inny lekarz, ze stresu go obsikał. Za to gdy słuchałem z nim rocka, był najspokojniejszym psem na świecie. Uwielbialiśmy oglądać razem filmy. Przeszkadzał mi podczas gry. Gdy umawiałem się z jakąś dziewczyną, poddawał ją ocenie. Dosłownie wybierał mi dziewczyny (za co mu dziękuję, bo nigdy nie poznałbym bez niego tak wyjątkowej osoby, jaką jest moja dziewczyna). Potrafił tarzać się w błocie godzinę. Nie lubił kąpieli. Nie przychodził na zawołanie.
Nagle dostał bardzo silnego zapalenia stawów. Podziwiam go za tę siłę, że mimo wszystko, gdy ledwo mógł stać, zawsze podnosił ogon i nieudolnie merdał.
Dziś go uśpiłem. Lekarze nie dawali szans na wyleczenie, zresztą były nawroty. A ja chciałem oszczędzić mu cierpień. Zmarł w ciszy, w wieku 14 lat. W oczach widziałem "Dziękuję. Za wszystko".
Chodzę po mieszkaniu, czując uczucie pustki i samotności. Nie mogę się pozbierać, płaczę. Słyszę jego sapanie, szuranie pazurów po podłodze i to jakby mruczenie, gdy był szczęśliwy. Dla niektórych był głupim psem. Dla mnie najlepszym przyjacielem... który odszedł. I nie wróci.
PS Aleks, chłopie, trzymaj się tam. Tylko nie roznieś całego nieba! Nie mam zamiaru rozliczać się z Bogiem za twoje szkody!
Jestem położną. Przyjmowałam dzisiaj poród trojaczków. Położnica trafiła już na takim etapie akcji porodowej (pierwsze dziecko już niemalże „wyszło”), że żadnych badań obrazowych, od razu porodówka… No i mama wielce zaskoczona, że rodziło się drugie… a potem trzecie.
Pytam potem „jak to, przecież na ostatnich kontrolnych USG musiało być widać, że to trojaczki”. „Nie, wie pani, ja nie chodziłam na badania, bo na NFZ robią byle jak, a na prywatnie nie było mnie stać. No i widzi pani, nie chodziłam, a są zdrowe”.
No… Są. Miały szczęście. Ale ile mogło być powikłań przy takim porodzie? W świetle dzisiejszej medycyny takich porodów nie prowadzi się naturalnie, za duże ryzyko! Ile mogło być problemów z dzieciaczkami możliwych do zażegnania jeszcze przed porodem (nawet operacje prenatalne już się przecież wykonuje). Zwłaszcza że (jak na wieloraczki przystało) urodziły się nieco wcześniej niż w terminie… A przynajmniej domniemanym terminie, bo przecież nawet terminu ustalonego nie miała…
XXI wiek.
Wczorajszy dzień był dniem, w którym najadłam się wstydu jak nigdy. Patrzę na to trochę z przymrużeniem oka, ale jednak niesmak pozostał...
Zaplanowana wizyta u ginekologa na rutynowe badania, przychodzę, kolejka jak stąd do kosmosu. Czekam. Nudzi mi się, bo internet w telefonie się zbuntował, kolejka idzie jak krew z nosa.
Usnęłam... Obudziłam się swoim własnym chrapaniem, patrzę na zegarek - no może 3 minuty mi się kimnęło, jakaś pani na wprost po cichutku się śmieje patrząc na mnie. No to ja już wiedziałam, że chrapanie było porządne. Twardo siedzę, myślę tylko o tym, żeby znowu nie usnąć. Niestety, sen był silniejszy ode mnie. Obudziłam się po głośnym wołaniu mojego nazwiska przez lekarza, zerwałam się i lecę, zdążyłam zauważyć, że siedzenia nieco się przerzedziły, tak że pewnie charczałam jak dzik.
Weszłam zaspana do gabinetu i lekarz od razu do mnie z pytaniem, które mnie zastrzeliło
- No to jak u pani jest z sikaniem?
Trochę zdębiałam, bo nie za bardzo wiedziałam o co mu chodzi, ale pomyślałam, że to może jakieś rutynowe pytania, więc dialog przebiegał dalej
Odpowiedziałam:
- Dobrze.
- Sika pani normalnie czy ma jakieś problemy?
- Nie zauważyłam, żeby coś było nie tak
- No a jak tam macica?
- No chyba wszystko z nią w porządku....
- A dziecko jak?
I w tym momencie dostałam wielkich oczu jak 5 złotych, patrzę na lekarza zdziwiona, bo przecież nie mam dzieci. Przez chwilę zaczęłam się zastanawiać, czy ja jeszcze śpię, czy co to się dzieje. Rozdziawiłam gębę i patrzę jak kretyn, a lekarz widać było, że z deczka zdenerwowany, pyta się:
- To chce pani tę operację czy nie!?
I w tym momencie się obudziłam i się pytam go bez zastanowienia:
- Jaka kurwa operacja?!
Lekarz zrobił takie same wielkie oczy jak ja i się pyta, jak mam na nazwisko. Okazało się, mam takie samo nazwisko jak inna pacjentka. OK.
Doktor przeprosił, ale to jeszcze nie koniec wizyty...
Leżę roznegliżowana na fotelu ginekologicznym, a tu nagle wchodzi bez zapowiedzi pielęgniarka, drzwi otworzyła na oścież i się pyta o jakąś pierdołę, spojrzałam i walnęłam się w czoło, lekarz w tym momencie pobierał materiał do cytologii, a ta dalej stoi w drzwiach. Lekarz w końcu się odwrócił i zobaczył to co ja.... Na korytarzu byli ludzie, którzy na bezczela zaglądali do gabinetu... I tak, nie byłam zasłonięta parawanem! Lekarz stanowczym głosem kazał wejść babce do gabinetu i zamknąć drzwi i nagle wpadł w jakiś szał... Tak się zaczął drzeć na pielęgniarkę, że tak się nie robi, że jest bez kompetencji, że ją zwolni... No ogólnie pojechał po niej jak po szmacie, a ona na to... "Ja chciałam tylko spytać..." Na co lekarz jej odpowiedział, żeby poszła się spytać o oferty pracy w urzędzie pracy, bo tutaj już nie pracuje.
Jak możecie się domyśleć, to była moja pierwsza i ostatnia wizyta tam.
O tym, jak próbowałem schudnąć.
Zacznijmy od tego, że w wieku 25 lat osiągnąłem "dumny" wynik na wadze 120 kg przy wzroście 186 cm. Czyli znacznie za dużo. Pożerając kolejną pizzę obiecywałem sobie, że od jutra zaczynam dietę i ćwiczenia. Już widziałem siebie jako tego Dawida o jędrnych pośladkach wymuskanych dłutem przez Michała Anioła, wierzyłem, że po osiągnięciu wymarzonej wagi będę chodzącym ideałem seksu. A w międzyczasie wcinałem hamburgera w macu. Jednak ciężko mi było z doborem ubrań, w które zmieściłyby się moje jakże seksowne pośladki dłuta Michaiła Aniołowa. To dobijało. Ale pała się wzięła i przegła, kiedy okazało się, że nie mieszczę się w mój ulubiony płaszcz. Szybka decyzja: dieta i ćwiczenia już w tym tygodniu.
Już dwa dni później wchodzę dumny na siłownię, brzuch solidarnie podskakuje w rytm moich pewnych kroków, w przewiewnym dresie czuję się jak bohater, którego potrzebuje moje miasto. Dookoła pełno kafarów, przeciętniaków, pięknych pań. I ja. Część osób patrzy na mnie, ja dumnie prężę wszystkie fałdy jako człowiek, który postanawia zmienić swoje życie właśnie w tym miejscu. I wtedy...
Potykam się o własną nogę. Z głośnym "Ooooooooooooooo" padam na tłusty ryjek. Aż poczułem, jak moje monumentalne sadełko odbija się od podłogi, po czym przygniata mnie siłą nieugiętej grawitacji. A temu wszystkiemu towarzyszy niewyobrażalnie głośny i śmierdzący bąk. Po prostu potwór. Zaczęło walić jakąś zgniłą kapustą. Jedyne, co moje usta są w stanie wygenerować, to kolejne "Oooooooooooooooo". Cisza. Wszyscy się na mnie patrzą. Szybka decyzja - wstaję. Odwracam się na plecy i próbuję się podnieść. I znowu. Kolejny grzmot, jeszcze gorszy. I natychmiastowy smród, jakby coś zdechło. Chcę krzyknąć PRZEPRASZAM! Zamiast tego... "Oooooooooooooooo". I macham rękami, jak wariat, próbując się jakoś podnieść. Wszyscy już patrzą na mnie z obrzydzeniem. Ale jedna dziewczyna się lituje i pomaga mi wstać, krzywiąc się przy tym od tego fetoru. Wstałem, pochylam się, żeby złapać oddech. Aż mnie pali ze wstydu, czuję, że jestem czerwony jak komunista, aż chce mi się płakać. Dziewczyna się pyta, czy wszystko gra. Ja się prostuję, chcę odpowiedzieć. I wtedy wydałem najgłośniejsze beknięcie, jakie się tylko da... Jak ostatnia świnia. Dziewczyna natychmiast odchodzi, a ja przebierając na moich tłustych nóżkach opuszczam miejsce tragedii...
Nigdy się tak nie najadłem wstydu jak wtedy, ale nie poddałem się! Zacząłem ćwiczenia na innej siłowni, bez kolejnych przygód, udało mi się zrzucić 20 kg :) Przede mną jeszcze długa droga, ale się zawziąłem. Za to wspomnienie mojego pierwszego dnia wojny z sadłem przyprawia mnie o histeryczny śmiech :D
Mój dziadek zmarł z powodu choroby, gdy chodziłam do przedszkola. Oczywiście na pogrzebie stawili się wszyscy tłumnie - dzieci dziadka, wnuki i wnuczki. Wszyscy rzewnie płakali nad stratą.
Z racji sporej odległości, w jakiej dziadkowie mieszkali, nie spędzaliśmy u dziadków zbyt wiele czasu, przeważnie któreś święta i sporadyczne wizyty w ciągu roku, i przez to oraz młody wiek nie pamiętam go za bardzo. Pamiętam za to dokładnie, że nie lubiłam tam jeździć i to z jednego, konkretnego powodu. Mama na te wizyty mnie i młodszą siostrę zawsze stroiła w sukienki czy inne spódniczki, które dziadek nam z lubością zadzierał, gdy tylko znalazłyśmy się w zasięgu jego rąk i patrzył pod spód. Ale to przecież były "tylko żarty" i to takie zabawne, jak się małe panienki oburzają, próbując wyrwać dziadziowi spódniczkę z rąk...
O zmarłych ponoć mówi się dobrze albo wcale... O dziadku więc nie mówi się, że był pijakiem, tylko że lubił sobie wypić. Nie mówi się też, że molestował moje kuzynki, które zostawały wywożone do dziadków na wieś na wakacje. Dla mnie i siostry skończyło się to tylko takimi żartami - miałyśmy szczęście, że byłyśmy za małe, aby nocować same u dziadków.
Dodaj anonimowe wyznanie