Jako dziecko byłam zamkniętym w sobie brzydkim beztalenciem. Tak więc gdy pierwszy raz poszłam do szkoły, rodzice wpadli na genialny pomysł przywłaszczenia sobie innego dziecka. Upatrzyli sobie koleżankę z mojej klasy (ładną, utalentowaną, dobrze się uczącą) i postanowili ją zaadoptować. Zaadoptować? No nie do końca. Miała ona sześcioro starszych braci, więc jej mama wpychała ją do nas kiedy tylko miała okazję, by choć trochę odpocząć. Takim sposobem Ola przebywała u nas prawie codziennie. Gdy Ola szła na jakieś zajęcia, ja musiałam iść z nią. Wszystko tylko po to, by rodzice mogli traktować ją jak własną córkę. Zawsze przed i po tych lekcjach brali Olę do naszego domu, by odrobić lekcje czy zjeść obiad. Czułam się okropnie. Zawsze gorsza od niej, bo nigdy nie chciałam uczestniczyć w żadnych z tych dodatkowych lekcji. Nigdy nie starałam się być lepsza i nigdy mi na tym nie zależało. Zależało mi tylko na miłości rodziców.
W dni kiedy nie było u nas Oli, mama mnie biła, gdy pytałam o pomoc w pracy domowej, a o obiedzie mogłam jedynie pomarzyć.
Czara goryczy przelała się jednak kiedy w naszej lokalnej telewizji natrafiłam na reportaż o swojej szkole. Zaciekawiło mnie to, bo może akurat pokazaliby jakiś fragment ze mną lub kimś z mojej klasy. Okazało się jednak, że reportaż był na temat festiwalu dla rodzin, który się tam odbywał. Jakież było moje zdziwienie, gdy na ekranie zobaczyłam swoich rodziców oraz Olę (w roli ich córki) mówiących o tym, jak rodzina jest najważniejsza i takie imprezy są potrzebne.
Nie wiedziałam, że tam byli. Nie wiedziałam, że zabrali ją na ten festiwal, kiedy ja siedziałam w domu sama.
Gdy ich o to zapytałam tylko się zaśmiali.
Następnego dnia pobiłam Olę tak bardzo, że jej mama zabroniła nam się spotykać.
Nasza druhna drużynowa nawet na obozie nie uznawała naturalnych zapachów i co wieczór chodziła się kąpać nad jezioro. Pewnego razu postanowiliśmy ją podejrzeć. Była już w samych majtkach i staniku... i wtedy kolega Mariusz głośno pierdnął z emocji. Udało nam się uciec i obyło się bez żadnych konsekwencji, ale miejsce już było spalone.
Epilog:
Ponieważ nasze drogi się nie rozeszły, kolega Mariusz aż do końca technikum miał przydomek "Bum!".
Pozdrawiam Mariusza.
Poszliśmy z okazji rocznicy związku z chłopakiem do dobrej restauracji, gdzie, jak twierdził, zarezerwował stolik. Na miejscu okazało się, że ktoś zawieruszył rezerwację i wszystkie były zajęte. Kelner tłumaczył, że dopiero co zaczął zmianę, więc nie on zawinił, ale to nie przeszkadzało mojemu chłopakowi zrugać go od najgorszych, od debili, którzy żadnej szkoły nie umieli skończyć i teraz muszą latać z talerzami żarcia, a nawet tego nie potrafią dobrze robić (to jedno z łagodniejszych określeń)… Próbowałam mu przerwać i go uspokoić, ale nie zwracał na mnie uwagi. W pewnym momencie wrzasnął na mnie, że mam gościa nie bronić, bo on miał zamiar się oświadczyć, a przez tego je***ego ch**a nie ma jak.
No cóż… Oznajmiłam mu, że stolik nie będzie już do niczego potrzebny i wyszłam. Nie ma szans, żebym wyszła za człowieka, który nie szanuje innych ludzi i uważa się za kogoś lepszego od kelnera. Co niby jest urągającego w tej pracy? Chyba nawet wolę nie wiedzieć.
Drogie matki, poza tym, że macie dziecko, to jesteście jeszcze kobietami i partnerkami/żonami.
To tak wstępem...
Ostatnio na babskim spotkaniu zostałam okrzyknięta najgorszą matką roku.
Powód?
Bo moje dziecko nie jest na 1 miejscu, bo wyjeżdżam z mężem bez dziecka raz w roku, bo chodzimy na różne przyjęcia.
Moje tłumaczenia, że najważniejsze dla mnie jest moje zdrowie psychiczne i małżeństwo nic nie dały.
Mówiłam, że szczęśliwi rodzice to szczęśliwe dzieci, że co daje dziecko na pierwszym miejscu, skoro to samo dziecko widzi kłócących się rodziców i że takie dziecko na pewno nie jest szczęśliwe? Że lepiej wyjechać na tydzień z mężem i odpocząć, okazywać sobie miłość, cieszyć się sobą, niż pokazywać dziecku jak rodzice się kłócą, wyzywają, a może i podnoszą rękę na siebie.
Kiedy mówiłam dalej, że rodzicom dobrze zrobi wyjście raz w miesiącu bez dzieci na kolację i spacer, to myślałam, że mnie zjedzą.
Przecież to facet niech se idzie sam z kolegami, a kobieta powinna chodzić tylko z dzieckiem na spacerki i się nim zajmować, bo przecież dziecko na 1 miejscu i koniec kropka.
Dla nich ich faceci mogą nawet odejść i płakać nie będą za nimi, bo przecież dziecko najważniejsze...
W domu może być patologia, Ale dziecko najważniejsze i nie pojadą nigdzie sami, nie pójdą do fryzjera, nie wezmą się za siebie, bo jak można zostawić dziecko np. z babcią? Przecież jak matka kocha, to nawet pójdzie kupę robić z dzieckiem.
Jestem złą matką, bo dla mnie małżeństwo jest najważniejsze, bo z mężem chodzimy na randki, bo pojechaliśmy na wakacje sami (dziecko ma 5 lat i było u dziadków w domku), bo chodzimy na urodziny do znajomych bez dziecka (może z cztery razy w roku się zdarzyło). Nieważne, że my jesteśmy szczęśliwi, że nie popadamy w paranoję, że nie przechodziłam żadnej depresji i macierzyństwo dla mnie to nie praca. Jestem zła i koniec.
Nie mam już koleżanek. I dobrze, bo każde wyjście z nimi (trzy razy w roku) kończyło się tym, że po 40 minutach wracały do domu, bo ich faceci nie radzili sobie z własnym dzieckiem...
Dlatego kobiety pamiętajcie o sobie i swoim mężu. Jak wy będziecie szczęśliwi, to uwierzcie, że wasze dziecko będzie tak samo szczęśliwe jak wy! Jeżeli wy będziecie zmęczeni, zdenerwowani, to dziecko na pewno szczęśliwe nie będzie, nawet jak będzie na "pierwszym miejscu".
Jestem policjantką. Niedawno zostałam zmieszana z błotem, wyzwana od nieczułych służbistek za wlepienie mandatu starszej pani za przechodzenie przez jezdnię w niedozwolonym miejscu. Kobieta przechodziła dość ruchliwą ulicę, przeszła przez jej środek na skos, po czym, już chodnikiem, doszła do miejsca, w którym są pasy. Tak więc nie zyskała na tym zupełnie nic, a stworzyła tym samym duże zagrożenie nie tylko dla siebie, ale też dla innych. Gapie biadolili, że my serca nie mamy, że to starsza osoba, że na chleb czy lekarstwa teraz mieć nie będzie. Pewnie Wy też myślicie, że mogłam jej dopuścić? Otóż nie, a dlaczego? Już Wam opowiem.
To było kilka miesięcy temu, dostaliśmy zadanie zabezpieczanie miejsca wypadku drogowego. Śmiertelnego. Młody człowiek, praktycznie tyle co odebrał prawo jazdy, potrącił starszego pana na środku drogi szybkiego ruchu. Nie przekroczył dozwolonej prędkości, nie szalał, nie szarżował, po prostu jechał. Tego pieszego nigdy tam nie powinno być, kawałek dalej było przejście podziemne, które umożliwiało bezpieczne przejście na drugą stronę. Nie było tu winy kierowcy, nie było nawet rozprawy w sądzie. Ten młody człowiek nie mógł zupełnie nic zrobić, żeby uniknąć tego zdarzenia. A ja już wtedy wiedziałam, że jego twarzy i przerażenia na niej tak łatwo nie zapomnę. Jak się później okazało, to jeszcze nie był koniec tej historii.
Parę dni temu dostaliśmy kolejne zgłoszenie. Ktoś znalazł na strychy kamienicy młodego człowieka, powieszonego. Przybyliśmy z partnerem pierwsi na miejsce, żeby zabezpieczyć teren do przyjazdu kryminalnych, wydawało się to rutynową sprawą, nie raz już przyjmowaliśmy takie zgłoszenia. Tego człowieka obydwoje poznaliśmy od razu. Był to ten sam młody kierowca, który wtedy śmiertelnie potrącił człowieka.
Znaleźliśmy też list pożegnalny. Przepraszał w nim swoich rodziców, pisał, że nie jest w stanie dłużej żyć ze świadomością, że zabił człowieka. Miał zapewnioną pomoc psychologa, ale to nie pomogło. W dniu śmierci nie miał jeszcze skończonych nawet 19 lat.
I teraz wszyscy obrońcy tej starszej pani, postawcie się na moim miejscu. Choć jestem doświadczoną policjantką, widok tego chłopaka mam do dziś przed oczami. Wiem, jak wiele osób musi sobie radzić z taką samą traumą jak on, część podobnie jak on, nie daje rady. I nie pomaga świadomość, że jest się niewinnym, że nie było się w stanie nic zrobić. Świadomość, że się komuś odebrało życie potrafi człowieka zniszczyć.
A co jeżeli ta starsza pani, albo ktokolwiek inny, nie będzie miał za co kupić jedzenia, bo dałam mu mandat? Bardzo dobrze! Może następnym razem pomyśli zanim zrobi to samo, wyciągnie wnioski i mniej ludzi będzie musiało żyć ze świadomością, że zabiło drugiego człowieka...
Moja babcia całe życie spędziła na głębokiej wsi. To było skrajnie biedne, surowe i proste życie, z zasadami, które nie zmieniły się od wielu lat. Woda czerpana ze studni, w niedzielę do kościoła i jedyna rozrywka to odwiedziny wnuków. Dość rzec, że pierwszy raz była w mieście powyżej 20 tys. mieszkańców gdy miała 75 lat i zabrałam ją na wycieczkę do Gdańska. Wtedy pierwszy raz widziała tramwaj i jechała pociągiem. Przez to wszystko babcia miała bardzo staroświeckie poglądy.
Gdy skończyłam 16 lat, zaczęła delikatnie wypytywać o jakiegoś "kawalera". No nie kręcił się żaden. 2 lata później wypytywała już bardziej stanowczo. Cierpliwie tłumaczyła, jak ważne jest zamążpójście. Ja te opowieści puszczałam mimo uszu - właśnie dostałam się na studia i co innego było mi w głowie :)
Temat jednak wracał jak bumerang, a babcia, im byłam starsza i ciągle bez kawalera, tym bardziej zdawała się być zaniepokojona. W pewnym momencie nawet miałam chłopaka, ale nie chciałam go babci przedstawiać - to nie był ten etap związku, by planować szybki ślub. A tak by pewnie było, gdyby babcia go poznała.
W wieku 24 lat pojechałam na kilka dni do babci na tzw. "agrowczasy" :) Babcia była bardzo zadowolona - miała dla mnie niespodziankę. Wieczorem odwiedzi nas Janek, syn sąsiadów zza miedzy!
"Wiesz, Kasiu, za piękny to on nie jest. Zbyt lotny też nie. Ziemi też mają niewiele, ale jak połączymy z moją, to wam wystarczy. A to dobry chłopak, pracowity i na pewno nie będzie cię bił. A ty w twoim wieku już wybrzydzać nie możesz".
Babcia była tak szczęśliwa, że nie miałam serca podziękować jej za taką "okazję". Chłopak przyszedł z mamą. Był naprawdę miły, choć mocno nieśmiały. Kobiety nazywał "sarenkami". Nie bardzo mieliśmy o czym rozmawiać, na szczęście przez cały wieczór ktoś nam towarzyszył (przyzwoitka).
Po akcji podziękowałam grzecznie za "okazję". Babcia była niepocieszona, nie rozumiała, dlaczego nie chcę z niej skorzystać. A najgorzej, gdy rok później była na weselu Janka - ożenił się z dziewczyną z sąsiedniej wsi. Ja wciąż byłam sama. To wtedy babcia wzięła mnie na "ostateczną rozmowę". Usłyszałam takie słowa: "Kasiu, ja nie nadążam za nowoczesnym światem, w którym żyjesz. Ale chcę, byś była szczęśliwa. I akceptuję cię taką jaka jesteś. Już dawno się domyśliłam, dlaczego nie masz narzeczonego. Przedstawisz mi swoją dziewczynę?".
To były najbardziej niesamowite słowa, jakie usłyszałam. Wynikające z kompletnego niezrozumienia sytuacji (byłam sama, bo tak mi pasowało, a nie dlatego, że wolałam dziewczyny), za to pokazujące jej bezwarunkową miłość, silniejszą niż poglądy i rzeczywistość, w jakiej ta kobieta żyła przez ponad 80 lat.
Babcia zmarła rok później. Żałuję, że mojego Krzyśka poznałam dopiero po jej śmierci. Wiem, jak bardzo by się ucieszyła.
Mam wyższe wykształcenie i ukończyłam mnóstwo kierunkowych kursów, od wielu lat pracuję w renomowanej firmie na wysokim stanowisku. Jednocześnie jakiś czas temu zatrudniłam się jako sprzątaczka.
Dlaczego? Ano dlatego, że sprzątam biuro konkurencji, kiedy nikogo już w nim nie ma, a papiery walają się po wszystkich biurkach.
Takie rzeczy nie tylko w filmach.
Godzina 14:05, wracam sobie z pierwszej zmiany. Idzie jakaś pani z wózkiem "spacerówką", tylko że wózek był pusty, a ja taki śmieszek mówię "Dziecka pani zapomniała? He, he". Usłyszałem tylko "o k##wa, ja pier####e", po pięciu sekundach zniknęła mi z pola widzenia.
Ostatnio zostałam zwyzywana na ulicy i grożono mi śmiercią. Dlaczego?
W ostatnich klasach podstawówki poznałam pewną dziewczynę. Miałam 11 lat, ona 12. Nie polubiłyśmy się, a raczej to ona nie polubiła mnie, bo gdy zapytała się mnie co sądzę o jej nowych butach, powiedziałam, że mi się nie podobają. Dziewczyna zaczęła mnie prześladować, wyzywać mnie na korytarzu, zabierać mi rzeczy. Nie wytrzymałam, kiedy napadła na mnie pod szkołą i rzuciła się na mnie (na szczęście siły dużo nie miała, a chłopaki z klasy szybko ją ze mnie ściągnęli). Poszłam wtedy do rodziców i opowiedziałam im co się dzieje. Rodzice pojechali do niej do domu porozmawiać z nią i z jej rodzicami i od tego czasu miałam spokój. Dziewczyna szybko szkołę skończyła (była to końcówka roku szkolnego), poszła do innego gimnazjum niż ja, więcej się nie spotykałyśmy.
Tydzień temu zjechałam do rodzinnego miasta na weekend i idąc na spacer z psem, spotkałam ją na ulicy. Dziewczyna rzuciła się do mnie z łapami, krzycząc, jakby ją obdzierali ze skóry, że jestem konfidentem, że mnie zabije za to, że na nią wtedy doniosłam.
Obie jesteśmy już dorosłe, mamy ponad 20 lat.
Nie podeszła do mnie tylko dlatego, że jej mąż trzymał ją jedną ręką, a drugą przytulał jej przestraszona dziecko...
Którejś soboty żona musiała jechać do swojej siostry, która była wtedy po zabiegu i potrzebowała pomocy w domu. Jako że zawsze staraliśmy się jakoś obowiązki dzielić, zadeklarowałem się, że posprzątam sam dom, ponieważ sobota najczęściej była naszym dniem porządków. Zostałem z naszym 3-letnim wówczas synem.
Żona wyszła, jesteśmy z młodym sami, no to zabieram się za sprzątanie. Zajęło mi to jakieś 2-3 godzinki, ale mieszkanie błyszczało, podłogi, kuchnia, łazienki. Wszystko wyszorowałem. Syna podpuściłem, że jak swój pokój posprząta, to dostanie nowego dinozaura, a zbierał maskotki i inne takie pierdoły w kształcie tych stworów. Chciałem, żeby pozbierał zabawki, ewentualnie wytarł kurze, dałem mu nawet specjalne ściereczki.
Zadowolony rozsiadam się na kanapie, włączam tv. Mały wybiega szczęśliwy z pokoju i pyta, czy może też zetrzeć kurze w kuchni i salonie, no to odpowiadam, że skoro ma ochotę, to niech wyciera. Biega z tą ścierką za moimi plecami w jedną i drugą, ja na spokojnie oglądam film. Nagle czuję silny chemiczny zapach. Odwracam się, patrzę na syna, a on w jednej ręce szmatka, w drugiej... domestos. Podejrzał, jak sprzątałem łazienkę i stwierdził, że to będzie dobre rozwiązanie...
Wpadam do jego pokoju: panele - zniszczone, właściwie się łuszczyły, na ścianach białe ślady po tym syfie i odchodząca farba, meble to samo. Wszystko do wymiany. W salonie szybko wszystko starałem się spłukać i odratować, czytając w internecie co zrobić w takiej sytuacji. Blat kuchenny był do wymiany, ale na szczęście udało się zachować meble salonowe. Dzięki Bogu, młody podpatrzył też, że w łazience miałem gumowe rękawice do sprzątania, więc założył do sprzątania swoje zimowe, dzięki czemu nie poparzył sobie dłoni.
Już nigdy więcej nie prosiłem syna o sprzątanie. Zacznie, jak będzie trochę starszy.
A dinozaura dostał i tak, przecież w sumie to się starał i chciał dobrze.
Dodaj anonimowe wyznanie