Prawie siedem lat temu zmarł mój narzeczony. Byłam załamana, zawalił mi się świat. Od tamtej pory jednak stanęłam na nogi, jestem w szczęśliwym związku i tylko czasem zdarza mi się pomyśleć, co bym teraz robiła, gdyby nie tamto wydarzenie. Poradziłam sobie z żalem, choć wiem, że tak do końca nigdy nie przestanę tęsknić i nigdy nie zapomnę. Ale kocham mojego chłopaka i życia sobie bez niego nie wyobrażam.
Mimo wszystko u dziadków mam jeden karton, którego od lat nie byłam w stanie wyrzucić. Karton, w który rodzina mojego narzeczonego spakowała cześć jego osobistych rzeczy. Nigdy do niego nie zajrzałam, bo bałam się, że się tym dobiję.
Niedawno odwiedziłam dziadków i kiedy wyszli do znajomych, a ja zostałam sama, postanowiłam wejść na strych i otworzyć karton. Znalazłam tam fotografie, perfumy, pamiątki i list, który napisał kilka dni przed śmiercią i naszymi zaręczynami. Dodam, że zmarł właśnie w dniu, gdy zgodziłam się za niego wyjść. Był za granicą i zapytał przez telefon, bo nie mógł się doczekać swojego powrotu. Nie dostałam pierścionka, ale nie było to dla mnie ważne i nie przeszkadzało mi to, że po raz pierwszy zapytał przez telefon. W liście pisał o planach na przyszłość, o tym, że mnie kocha, że go zmieniłam i uczyniłam jego świat lepszym. Wiecie, taki pełen miłości list. Popłakałam się, ale jakoś w dziwny sposób mi to pomogło. Znalazłam też pudełko z pierścionkiem zaręczynowym. Najpiękniejszym pierścionkiem na świecie. Zabrałam go ze sobą. List zostawiłam w kartonie, ale pierścionka nie mogłam.
Po powrocie od dziadków powiedziałam chłopakowi, że znalazłam go. Mam wyrzuty sumienia, że go okłamuję, ale z drugiej strony nosząc ten pierścionek w końcu czuję, że zamknęłam tamten rozdział swojego życia. Nigdy nie zapomnę, nie przestanę tęsknić i kochać, ale wiem, że moje życie w końcu wyszło na prostą i mogę być szczęśliwa. Ten pierścionek stał się chyba czymś w rodzaju talizmanu.
Od jakiegoś czasu zmagam się z bólami brzucha. Jeszcze dłużej z problemami psychicznymi (lęki, nerwowość). Nie w stopniu skrajnym, ale czasem potrafią uprzykrzyć życie. Oczywiście wizyta u psychiatry zaliczona, choć wcale nie czuję się lepiej.
Odkąd doszły do tego bóle brzucha, wszyscy mówili, że to przez te nerwy, ale wszystkiemu zaprzeczałam, gdyż dla mnie było to niemożliwe by aby taki ból brał się od problemów psychicznych. Przeszłam pakiet przeróżnych badań, dzięki którym (miałam nadzieję) dowiem się czegoś. I tak spędziłam już ponad rok, a z diagnozy nici. Ostatnio dowiedziałam się, że najprawdopodobniej od kilku lat w moich jelitach zagnieżdżone są pasożyty oraz grzyby. Jestem niesamowicie przerażona, bo niczego w życiu nie brzydzę się tak jak robali i to w każdej postaci.
Nigdy nie miałam myśli samobójczych, teraz też ich nie mam, chociaż chciałabym stracić świadomość tego co się dzieje by choć przez chwilę o tym nie myśleć. Najgorsze jest to, że nie mam pojęcia co dalej. Jak się tego pozbyć, a po tym całym czasie, moje zaufanie do służby medycznej bardzo spadło. Mój stres osiągnął apogeum, a będzie tak do kolejnej wizyty lekarskiej, którą mam dopiero za tydzień...
Uwaga, będzie obrzydliwie.
Kluczowe dla wyznania jest to, że mam koty - w liczbie mnogiej. Jeden z nich jest obecnie purchlęciem, ma parę miesięcy i dopiero uczy się życia.
Historia właściwa:
Jak co dzień rano zadzwonił budzik, a ja udałem się do miejsca wszelakich przemyśleń - czyli na kibelek. I jak co dzień rano towarzyszyły mi w tym koty, również purchlak. Purchlak ma ostatnio fazę na umywalkę, ale jako że jest jeszcze małym wypierdkiem, żeby do niej wskoczyć, musi najpierw wejść na muszle klozetową i dopiero stamtąd jest w stanie to osiągnąć.
Po skończonych czynnościach, kiedy wstałem z kibelka, purchlę uznało, że to idealny moment, żeby udać się do swojej nowej miejscówki. Nie zdążyłem nawet wciągnąć spodni, a on wskoczył. Prosto w środeczek. Dodam tylko, że owego dnia mój "wytwór" nie był ani trochę w stałej formie. Jak powszechnie wiadomo, połączenie kot + woda = (w większości przypadków) kocia panika. Teraz wyobraźcie sobie scenę rodem z horroru - kot, cały w gównie, przerażony wskakuje do umywalki, otrzepuje się, gówno spada wszędzie - na lustro, na szafki, do prysznica, na podłogę, na inne koty. I pośród całej tej gównianej sytuacji ja.
Mycie kota i całej łazienki z kupy nie jest najlepszym sposobem na rozpoczęcie dnia.
Zdecydowanie nie polecam.
Mam 25 lat i jestem strasznie nieśmiały. Nie mam dziewczyny, ale zamiast wyjść z domu lub utworzyć konto na aplikacji randkowej w celu zapoznania kogoś, w każdy piątek i sobotę zarzucam na siebie swoje najlepsze ubrania i włóczę się po centrum licząc na to, że jakaś dziewczyna sama do mnie podejdzie i zaproponuje randkę.
Lubię jeść rzeczy. Tak, RZECZY. Teoretycznie coś, co nie jest do jedzenia np. kredę albo papier. Często jak ktoś nie widzi mam ochotę polizać ścianę. Surowymi ziemniakami też nie pogardzę. A na noc uwielbiam dosłownie chrupać kostki lodu. Dla wszystkich dobrodusznych - tak, robię badania, ale na własną rękę. Nie umiem przyznać się przed lekarzem o tym.
W mojej grupie studenckiej jest dziewczyna, która w pełni zasługuje na miano żeńskiej wersji Janusza (dostała tajną ksywę Januszyca). Oszczędza, jak tylko się da i kiedy tylko się da. Do tej pory jej popisowym numerem był patent na nalewanie kranówki do butelki w sytuacji, gdy odległość kranu od umywalki jest zbyt mała, żeby weszła tam butelka. Otóż zawsze ma przy sobie kilka rurek jak od węża ogrodowego, o różnej średnicy. Jedną końcówkę przytyka do kranu, drugą do butelki i ma.
Niedawno pobiła jednak samą siebie. W te wakacje bierze ślub, od dawna mówiła, że marzy jej się wielkie wesele. Jednak z kasą cienko. Co robią w takiej sytuacji normalni ludzie? Ograniczają liczbę gości albo proszę o pomoc finansową rodziców lub dalszych krewnych. Co robią mniej normalni? Biorą kredyt. Co zrobiła Januszyca? Na zaproszeniach, które każdy z grupy dostał (prawie 30 osób! a z większością praktycznie rozmawia), widnieje dopisek: "Jako prezent nie prosimy o pościel czy zastawę, ale o zwrot kosztów ślubu i wesela - 400 zł od osoby"...
Przez cały okres szkoły średniej czułam się brzydka. Brzydka i gruba. Były kąśliwe docinki ze strony koleżanek z klasy, izolowanie od grupy, obgadywanie, krzywe spojrzenia. Wszystkie przerwy spędzałam sama słuchając muzyki lub z nosem w książce.
Nie jestem duszą towarzystwa i wiele mnie kosztowało, żeby do kogoś zagadać, zacząć rozmowę, więc jeśli ileś tam razy zostałam spławiona, to zwyczajnie dawałam sobie spokój i trzymałam na uboczu.
W miarę dobrze się też uczyłam i to również nie przysparzało mi popularności w klasie, w której prym wiodła zżyta grupka nieuków, za to w markowych ubraniach.
Dzisiaj, po ponad 10 latach, z ciekawości weszłam na stronę internetową mojej dawnej szkoły i odnalazłam stare zdjęcie klasowe, a na nim siebie.
Ładną, bardzo ładną i szczupłą młodą dziewczynę. Bez makijażu, w przeciwieństwie do reszty dziewczyn, tyle że ubraną w jakieś tam bazarowe ciuchy.
I jestem kompletnie skołowana, bo nie wiem skąd w takim razie wzięło się to całe traktowanie, które znosiłam przez 4 lata.
Jestem w ciąży. Niesamowicie z mężem cieszyliśmy się z tej wiadomości, ale z każdym dniem coraz bardziej się boję. Boję się tego, że nie będę mogła dać naszemu dziecku odpowiednio dużo miłości.
Wychowałam się w patologicznej rodzinie. Ojciec był alkoholikiem, ale to wcale nie stąd się ta patologia wzięła. Był najlepszym człowiekiem na świecie. Pił prawie codziennie, wiedziałam o tym, ale pijanego widziałam go może ze dwa razy na jakimś weselu. Kiedy pił po pracy, wracał zazwyczaj na tyle późno, żebyśmy już spali i cicho sam się kładł do siebie. Zawsze też wstawał z samego rana, żeby przygotować mnie i rodzeństwo do szkoły. Nie pił też nigdy w niedziele, bo ten dzień zawsze poświęcał dla rodziny. Cały problem leżał w matce, która nie kochała swoich dzieci. Ona robiła też awantury tacie, że pije, nie daje jej pieniędzy, w niczym nie pomaga. Kłótnie zawsze były jej inicjatywą. Zaznaczę, że tata faktycznie nie dawał jej pieniędzy, ale też ich nie przepijał. Zawsze pilnował, żeby w domu niczego nam nie brakowało, żebyśmy mieli w czym chodzić, mieli książki do szkoły i żeby rachunki były opłacone. Mamie nie dawał pieniędzy, bo najzwyczajniej w świecie nie potrafiła się z nimi kompletnie obchodzić.
Oprócz kłótni z tatą, mama wyżywała się też na nas. Do dzisiaj pamiętam dzień, gdzie bawiłam się z siostrą, a ona zabrała nam zabawki i wyrzuciła je do pieca, bo nie dajemy jej odpocząć, oczywiście nie wspominając nam wcześniej, żebyśmy zachowywały się ciszej. Mama też nie potrafiła z nami rozmawiać. Kiedy dostałam pierwszy okres, to do taty dzwoniłam z płaczem, że coś jest nie tak. Zwolnił się wtedy z pracy, kupił po drodze paczkę podpasek i wyjaśnił wszystko. Z młodszą siostrą też on później przeprowadził rozmowę na ten temat, żeby oszczędzić jej stresu, który ja przeżyłam, bo mama uważała, że nie ma sensu rozmawiać z dziećmi na temat dojrzewania.
Tata niestety zmarł, nie zdążył poznać mojego męża, z mamą nie mam od dawna kontaktu. Teraz panicznie się boję tego co będzie. Nie chcę być taka jak ona, nie chcę, żeby moje dziecko miało wsparcie tylko w jednym z rodziców, nie chcę go nienawidzić, ale boję się, że tak właśnie będzie, bo ja sama nie zaznałam matczynej miłości. Do tego boję się, że sobie nie poradzę. Nie mam żadnego doświadczenia w obchodzeniu się z dziećmi, nie mam też kogo prosić o pomoc. Rozmawiałam z mężem, on twierdzi, że nie mam się czym martwić, że będę świetną matką, ale ciągle gdzieś w głowie słyszę głos, który powtarza, że będę taka jak ona. Mam wrażenie, że niedługo przez to oszaleję. Gdyby tata żył, to z pewnością by pomógł, a bez niego czuję się w tej chwili strasznie samotna i bezsilna.
Pewnie niektórzy z was, będąc małymi brzdącami, chcąc coś dostać, z niepohamowaną zaciekłością rzucali się na podłogę, tarzali się i płakali. Ja nigdy tego nie robiłem. Kiedy mama mi czegoś odmówiła, w środku nocy (często zmieniałem godziny) przebierałem się za ducha i przychodziłem do jej sypialni, puszczałem w tle dla urozmaicenia jakiś utwór muzyczny z akompaniamentem darcia ryja typu heavy-metalowego i napieprzaniem na gitarze. Krzyczała, mówiła, że jestem nienormalny i szła spać.
Kiedyś przyjechali do nas goście, jej rodzice. Po moim przywitaniu babcia miała objawy przedzawałowe, a dziadek rozbił na mnie wazon.
Z czasem mi przeszło, bo nigdy nie dostawałem tego, czego mi odmówiła.
Moja mama umarła, gdy miałem 3 lata i w ogóle jej nie pamiętam. Wychował mnie tata, który chyba kochał mamę tak bardzo, że nigdy potem nie chciał znaleźć żadnej innej kobiety. Tata jest dobrym, uczciwym człowiekiem i kocha mnie z całego serca, ale - domyślam się, że po śmierci mamy - stał się oschły i zgorzkniały. Wychowywał mnie surowo, "na mężczyznę", zabraniał się "mazać", okazywał mi troskę, ale nigdy ciepło. Przez lata wtłoczył mi do głowy, że czułość, przytulanie, bliskość, jest dla bab i słabeuszy. Tak dorastałem, męski, chłodny, zdystansowany, dumny z tego, że nigdy nie płakałem i nigdy nie potrzebowałem "babskich czułostek".
Dziś mam ponad 30 lat. Jestem niezależny finansowo, mam własne mieszkanie i bardzo "męski" zawód. Jestem sam, nigdy nie potrafiłem dogadać się z kobietami i żaden z moich związków nie trwał dłużej niż kilka miesięcy. Często zarzucały mi chłód emocjonalny, ja natomiast nie mogłem znieść ich pretensji, fochów i płaczów.
Pewnego dnia, kilka miesięcy temu, siedząc sam w mieszkaniu, przypadkowo trafiłem na piosenkę Korteza "Dla mamy". Wysłuchałem jej dosłownie wstrzymując oddech. Tego wieczoru miałem poczucie, jakby pękła ściana bunkra, w którym siedziałem całe życie, i wreszcie zobaczyłem niebo. Przesłuchałem wtedy tę piosenkę kilkadziesiąt razy, nie płakałem, lecz dosłownie wyłem, wypłakiwałem z siebie 30 lat żałoby po mamie, której nigdy świadomie nie zaznałem, po matczynej czułości, której nie pamiętam. Zdałem sobie sprawę z tego, że przez wszystkie te lata brakowało mi tej czułości, tych "głupich babskich spraw", że to wcale nie tak, że nie potrzebowałem płakać, tylko nie umiałem.
Od kilku miesięcy codziennie wieczorem słucham tej piosenki, codziennie płaczę i codziennie pęka mi serce. Znajduję się w jakimś dziwnym stanie, zdystansował en się od taty i od kolegów. Wstydzę się komukolwiek przyznać do tego, co się ze mną dzieje. Każdy zna mnie jako twardziela, który nigdy nie narzeka i nie płacze. Nie wiem co się stanie z moim życiem. Czuję się nieszczęśliwy i bardzo samotny.
Dodaj anonimowe wyznanie