#uq7x1

Jestem początkującym psychiatrą, jeszcze nie „osłuchałem się” z różnymi dziwnymi wypowiedziami pacjentów, dlatego kiedy dzisiaj jeden z nich zaczął mi wygrażać, że „się znielubimy”, jeśli nie przestanę przystawiać się do Shakiry, bo to jego narzeczona, nie wytrzymałem i parsknąłem śmiechem. Zarobiłem w zęby.

#ynnfc

Wstydzę się rodziny mojego narzeczonego.

Nie zrozumcie mnie źle, nie uważam się za osobę z wyższych sfer, nie jestem "paniusią", nie zależało mi nigdy by rodzice mojego przyszłego męża byli lekarzami, prawnikami czy innymi wysoko postawionymi politykami z milionami na koncie.
Sama pochodzę z rodziny robotniczej, moi rodzice nie mają matury. Mają za to coś, czego nie mają rodzice Grześka - inteligencję? Zaradność? Nawet nie wiem jak to nazwać.

Mój przyszły teść pracuje w lokalnej firmie, zarobki tam są bardzo w porządku, jest to generalnie jedna z większych firm w mojej okolicy. W czym problem? Większość wypłaty jest przepijana. Jeszcze parę lat temu, kiedy Grzesiek się uczył, dostawali na życie od ojca ok 400 zł na miesiąc. Na miesiąc! Jak wyżywić czteroosobową rodzinę za takie pieniądze? O lekarzach, nowych ubraniach czy podstawowych opłatach można zapomnieć. Był karany, siedział w więzieniu. Jest typem człowieka, który uważa się za najmądrzejszego, nie przyjmuje do siebie żadnej krytyki, bo to co robi jest najlepsze. A jeśli sądzisz inaczej to lepiej się nie odzywaj, bo jeszcze dostaniesz po twarzy. 

Mama Grześka jest dobrą kobietą, ale naiwną, żeby nie powiedzieć głupią. Pracuje na kasie, jej wypłata ledwo starcza na podstawowe opłaty. W czym problem? Nie jest dla niej niczym dziwnym żeby mimo braków na koncie pójść na rzęski, paznokcie, kupić nagle sushi na obiad, bo czemu nie? Kupić jakieś głupoty od przedstawicieli (wiecie, zestaw garnków za 1,5 tysiąca). Nie rozumie kompletnie, że wypadałoby odłożyć jakieś pieniądze na czarną godzinę, jest totalnie nieodpowiedzialna, ma gdzieś, że jej dzieci nie mają w czym chodzić, ma gdzieś, że jak wyda całą wypłatę, to później będzie problem. Jej relacje z mężem? Notorycznie się zdradzają, przebaczają, zapijają smutki, wyrzygują wszystko w kłótniach i od nowa to samo. 

Jest jeszcze młodszy brat. Nawet nie mam słów jak go opisać. Kojarzycie te memy z "typowym Sebą"? To osoba tego sortu. Jest to ten typowy, patologiczny półgłówek z osiedla, który w wieku 19 lat wpadnie z jakąś Dżesiką z bloku obok i będzie wychowywał swojego Brajana na takiego samego jak on. 

Grzesiek od zawsze wiedział, że jest w jego rodzinie problem. Jest osobą pracowitą, zaradną, inteligentną, nie przejawia żadnych zachowań rodziców. Jest pokorny i okazuje szacunek rodzicom, mimo tego, że wielokrotnie mówił jak bardzo nienawidzi ich, za to jacy są. 

I nie chodzi o to, że wstydzę się ich za status materialny. Boli mnie, że są tak skrajnie nieodpowiedzialni, leniwi,a jednocześnie uważają, że wszystko im się należy. Żyją na skraju patologii. Nie ma u nich miłości - są wieczne pretensje, kłótnie i alkohol. 
I tylko Grzesiek widział w tym problem. Uczył się, skończył studia, chce żyć inaczej. I jestem bardzo z niego dumna.

#bsPHN

Jestem jedynaczką. Rodzice rozwiedli się, a moja matka była mocno niezrównoważona psychicznie.
Być może dlatego, kiedy miałam 12 lat, powiedziała mi, że muszę bardzo przykładać się do nauki, być najlepsza w tym co robię i znaleźć sobie w przyszłości dobrze płatną pracę, bo będę musiała ją utrzymywać, gdyż ona sama sobie nie poradzi.

Dopiero gdy skończyłam 26 lat, mój chłopak wybił matce ten pomysł z głowy, uświadamiając jej, że z takim balastem nie daję rady normalnie żyć. I mimo iż matka zrozumiała to, wciąż czułam się obciążona i przekonana, że moje życie nie ma znaczenia i liczy się tylko to, by pomóc matce.

Matka zmarła w zeszłym roku. Nie wiem, co zrobić ze swoim życiem. Czuję ulgę po jej śmierci i jest mi za to wstyd.

#pDBne

Opowiem wam moją wstydliwą historię.

Nigdy nie byłam dobra z matematyki. Z tego powodu brałam regularnie korepetycje i dużo ćwiczyłam w domu. Podczas korków i ćwiczeń w zaciszu pokoju szło mi zadowalająco. Jednak gdy tylko przyszło mi w szkole napisać kartkówkę lub sprawdzian, moja wiedza ulatywała jak z przebitego balonika, na rzecz czarnej dziury w głowie. Brak koncentracji, przypływ ogromnego stresu. Tym sposobem dwójka z matmy była wyczynem.

Utrzymało się to do matury. Mimo podstawowej wiedzy, nie byłam w stanie zdać matury z matmy za pierwszym, drugim, trzecim razem... aż do ostatniej szansy, zanim musiałabym pisać całą od nowa. Dlatego przed ostatnią próbą obiecałam sobie, że nie będę się denerwować. Nawet dałam sobie spokój z powtórzeniami, postanowiłam pójść na YOLO. W miarę spokojnie przespałam poprzedzającą egzamin noc, spokojnie przełknęłam śniadanie i poszłam na autobus.

Co w tym anonimowego? Otóż krótko przed wejściem do sali poczułam ostre rżnięcie w brzuchu. Wystrzeliłam w kierunku łazienki, ale niestety. Załatwiłam się na wodnisto w majtki. Nie mając większego wyboru, starłam co mogłam papierem i wróciłam pod salę. Miałam nadzieję, że nikt nie wyczuje.

Na szczęście nikt nie patrzył na mnie dziwnie ani w sali, ani podczas powrotu do domu. Albo nie było nic czuć, albo udawali.

Ale wiecie co? Zdałam tę cholerną maturę! Gówno przyniosło mi szczęście.

#gaQCO

Pracowałam kiedyś w galerii handlowej. Niestety nasz sklep był na tyle mały, że nie mieliśmy ubikacji dla pracowników i musieliśmy korzystać z tej ogólnodostępnej.
Któregoś dnia słabo się czułam, bolał mnie brzuch, czułam, że zbliża się okres. Poszłam więc do toalety zabezpieczyć się tamponem, żebym nie musiała potem chodzić w brudnej bieliźnie.
Ułożyłam sobie z papieru toaletowego gniazdo (bo postanowiłam załatwić przy okazji grubszą sprawę) i usiadłam wygodnie. Tampony zawsze trzymam w kieszonce spodni, tym razem było tak samo. Po ogarnięciu tyłu postanowiłam wyjąć z kieszeni tampon i nie wiem jak to się stało, ale wyskoczył mi on z rąk!
Widziałam, jak upada na podłogę i toczy się pod drzwi, które nie sięgały podłogi. Tampon potoczył się na tyle daleko, że nie mogłam go sama dosięgnąć, był już kilkanaście centymetrów za drzwiami kabiny.

Był to jedyny tampon jaki miałam przy sobie, więc już miałam w głowie wizję zabezpieczenia majtek papierem toaletowym. W momencie gdy już chciałam naciągnąć spodnie, ktoś o złotym sercu kopnął tampon z powrotem w moją stronę! Tampon wleciał idealnie pod moje nogi.
Tampon był cały czas w opakowaniu, więc wzięłam go z podłogi, otworzyłam i zaaplikowałam.

Nie wiem, czy ta osoba kopnęła tampon przypadkowo czy nie, ale nie zdążyłam jej podziękować. Jeżeli to czytasz, to dziękuję, bo tego dnia morze czerwone wylało :)

#ondjz

Do tej pory wstydzę się tego.

Kilka lat temu podczas studiów w 4 osoby wynajmowaliśmy mieszkanie. Ja, brat, i dwie nasze koleżanki z LO. I jak to kobiety, strzygłyśmy nasze bobry. Ale niestety, któraś zamiast od razu wyciągnąć włosy z odpływu, całkowicie je spłukała i totalnie zablokowała odpływ. A że rury stare, to nawet kret nie dał rady, tylko lekko pomógł. Brat wykosztował się i kupił sprężynę i po kilkugodzinnej batalii udrożnił odpływ. No to teraz pytanie, która to goliła. Każda zaprzecza. Wtedy, ot tak, ściągnęłam spodenki oraz majtki i pokazując lekko zarośniętą, mówię, że nie ja.

Po chwili doszło do mnie co zrobiłam. I o dziwo dobry to był pomysł, koleżanka też zdjęła majtki i widać było, iż boberka ze 2-3 dni nie goliła. Ostatnia się przyznała.

#ByYnl

Dawno, dawno temu, kiedy byłam dzieckiem, nad rzeką około kilometr od mojego domu było miejsce bardzo gęsto zarośnięte krzakami, w środku zaś była przestrzeń bez krzaków, z zewnątrz nie było widać co lub kto jest w środku. W wakacje z dzieciakami urządzaliśmy tam bazę.

Ale było to też miejsce weekendowych schadzek młodych zakochanych. Były to czasy, kiedy związki między osobami poniżej 18 roku życia były bardzo rzadko akceptowane przez ich rodziców, więc młodzi musieli się z tym kryć. Niepełnoletni zakochani rozkładali koce w tych krzakach i spędzali tam czas sam na sam. A my wtedy mieliśmy zakaz wstępu i zabawy w tym miejscu, po prostu nas wyganiali.

Jako dzieci nie za bardzo rozumieliśmy, co oni tam właściwie robili, ale bardzo nas to ciekawiło, więc zakładaliśmy ciuchy moro i zakradaliśmy się tam, żeby ich podglądać. Gdy nas zauważyli, szybko uciekaliśmy, ale był temat do rozmów :D
Siadaliśmy w całej grupce - dzieci poniżej 10 lat - i próbowaliśmy rozgryźć dlaczego robili co robili. Nie, to nie były czasy internetu i naprawdę nie wiedzieliśmy o co im chodzi, a rodziców głupio było pytać.

#oct6R

Słowem wstępu - istnieje bardzo popularny filmik na YouTubie o podrywaczach, uwodzicielach wykorzystujących sztuczki, byle zaciągnąć kobietę do łóżka. Myślałam - faktycznie dziwne, ale problem pewnie na małą skale. Dopóki sama nie natknęłam się na takiego "uwodziciela".

Pana M poznałam na aplikacji randkowej, napisał na samym początku, czy byśmy gdzieś najzwyczajniej się nie spotkali. Czemu nie? Nie wiedziałam nawet, czy będzie o czym z nim rozmawiać, ale nie zaszkodzi spróbować.

Pierwszą rzecz zauważyłam niedługo po tym, jak usiedliśmy w kawiarni. Otóż M co średnio kilka minut dotykał to ramienia, to dłoni, kompletnie bez powodu. Gdy ja podpierałam się na łokciu - on robił to samo. Prawienie dosyć mało subtelnych komplementów, by potem stwierdzić, że widzi we mnie "bratnią duszę". Tak samo gadka o zaufaniu też wydawała mi się dosyć nienaturalna. Zgadzał się ze mną prawie we wszystkich kwestiach (akurat w dosyć subtelny i elokwentny sposób, więc całkiem możliwe, że nie było to celowe).

Większość pomyśli w tej chwili, że przesadzam, ale w trakcie rozmowy zaprosił mnie do siebie w celu "poznania jego psa" (gdyż sama jestem miłośnikiem psów i akurat padł ten temat). Odpowiedziałam, że zgoda równa się dla wielu facetów chęcią pójścia z nimi do łóżka. Cóż, potwierdził i dodał, że owszem - chciałby tegoć. Nie mam nic do kobiet, które chcą czegoś takiego na pierwszym spotkaniu, ale najzwyczajniej do tej grupy nie należę. Odmówiłam jeszcze kilka razy na zaproszenia do domu i zaczęłam się zwijać, gdyż spotkanie stawało się coraz bardziej niezręczne, a M coraz bardziej natarczywy.

M nalegał, by odprowadzić mnie na tramwaj. Na początku krótkiego spaceru próbował mnie objąć, gdzie odmówiłam i trzymałam dystans najbardziej jak mogłam. Na przystanku chwycił mnie i pocałował, a ja musiałam odepchnąć go od siebie by przestał. Obok było trochę ludzi, a ja nie chciałam robić afery, dlatego też w miarę "na spokojnie" powiedziałam, że nic do niego nie czuję i jest mi niekomfortowo. W odpowiedzi usłyszałam obrzydliwe "Mi się oprzesz?". Na koniec zapytał jeszcze raz, czy na pewno nie chcę wpaść do niego do domu, zapewniając o swoich *umiejętnościach*.
W dodatku - na przystanku nagle wspomniał, że "M" to nie jest właściwie jego prawdziwe imię, ale to nie ma różnicy, gdyż mogę mówić do niego jak chcę. Z wiekiem zapewne w takim razie też kłamał.

Jeszcze tego samego dnia zablokowałam go na tej aplikacji i upewniłam się, że nie wymieniliśmy się numerami.

#JuUuR

Odkąd wprowadziłam się do nowego mieszkania, cały czas nachodzi mnie pewien sąsiad. Z tego co wiem jest około 50. i mieszka na piętrze niżej. Odnosiłam wrażenie, że jest lekko chory psychicznie, więc z początku tylko go zbywałam, chociaż pukał do moich drzwi minimum trzy razy dziennie i zawsze a to cukier chciał pożyczyć, a to zapytać, czy u mnie też są jakieś problemy z rurami, albo zastanawiał się, gdzie wycieraczkę kupiłam. Po jakimś czasie po prostu udawałam, że nie ma mnie w domu, choć on i tak ciągle pukał.

Pewnego dnia mijałam go na klatce schodowej, a przy okazji też innego sąsiada. I gdy pan natarczywy już sobie poszedł, ten drugi sąsiad ostrzegł mnie, że ten facet jest chory psychicznie i zaczepia oraz nachodzi wszystkie kobiety w tym bloku, nawet jego żonę. Do tego wszyscy tu wiedzą już, że odsiadywał dwa wyroki za gwałty i ich zdaniem on sobie szuka kolejnej ofiary, a policja to ignoruje, bo przecież nie ma dowodów.

Tak się wtedy przeraziłam, że od tego momentu mam cały czas zamknięte drzwi na klucz, a chwilami rozważam nawet przeprowadzkę. Odkąd przestałam otwierać, ten facet puka rzadziej, ale raz słyszałam, jak dobija się do drzwi naprzeciwko moich, gdzie z tego co wiem, mieszka młoda matka z synem. Potem przyjechała policja, ale kazała mu tylko wrócić do siebie. Nie wiem, co mam zrobić...

#QwUPL

Byli teściowie oskarżają mnie o śmierć męża.

Przez sześć lat małżeństwa żyło nam się super, potem wszystko runęło. Mamy synka, który ma teraz pięć lat, zaszłam w drugą ciążę, bardzo się cieszyliśmy. Niestety poroniłam. Ledwo doszliśmy do siebie, a w firmie, w której pracował Arek (mąż) pojawiły się problemy i mąż stracił pracę.

Załamał się. Wspierałam go, kiedy było z nim na tyle źle, że nie chciał wstać z łóżka, zaproponowałam rozmowę z psychologiem. Uparł się, że nie pójdzie, żadne argumenty do niego nie przemawiały. Nawet to, że nasz synek już nie jest taki radosny, co wszyscy widzą, ani to, że ciężko mi ogarniać własną pracę na rozjazdach (rehabilituję w domach osób po udarach), dziecko i dom. Nasi przyjaciele też nie potrafili go przekonać. Arek kręcił nosem na każdą ofertę pracy spoza swojej branży, a kiedy już szedł na rozmowę wstępną, robił to dla świętego spokoju. W dodatku zaczął popijać i sprowadzać znajomych pod moją nieobecność. Znajomych, których nigdy wcześniej nie znałam. Zaczął pić tak ostro, że zaczęłam naciskać na odwyk. Ponieważ mnie nie chciał słuchać, poprosiłam jego rodziców o wsparcie. Nigdy nie mieliśmy szczególnie ciepłych relacji, zawsze siostra Arka i jej rodzina byli na piedestale. Odmówili. Stwierdzili, że nie będą się wtrącać, bo jak coś będzie źle, to będzie na nich. Po pijanemu mąż płakał, przepraszał i obiecywał, że się ogarnie i pójdzie do psychologa. Na trzeźwo twierdził, że nic takiego nie pamięta.

Kiedy po raz kolejny dostałam telefon z przedszkola, że mąż znów nie odebrał synka (ja byłam u pacjenta 20 kilometrów od domu), nie wytrzymałam. Nie wiem co by było, gdyby moja mama nie pomagała mi z małym. W domu postawiłam mężowi ultimatum - albo się ogarnie, albo to koniec, bo ja już tak nie mogę. Pokłóciliśmy się i stwierdził, że jak mi z nim tak źle, to mogę się wynosić. Zabrałam syna i zamieszkałam z rodzicami. Powiedziałam mężowi, żeby dał znać, jak zdecyduje się leczyć.
Tydzień później nie żył. Pijany zachłysnął się wymiocinami, jego kolega wszystko przespał.

Teściowie o wszystko oskarżają mnie.
Bo za mało wspierałam, za dużo pracowałam, ciągle miałam pretensje... A w ogóle to kto wie, czy nasz syn na pewno jest dzieckiem Arka. Chciałam zrobić test na ojcostwo, ale rodzice i brat przekonali mnie, że nie warto. Rodzina Arka i tak nigdy szczególnie nie interesowała się małym.

Kochałam męża, chciałam tylko, żeby zaczął się leczyć, bo już nie miałam sił. Mam wyrzuty sumienia, faktycznie nie powinnam go zostawiać.
Na szczęście mam synka, rodzinę i przyjaciół. Jakoś próbuję iść do przodu.
Dodaj anonimowe wyznanie