Niestety o wirusie, więc niechętni tematowi proszę ominąć.
Podczas codziennego wysłuchiwania statystyk zgonów i zachorowań zostałem oskarżony o to, że mnie to nie rusza (kolejną cyfrę skwitowałem zwykłym "aha"). Bo to prawda! Nie trafia do mnie liczba 15 zgonów dziennie, podczas gdy w innych krajach jest ich kilkaset. Czy mogę coś zrobić, żeby pomóc? Nie.
Nie jestem naukowcem, lekarzem, krawcem, policjantem, strażakiem itp. Siedzę w domu na dupie, jak rząd przykazał, zakupy raz na kilka dni itd. Mam usiąść i płakać, bo 15 obcych mi osób zmarło? Ludzie umierają codziennie bez tego i też jest źle. Napiszecie, że inaczej będę śpiewał, jak ktoś w mojej rodzinie zachoruje i będzie bliski śmierci. OCZYWIŚCIE, ŻE TAK! Bo to będzie bliska mi osoba!
Statystyki i tak codziennie sprawdzam po to, żeby być na bieżąco z informacjami. Oszczędności wystarczy mi na jakieś 3 do 5 miesięcy życia, gdybym stracił pracę. Po tym, jak już wszystko jebnie, to zacznę się martwić. Póki co żyję na tyle normalnie, na ile można.
Ostatnio przypomniała mi się historia swojego pierwszego zauroczenia.
Przez miesiąc/dwa było całkiem przyjemnie, wszystko wskazywało na to, że nasza relacja niedługo wskoczy na wyższy poziom. Jednak pewnego dnia on uznał, że nie jest w stanie tego dłużej ciągnąć, ponieważ wciąż czuje coś do swojej byłej dziewczyny i chciałby spróbować ją jednak odzyskać.
Przepłakałam kilka dni (nocy w sumie też), zastanawiając się, w czym ona była lepsza ode mnie. Znalazłam jej profil na Facebooku, następne na Instagramie i kiedy już przejrzałam w całości jej profile, zaczęłam szukać informacji o niej i zdjęć na stronie jej szkoły średniej, profilach jej znajomych + na bieżąco śledziłam, co umieszcza na Instagramie zarówno na profilu, jak i na swojej relacji.
Czy było mi mało? Nie, wszystkie te zdjęcia i artykuły zapisywałam w specjalnym folderze, który miałam ukryty i zabezpieczony hasłem, aby nikt go nie znalazł.
I tak sytuacja trwała około roku. Zauroczenie dawno mi przeszło, ale obsesja na punkcie tej dziewczyny trwała w najlepsze. W pewnym momencie uznałam, że to jednak nie jest normalne zachowanie i na początek starałam się chociaż przestać gromadzić nowe materiały, później przestałam zaglądać na jej konta, aż wreszcie usunęłam też i ten folder.
Cała ta akcja przypomniała mi się jakiś czas temu, kiedy po kilku latach, będąc na zakupach w galerii handlowej, zauważyłam ją w towarzystwie nowego partnera i znajomych.
Puenty brak, po prostu zmroziła mnie wtedy myśl, że ta dziewczyna tak naprawdę nie wie, kim w ogóle jestem, ale ja z kolei tak wiele wiem o jej życiu i tak uparcie śledziłam jej aktywność w social mediach.
Poroniłam.
Mało anonimowe, ale nie jest to temat, który chętnie poruszyłabym na rodzinnym obiadku lub w gronie znajomych.
Nie wiedziałam, że byłam w ciąży. Owszem, spóźniał mi się okres, ale zawsze był nieregularny, chociaż tabletki nieco ustabilizowały cykl. Jednak w zamieszaniu i stresie umknął mi fakt, że opóźnia się o dwa tygodnie. A ostatni faktycznie mógł być zbyt skąpy.
Lekki stres, apteka, łazienka i dwie kreski.
I o wiele większy nerw.
Dwa testy później wysuszyłam pęcherz i powoli zaczęłam akceptować sytuację.
A na drugi dzień zaczęło się krwawienie. Kolejnego ból, skurcze, fasolkowata grudka spuszczona w kibelku. Jeszcze jedna doba zmieniania podpasek i koniec. Następne siusiu na plastikowy wskaźnik - nadal dwa paski.
Nie planowałam dzieci, zabezpieczałam się z partnerem - tabletki, gumki, zakaz kończenia w środku. Za młoda, za duże plany, związek niby kilkuletni, ale nie śpieszy mi się do wspólnych zobowiązań. Nie ten czas, by latać z brzuchem. A instynkt macierzyński odpalał się u mnie tylko na widok zwierzaków, dzieci lubiłam zawsze, ale bez szału i euforii. Wmawiałam sobie, że z moimi będzie inaczej.
A jednak czuję ulgę przemieszaną z zawodem. Nie potrafię całkiem wyzbyć się myśli, że NIEMAL miałabym dziecko. I nawet świadomość, że to normalne, poronienia w pierwszych tygodniach są częste, nie skreśla przekonania, że może jestem jakoś wybrakowana.
Partner nie wie. Przeżywałby to bardziej, nakręcałby siebie i przy okazji mnie.
Nikt nie wie, bo sama nie wiem, z kim mogłabym szczerze, bez wstydu o tym pogadać. Utrata wpadki to raczej nie powód do dumy.
Na ciążowe fora nie pójdę. Zajrzałam i zaatakowały mnie litość, nadmiar współczucia i wspólne modły do "aniołków". Za to podziękuję.
Dziś po raz kolejny zrobiłam test. A nawet trzy. Tak dla pewności.
W końcu jedna kreska.
Jest to moja największa tajemnica. Zdradziłam raz chłopaka. Dotąd mam wyrzuty sumienia, chociaż było to z 10 lat temu. Zerwałam z nim od razu po tym, bo nie mogłam na niego i na siebie patrzeć. Powiedziałam mu prawdę i pogodziłam się, że nic dobrego mnie już w życiu nie spotka. Miałam w planach rzucić studia, wyprowadzić się, urwać wszystkie kontakty. Oczekiwałam burzliwej kłótni, rozstania, wrzasków! A wiecie co się stało? Widać było, że mu przykro, ale on tylko spojrzał na mnie i powiedział, że mam iść do specjalisty. Nie chciałam mu patrzeć w oczy, przecież miałam plany! Chciałam stamtąd uciec, chociaż sama nie do końca wiedziałam przed czym. Już miałam wykrzyczeć mu, że nie chcę jego miłości, nie chcę NIC od nikogo, chciałam trzasnąć drzwiami i wyjść a on jedyne, co robił, to obserwował mnie w ciszy aż w końcu powiedział, że nigdzie nie jadę, bo on zabiera mnie do specjalisty. Umówił mnie z psychiatrą. Dzisiaj mówi, że to dlatego, gdyż znaliśmy się tak długo, że zauważył, iż jest coś ze mną porządnie nie tak. Według niego nigdy bym tego nie zrobiła, gdybym była w normalnym stanie, a w tamtym momencie niestety padłam ofiarą przemocy domowej.
Niechętnie, ale poszłam razem z nim do psychiatry. On wytłumaczył mi, że takie skrajnie nieodpowiedzialne zachowania są często wynikiem wyparcia jakiejś traumy. Nie czułam się dobrze, czułam się zapędzona w kozi róg, chciałam wyjść, nie chciałam, żeby na mnie więcej patrzył. On jednak nie pozwolił mi wstać i powiedział, że to jedyna rzecz, jaką mogę dla niego po tym wszystkim zrobić. Nigdy tak nie płakałam, jak wtedy. Chciałam, żeby mnie zostawił, długo się broniłam, a on chodził za mną jak taki osioł i cierpliwie zaprowadzał na kolejne sesje. Jak mógł być tak spokojny? Nie zasługiwałam na to. Wtedy też zauważyłam, że nigdy nie trafię na kogoś, kto potrafi ujrzeć coś tak głęboko osadzonego wewnątrz mnie. Niestety długotrwały stres, cierpienie, molestowanie i przemoc psychiczna oraz fizyczna ze strony matki bardzo się na mnie odbiła. Przepracowałam to, ale po dziś dzień miewam fazy, podczas których jakąś część mnie próbuje się zdystansować od jego miłości, lecz mija to zawsze, gdy zobaczę jego oczy pełne miłości.
Do dzisiaj męża przepraszam, ale on tłumaczy mi, że świat nie jest tak prosty i nie można nikogo oceniać na podstawie sytuacji, a tego, jakim jest człowiekiem. Kocham go, dziękuję mu z całego serca, że był przy mnie, wspierał i nie pozwolił mi się zniszczyć z nienawiści do siebie samej. Męczą mnie wyrzuty sumienia, ponadto sama nie wiem dlaczego to wtedy zrobiłam. A minęło tyle lat. Zupełnie jakbym nie była sobą..
Podzielę się z Wami historią, której nie zapomnę do końca życia.
Swoje 21. urodziny chciałem wyprawić dla kilku osób, w plenerze. Było piękne lato, zebraliśmy się w 7 osób, zakupiliśmy prowiant, w tym litr żubrówki na głowę, i szukaliśmy miejsca do świętowania. Trafiło na szczecińską bocznicę kolejową ;) Znaleźliśmy wagony towarowe, takie kryte, z rozsuwanymi drzwiami, rozlokowaliśmy się w jednym z nich i zasunęliśmy lekko drzwi, żeby nie było nas widać.
Bawimy się, pijemy gadamy i tak sobie przerobiliśmy wszystkie flaszki... Wszyscy usnęli.
W środku nocy się budzi mnie bardzo wiejący wiatr. Cholera, pociąg jedzie z nami na pokładzie! Zacząłem wszystkich budzić. Skład zatrzymywał się co jakiś czas na jakiejś małej stacji w polu, a że czekaliśmy na jakąś dużo większą miejscowość do wysiadki, to dotarliśmy na drugi koniec Polski, czyli do Dębicy na Podkarpaciu. Pociąg przyjechał tam gdzieś około 18, a libację zaczęliśmy 24 godziny wcześniej, więc od razu pobiegliśmy na najbliższego kebaba, knajpa nazywała się chyba Quattro ;). Ten kebab był najlepszą rzeczą, która mnie wtedy spotkała. Na szczęście bezpośredni pociąg do domu mieliśmy gdzieś o 20.
I tak nasza posiadówka trwała 36 godzin - 24 godziny w towarowym i 12 w pospiesznym pociągu. Gdy sobie o niej przypominam, to zaczyna mnie suszyć :D Tak że, drodzy anonimowi, gdy chcecie pobalować w plenerze, to nie polecam wagonów kolejowych, bo nie wiadomo gdzie człowiek się rano obudzi ;)
Kiedy pies chciał mi wczoraj opylić ciasto, wpadłam na genialny pomysł udawania, że wyjadam mu chrupki z miski. Tego jeszcze nie grali w tym domu, jego reakcja bezcenna, poprawił humory wszystkim. Oczywiście chowałam je w rękaw, ale z ostatnim chrupkiem stałam się wrogiem, to było takie "jak mogłaś mi zjeść, z mojej miski, no co ty, nawet jednego nie zostawiła, daj chociaż ostatni, no weź!". W końcu zaczęłam oddawać mu te chrupki, a on ze zdziwioną miną je zjadał, wysypałam wszystkie i zabrał je obrażony z całą miską. Jeszcze nie widziałam, żeby z taką zawziętością opylał te chrupki :)
Zostawiłam narzeczonego dla innego po prawie dekadzie związku
Zanim zostanę zlinczowana, chciałabym opisać dlaczego to zrobiłam.
Oboje byliśmy młodzi kiedy zaczęliśmy być razem, nastoletnie zakochanie, wielka miłość aż po grób, chyba wielu taką miłość przeżyło. Paweł był dobrym facetem, pomocny, zawsze do mojej dyspozycji. Dobrym, ale tylko wtedy kiedy było dobrze, jeśli dochodziło do kłótni, miałam prawdziwe piekło. Kiedy coś szło nie po jego myśli, były szarpaniny, okropne teksty w moją stronę, manipulacje (a to rozstanę się z tobą, a to nie odezwę się do ciebie, aż sama nie przyjdziesz) - ile razy mnie zostawił, tego już nie zliczę. Nieraz leżałam w domu miesiącami, czekając na niego, doszło do tego, że miałam objawy depresji. Byłam tak zakochana, że nie potrafiłam nawet złego słowa powiedzieć w jego kierunku. Zawsze go usprawiedliwiałam, pomimo bólu, jaki mi wyrządzał, zawsze byłam tą, która wyciągała rękę na zgodę, ponieważ nie chciałam żeby jakieś głupoty rozwaliły to, co było w nas najlepsze.
Ciężko mu się było ogarnąć życiowo, w dodatku wiecznie praca na czarno, gdzie ja już poważnie zaczynałam myśleć o życiu i zakładaniu rodziny. Do tego wszystkiego Paweł lubił pić. Na początku było to jedno piwko dziennie, dało się przeżyć, przecież to tylko piwko. Następnie doszło do tego, że jedno piwko zamieniało się w więcej piwek, w dodatku czasem jakieś mocniejsze trunki. Wracałam z pracy, a on leżał pod wpływem, patrząc się na mnie tymi swoimi pijanymi oczami. Rozmowy nie pomagały, prosiłam go, żeby coś z tym zaczął robić, może jakiś odwyk albo przynajmniej ograniczyć - nie, bo cię zostawię.
Pewnego dnia poznałam w pracy Kacpra, chłopak ideał, grzeczny, bez nałogów, ze świetnym poczuciem humoru, te same myśli i to samo podejście do życia. Po ponad roku znajomości zakochałam się. Okazało się, że Kacper podziela moje uczucia. Nie mogłam znieść myśli o wyborze, z jednej strony facet, który pomimo swoich wad był moim najlepszym przyjacielem, z którym spędziłam tyle lat, a z drugiej strony ktoś, kto idealnie do mnie pasował.
Wybrałam Kacpra. Było ciężko, rozstanie z kimś, z kim było się tyle lat nie było łatwe, ale wiecie co? Nie żałuję, Kacper każdego dnia pokazuje mi, że jestem wyjątkowa i że dla mnie zrobiłby wszystko, podczas gdy Paweł nie potrafił zapamiętać jakie danie jest moim ulubionym. No i zostałam zlinczowana wśród znajomych jako bezduszna sucz, bo tak przedstawił mnie mój były już narzeczony.
Nigdy już nie dam się zmanipulować, związek ma być zdrowy i opierać się na równowadze, i teraz wiem, że jeśli ktoś sprawia, że czuję się jak nic, to najprawdopodobniej takim niczym dla niego jestem. Życie ma się jedno, nie warto patrzeć na opinie innych w takim temacie jak związek, ludzie widzą tylko to, co na zewnątrz, to co dzieje się za ścianą w związku często owiane jest tajemnicą.
W związku z kolejnymi protestami związanymi z zaostrzeniem ustawy o aborcji, chciałabym opisać moją historię. Mam nadzieję, że skłoni ona do refleksji osoby pro-life.
Gdy moja matka miała 18 lat, zaszła w niechcianą ciążę. Ojcem dziecka był okoliczny patus, który wkrótce po moich narodzinach zmył się. Matka prawdopodobnie dokonałaby aborcji, ale religijna rodzina odwiodła ją od tego pomysłu.
Wraz z mamą pomimo braku pieniędzy wiodłyśmy całkiem dobre życie, do czasu aż nie poznała kolejnego partnera, z którym wzięła ślub. Wkrótce nowy tatuś zaczął traktować mnie jak śmiecia i dawać mi do zrozumienia, że jestem niechciana. W wieku kilku lat byłam często zamykana w pokoju, żebym nie przeszkadzała. Problem pogłębił się po narodzinach przyrodniego rodzeństwa. Wtedy już zarówno matka, jak i jej partner dawali mi do zrozumienia, że jestem niechciana. Całe dnie spędzałam zamknięta w pokoju, często chodziłam głodna, nikt nie interesował się moim życiem. Już jako dziecko miałam myśli samobójcze i okaleczałam się.
Dziś jestem dorosłą osobą z wieloma problemami psychicznymi. Ciągle odczuwam konsekwencje braku miłości w dzieciństwie, zmagam się też z depresją. Często myślę, że wolałabym się nie urodzić.
Właśnie tak wygląda życie niechcianych dzieci. Zanim następny raz krzykniecie, że każde dziecko powinno się urodzić, zastanówcie się dwa razy.
PS Rodzina odwodząca matkę od aborcji nigdy mi nie pomogła, a gdy doświadczałam przemocy, odwracali głowy, bo to nie ich problem.
W 2012 roku wyjechałem z kumplami na urlop na drugi koniec Polski. Cały tydzień odwiedzaliśmy różne kluby, bary, dyskoteki.
A faceci jak to faceci na wakacjach - podrywają dziewczyny, żeby podbić sobie samoocenę i zaimponować kumplom.
I tak właśnie było ze mną. Poznałem dziewczynę w klubie, dobrze się bawiliśmy i noc spędziłem u niej. Oczywiście nie zamierzałem mieć z nią więcej kontaktu, dlatego zmyśliłem moje imię, wiek i miejsce, z którego pochodzę.
Następnego dnia opowiedziałem kolegom ze szczegółami jak spędziłem noc i jak udało mi się urobić tę dziewczynę. Oczywiście znaleźliśmy ja również na FB, żebym mógł im lepiej zobrazować co się działo.
Wróciliśmy z wakacji i byłem pewien, że historia została zamknięta razem z przekroczeniem granicy województwa. Ale nie. Być może kojarzycie posty na różnych grupach na FB, gdzie dziewczyny szukają chłopaków, z którymi się bawiły w jakimś klubie i teraz mają dla nich niespodziankę.
Tak też było że mną. Znajomy wysłał mi post, w którym są dane osoby, którą jeszcze nie tak dawno byłem. Byłem przerażony, ale też wiedziałem, że jestem anonimowy, dlatego postanowiłem to zostawić tak jak jest. Na szczęście chłopaki, którzy o całej sytuacji wiedzieli, zachowali się tak jak się spodziewałem, czyli śmiali się z posta i głupoty tej dziewczyny, co wtedy było mi bardzo na rękę. Co jakiś czas wchodziłem na jej profil, żeby sprawdzić jak jej się układa, ale po kilku miesiącach zablokowała konto dla nieznajomych i już nie mogłem jej śledzić. Próbowałem też stworzyć fake konto i dodać ja do znajomych, ale nie zaakceptowała mojego zaproszenia. Czas mijał, a ja coraz mniej się sprawą interesowałem.
Jakiś czas temu spotkałem jednego z kumpli, z którym wtedy byłem na wakacjach.
Zaczęliśmy wspominać młodość i ten pełen przygód wyjazd. Wspomnienia wróciły, wyrzuty sumienia też. Po raz pierwszy od dłuższego czasu znowu postanowiłem wejść na jej profil. Co prawda konto było zablokowane, ale mogłem zobaczyć zdjęcie profilowe. Na zdjęciu były trzy osoby. Kobieta, mężczyzna i dziecko, chłopiec. Chłopiec tak łudząco podobny do mnie, że nie miałem wątpliwości - to mój syn.
Kiedy zobaczyłem to zdjęcie, obraz uśmiechniętej i szczęśliwej rodziny, poczułem niesamowita pustkę i żal.
Przepłakałem całą noc. Myślałem tylko o tym, jakim dupkiem byłem i jak bardzo żałuję, że wtedy się nie odezwałem. Że nie nawiązałem żadnego kontaktu. Dziś siedzę w pustym mieszkaniu z rozdartym sercem i zastanawiam się, czy wysłać wiadomość, którą od kilku dni kilkukrotnie pisałem, edytowałem i usuwałem.
Gdy miałem kilkanaście - dwadzieścia kilka lat, przeżywałem jakąś dziwną fascynację kolejami. Uwielbiałem jeździć koleją, znałem cały rozkład jazdy z mojej miejscowości na pamięć, czasy przejazdów między poszczególnymi miejscowościami, znałem historię większości linii kolejowych w kraju, także tych nieczynnych i rozebranych, typy większości pojazdów szynowych, sygnały i oznaczenia. Najczęściej uczęszczane linie znałem na pamięć, jadąc na uczelnię, potrafiłem jechać całą trasę z zamkniętymi oczami i po wydawanych odgłosach wiedziałem gdzie jesteśmy i czy pociąg ma spóźnienie.
Gdy jeszcze chodziłem do liceum, często wychodziłem z domu pod byle pretekstem i szedłem na dworzec lub do najbliższego przejazdu popatrzeć na pociągi. Później wybrałem studia w miejscowości odległej o kilkadziesiąt kilometrów, zbyt blisko, żeby był sens wynajmować pokój/stancję, ale tak żebym prawie codziennie miał ok. 3 godziny przyjemności jazdy pociągiem. Chciałem nawet zbudować w domu makietę linii kolejowej, zbierałem na to kasę, ale w domu się nie przelewało, studia też kosztowały i niestety skończyło się na marzeniach. Moja fascynacja miała nawet podtekst seksualny, wielokrotnie masturbowałem się w pociągu, zdarzyło się nawet parę razy zrobić to z dziewczyną w kolejowym kiblu, czy pustym przedziale.
Nie zostałem kolejarzem, nie zbudowałem nigdy makiety, jakoś pod koniec studiów fascynacja koleją mi przeszła, nie wiem dlaczego, tak po prostu bez jakiegoś powodu. Dalej lubię jeździć pociągami i gdy mam wybór zawsze wybieram kolej, nadal posiadam całkiem sporą wiedzę z zakresu kolejnictwa, interesuję się tym, chociaż nie tak bardzo jak kiedyś. Wiele osób wie, że interesuję się kolejnictwem, ale nikt nie wie jak bardzo mi kiedyś odbiło.
Dodaj anonimowe wyznanie