Mam partnera. Parter ma przyjaciółkę.
Przez pierwsze kilka miesięcy naszego związku, kiedy przychodził do przyjaciółki w piątek, wychodził w poniedziałek rano. Pili razem. Spali w jednym mieszkaniu. Jedli razem na mieście. Tłumaczył to dobrą relacją i tym, że jego przyjaciółka jest dla niego niesamowicie ważna. Miałam nie być zazdrosna.
Co prawda teraz ta sytuacja się nie powtarza, ale cały czas zdarza mu się spędzić z nią cały dzień. Spędził całą noc u niej zarówno w walentynki, jak i w dzień kobiet. Miałam nie być zazdrosna.
Mam partnera. Parter ma znajomych.
Mieliśmy iść na ślub znajomych i został, ze mną, zaproszony na kawę, żeby odebrać zaproszenie. Poszedł sam, mimo że byłam wymieniona imiennie na zaproszeniu. Im powiedział, że pracuję. Ja dowiedziałam się o tym dzień przed umówionym spotkaniem. Miałam się nie przejmować.
Zostaliśmy zaproszeni na kawę przez jego znajomych, którzy chcieli mnie poznać. Jak zawsze poszedł sam. Im powiedział, że pracuję. Miałam się nie przejmować. Co jakiś czas podobna sytuacja się powtarza.
Z całą świadomością znaczenia tego terminu psychologicznego mogę powiedzieć, że jestem gaslightingowana. Nie umiem sobie poradzić z wyżej wymienionymi sytuacjami i płaczę, złoszczę się, i próbuję rozmawiać. Czuję się opcją zapasową. Mój partner zaś uznaje, że robię mu krzywdę lub przykrości, ograniczam mu wolność, przesadzam, wymyślam problemy. Mimo, że jestem świadoma patologiczności tej sytuacji, w pełni się na nią godzę, bo jestem uzależnia psychicznie od niego i stopniowo zaczynam mu wierzyć w to, że ja jestem problemem.
Nigdy nie myślałam, że utknę w tak okropnym błędnym kole. Na dodatek w tak młodym wieku. Mam 21 lat i cierpię na nerwicę. Głównie przez stres, przez to w jakich warunkach dorastałam, przez to, że wszystkim się martwię i stresuje, ale nie będę się rozpisywać.
Wyobraźcie, że idziecie do nowej pracy. Towarzyszy temu stres praktycznie zawsze i każdemu. Ja natomiast kilka dni wcześniej nie dam rady spać, mam biegunkę, głowa boli tak okropnie, że nie dam rady myśleć, mam dziwne skurcze mięśni.
Moje błędne koło polega na tym, że kiedy się stresuje to doskwierają mi właśnie te dolegliwości, a kiedy już się uspokoję i przyzwyczaję do sytuacji, wtedy stresuje się tym, że znowu zacznie mnie boleć głowa (bo tego objawu najbardziej się boję, jest to najgorsza rzecz jaką muszę przeżywać). I tak oto stresuje się praktycznie ciągle i nie dam rady tego powstrzymać...
Chodziłam do psychiatry, ale leki które wypisał sprawiają, że nie potrafię myśleć, wywołują ból głowy lub nudności.
Korzystam też z ziołowych tabletek i mocnych przeciwbólowych, ale średnio działają.
Jestem osobą, która nie da rady dostosować się do życia. Nie wiem co mam zrobić. Nie mogę nawet się nikomu wygadać, bo nie wierzą mi, że jest tak źle i każą się ogarnąć.
Czasami po prostu nie daję rady.
Najgorzej jest, kiedy w nocy nie dam rady zasnąć, a jedyne co mi towarzyszy to okropny ból głowy i łzy bezradności.
Moi rodzice całe życie się żarli albo nas, dzieci, wyzywali od nieudaczników. Wychowywali nas w myśl zasady "ryby i dzieci głosu nie mają", toteż nauczyłam się żyć w akompaniamencie wrzasków po prostu robiąc swoje. Ale dorosłam i zaczynałam mieć swoje zdanie.
Teraz studiuję i wróciłam niedawno do domu rodzinnego na parę dni. Rodzice jak zwykle coś tam na siebie krzyczeli i nie wytrzymałam, wybuchłam i wszystko im wygarnęłam.
Usłyszałam od nich tylko jedno zdanie: Nie mówimy do ciebie, więc siądź sobie w kącie jak zawsze i puść muzykę w słuchawkach.
I wrócili do kłótni.
Kiedy byłam mała (może z 4 latka), miałam przyjaciółkę, z którą przyjaźniłam się od urodzenia. Obie w tym samym wieku, nierozłączne papużki, sąsiadki. Jej rodzice mieli sklep z zabawkami, więc dostawała ich mnóstwo bez okazji. Bardzo jej tego zazdrościłam, bo sama miałam tylko jedną szmacianą lalkę, drewniane klocki i drewnianego pieska "na sznurkach". Zazdrościłam jej tych wszystkich dobroci, ale wiedziałam, że nie mogę być zła na rodziców, bo bardzo się starali, więc nigdy nie prosiłam o żadne prezenty.
Pewnego razu, kiedy koleżanka poszła do łazienki, ukradłam jednego pudelka wielkości winogrona. Zorientowała się o braku zabawki po paru dniach, ale stwierdziła, że pewnie się zgubił. Było mi bardzo wstyd się przyznać, więc tego nie zrobiłam.
Ostatnio siedziałyśmy przy winie i wspominałyśmy nasze zabawy. Przyjaciółka wspomniała, że pamięta jedną zaginioną zabawkę i do dzisiaj zachodzi w głowę, gdzie ona mogła się podziać. "Taki mały pudelek, nawet nie był jakiś specjalnie ważny, ale jakoś tak zapadł mi w pamięć. Może dlatego, że bardzo chciałam ci go oddać, bo było mi szkoda, że nie miałaś się czym w domu bawić".
Po tylu latach nadal się nie przyznałam. Mam wrażenie, że ona wie. :)
Pudelka nadal mam w domu. Mam do niego straszny sentyment, pomimo tego, w jaki sposób go "zdobyłam".
Mam dziwne hobby.
W związku z pracą często latałam do Japonii, mieszkałam wtedy w Australii. Mówię biegle po japońsku i angielsku. Nieraz gdy byłam w jakimś sklepie, biurze, hotelu w Australii mówiłam po polsku, łamaną angielszczyzną, a gdy byłam w Japonii, po angielsku. Bawiło mnie to, że dobrze rozumiem ludzi, którzy próbowali mi coś wytłumaczyć, komentowali wszystko w swoim języku, a ja udawałam, że totalnie nic nie rozumiem.
Najzabawniej było w Japonii. Ludzie odpowiadali po japońsku, gdy usłyszeli angielski byli maksymalnie zestresowani, próbowali na migi, nieraz w jakiś restauracjach kilkoro pracowników konsultowało ze sobą wszystko, używając tłumaczy.
Były też sytuacje, gdzie próbowali mi coś drogiego wcisnąć. Np. kupując bluzkę dla siostrzenicy w Kyoto, sprzedawczynie kazały wyciągnąć tylko najdroższe rzeczy, bo po koszyku było widać, że mam pieniądze. Wtedy odpowiadałam, że znam trochę japoński i rozumiem co powiedziały - przeprosiny były przednie.
Byli też obleśni Japończycy, faceci, którzy będąc po pracy, w knajpach czy barach, próbowali do mnie zagadać po japońsku, gdy nie odpowiadałam, czy mówiłam po angielsku komentowali mój ubiór, wzrost, piersi - wszystko dosłownie. Wtedy też gdy kończyłam jeść, podchodziłam do nich i tłumaczyłam, że ich zachowanie jest karygodne, że muszą mieć sporo kompleksów itp. Miny również mieli bezcenne.
Było miło, gdy Japonki komentowały, że mam ładne włosy, czy faceci namawiali siebie nawzajem, żeby któryś do mnie zagadał.
Rok temu wróciłam do Polski i bardzo mi tego brakowało, dlatego gdy jadę gdzieś dalej od domu czy pracy, również mówię po angielsku, ale tu ludzie już sobie w miarę dobrze radzą, nie ma takiej zabawy. Jakiś czas temu podeszła do mnie Cyganka na żebry, ale gdy tylko usłyszała japoński to zrezygnowała.
W sumie nikomu o tym nie mówię. Bardzo mnie to wszystko bawi, ale czuję też, że to na swój sposób wredne podejście.
19 lat temu byłam w bardzo ciężkiej sytuacji życiowej (prawie brak dachu nad głowa, choroba, problemy z ówczesnym partnerem, który mnie bił) i niechcianej ciąży. Nie stać mnie było wtedy na aborcje, poza tym dowiedziałam się o ciąży bardzo późno (chorowałam wtedy i myliłam objawy ciąży z choroba, którą posiadam), co skutkowałoby dodatkowym problemem z usunięciem jej.
Pozostało mi urodzić i oddać. Tak też zrobiłam. Nie wiem co się stało wtedy z dzieckiem ani gdzie trafiło. Po jakimś czasie w końcu ułożyłam sobie życie, poznałam męża, w końcu nawet zapragnęłam dziecka. Udało mi się w końcu poukładać życie z ukochanym mężem i córką. No niestety wszystko runęło jakiś miesiąc temu. Syn, którego oddałam, odnalazł mnie. Z początku chciał się tylko spotkać i porozmawiać. Zgodziłam się na to. Wytłumaczyłam mu sytuacje, dodałam nawet, że mogę mu jakoś pomóc w życiu. Jednak on wyszedł bez słowa. Najpierw śledził mnie, a potem mojego męża. Zostawiał liściki z groźbami, w których pisał, że zrujnowałam mu życie i za kare już nigdy nie powinnam zaznać szczęścia. W końcu jakimś cudem dowiedział się gdzie mieszkam i potrafił przychodzić w nocy i rzucać kamieniami w moje okna.
Raz przyszedł do mojego domu, tłumacząc coś, że chce się pogodzić, ale z w zamian mam mu dać 50 tysięcy. Wyprosiłam go. Poza tym odnosiłam wrażenie, że jest pod wpływem narkotyków. Potem przez chwilę był spokój, myślałam, że odpuścił. Aż do momentu, gdy zobaczyłam go pod szkołą mojej córki. Myśl, że mógłby skrzywić moją córkę spowodowała to, że natychmiast wybrałam się na policje. Powinnam zrobić to o wiele wcześniej, ale miałam pewne poczucie winy...
Obecnie będę się starać o zakaz zbliżania się. O ile nas nie pozabija do tego czasu, bo wczoraj znów widziałam go pod moim domem. Coraz bardziej się boje.
Mieszkałam kiedyś w internacie dla dziewcząt.
Kilka razy w tygodniu wychowawczyni wraz z dyżurną sprawdzały pokoje dziewcząt, w czasie, gdy wszystkie byłyśmy na lekcjach.
Pamiętam, gdy któregoś dnia to ja byłam dyżurną i chodziłam z wychowawczynią sprawdzać pokoje. Nigdy nie zapomnę widoku brudnej bielizny z przyklejoną zużytą podpaską leżącą obok śniadania w szafce. To był pokój najelegantszej z dziewczyn w internacie, pięknej, zadbanej, z zamożnego domu.
Od tej pory wszystkie eleganckie i ładne dziewczyny kojarzą mi się z brudem.
W tym tygodniu dowiedziałam się, że mój mąż, z którym jestem od 5 lat, w 2017 roku zdradził mnie, a w czerwcu 2018 r. urodził mu się syn.
Dwa lata temu straciłam nasze dziecko w 9 tyg ciąży.
Nie mogę oddychać normalnie, nie jem, nie mogę spać. Byłabym w stanie mu wybaczyć, gdyby powiedział mi od razu, a nie gdy mały ma już dwa lata.
Nie jestem w stanie jego zrozumieć. Jak można kogoś tak zranić? Jego matka oraz bracia wiedzieli, przekonywali, żeby mi powiedział.
Najgorsze jest to, że nie mogę wrócić do Polski przez sytuację z koronawirusem. Walizki miałam spakowane, ale odwołali mój lot.
Przez dwa lata nie dostałam od niego nawet róży, zapomniał o moich ostatnich urodzinach. Swoje dziecko widywał normalnie, kiedy byłam w pracy. Nosi imię po jego zmarłym ojcu. Dwa lata kłamstw dzień w dzień. Nawet nie miał jaj, żeby mi powiedzieć. Znalazłam w domu faktury na różne dziecięce rzeczy, a ani w jego, ani w mojej rodzinie nie ma dzieci poniżej 10 roku życia.
Przestałam czuć cokolwiek, oprócz pustki.
Wychowywanie się w rodzinie fanatyków religijnych to największy koszmar, jaki przeszłam.
Ciągłe straszenie mnie rzekomym końcem świata. Gdy chorowałam, matka jedynie się modliła zamiast zabrać mnie do lekarza. Do tego ku ich zmartwieniu urodziłam się dziewczynką, więc ciągle próbowali mi wmawiać takie rzeczy jak to, że jestem gorsza i nieczysta. Za to mój brat był oczywiście lepszy, rodzice pokładali w nim ogromną nadzieję, że zostanie księdzem.
Nigdy nie zapomnę, jak dostałam pierwszą miesiączkę. Matka zawołała ojca i przez dobrą godzinę tłumaczyli mi, że teraz jestem podwójnie narażona na atak szatana. Serio, to ich słowa.
Gdy tylko skończyłam 18 lat, natychmiast uciekłam. Z początku mieszkałam u mojej ciotki, potem znalazłam jakąś pracę, kawalerkę i życie jakoś zaczęło się układać.
I pewnie jesteście ciekawi, jak potoczyły się losy mojego brata - przyszłego księdza. No cóż, nie udało mu się zdać matury nawet za trzecim podejściem. Obecnie ma 28 lat, nadal mieszka z rodzicami, nie pracuje i wyznaje takie same wartości co oni.
Ostatnio mój facet chciał wykazać się romantyzmem.
Dogadał się z moją przyjaciółką, żeby zabrała mnie z domu, a on pod moją nieobecność zrobi mi niespodziankę. Wszystko super, pięknie.
Wracam do domu. On zasłania mi oczy. Czuję zapach dobrego jedzenia. Odsłania mi oczy. Widzę wszędzie płatki róż, zrobione krewetki i wino.
Okazało się, że płatki róż porozsypywane było po całym domu i jeszcze na łóżku.
Byłam taka szczęśliwa, wzruszona.
Czar prysł, kiedy oznajmił: "No, ja robiłem, ty sprzątasz''.
Po romantycznej kolacji , musiałam sprzątać z dobre trzy godziny.
Pozdrawiam romantycznych facetów! ;)
Dodaj anonimowe wyznanie