#Smcaz

Chodziłam do żeńskiej szkoły prowadzonej przez zakonnice. W II klasie LO byłyśmy na dosyć długiej wycieczce we Włoszech, gdzie 5 dni mieszkałyśmy w Rzymie, zwiedzając dokładnie wszystkie muzea. Zatrzymałyśmy się w Domu Pielgrzyma prowadzonym przez jakieś siostry. Do kolacji serwowane było wino stołowe z wodą (miałyśmy 16-17 lat, to jeszcze okres starego trybu nauki).

Jednego wieczora kilka dziewczyn łącznie ze mną postanowiło zrobić imprezę w pokoju - podebrałyśmy wino z wózka i dopiłyśmy je w pokoju. Potem, aby nie wyrzucać w pokoju butelek, owinęłyśmy je w jakieś torby foliowe i wsadziłyśmy do plecaków, aby następnego dnia wywalić na mieście.

Wszystko świetnie, plan był doskonały, ale ja zapomniałam o tym, że miałam wywalić moją butelkę.

Wchodzimy do jakiegoś muzeum z zabezpieczeniami jak na lotnisku - gdzie każdy musiał położyć swój plecak do przeskanowania. Zaglądam panu z ochrony z ciekawością w monitor, gdy mój plecak jedzie na taśmie i nagle czuję jak cała krew odpływa mi z twarzy. Pan zerka na monitor, potem na mnie i znowu na monitor i pyta po angielsku: "Czy masz w plecaku dużą szklaną butelkę?".

Nagle sobie uświadomiłam co się stało. Przestałam oddychać. Czas się zatrzymał i tylko moje serce waliło jak oszalałe. Gdzieś trzy osoby za mną w kolejce stały siostra wychowawczyni i siostra dyrektor. W szkole i tak już miałam nieco przerąbane, a teraz jeszcze taka akcja!

Powiedziałam "Tak" przez zaciśnięte ze strachu gardło.

Ochroniarz zmarszczył brwi i zajrzał do mojego plecaka. Zobaczył pustą butelkę po winie w torbie foliowej, podrapał się po głowie.
Osoby z kolejki już wyciągały szyje aby zobaczyć, co się stało - czemu nagle płynność wchodzenia została zatrzymana. Koleżanka za mną zakryła ręką usta i otworzyła szeroko oczy. A ja miałam poczucie, że zaraz zemdleję.
Mężczyzna popatrzył w moje spanikowane, błagalne oczy i rzekł: "Wywal to" - wskazując wymownie na najbliższy kosz na śmieci. Wyjąkałam tylko "tak, dziękuję".
Dyskretnie wywaliłam butelkę.

Chwilę później siostra wychowawczyni kazała otwierać plecak i do niego zaglądała.
Miałabym przerąbane jakby się dowiedziała, co chwilę wcześniej było w tym plecaku.

Wieczorem - po powrocie z miasta - siostry z domu pielgrzyma zrobiły awanturę, bo przeliczyły wina i wyszło, że brakuje 6 (otwartych) butelek. Miałyśmy rewizję w pokojach. W jednym znaleziono dwie puste butelki (bo dziewczyny jednak nie były zbyt bystre).

Po latach dalej czuję wdzięczność do tego gościa, mógł zrujnować moją reputację do cna, a tego nie zrobił :D
Dzięki niemu mogłam tamtego wieczora robić oburzoną minę i mówić jak to sobie nie wyobrażam podobnego zachowania ;)

#wnNPB

Mam 18 lat. Potrafię sobie poradzić niemal w każdych warunkach. Mógłbym powiedzieć, że wychowywałem się właściwie sam, walcząc z rodziną, bo życiowe "rady" i "ostrzeżenia", które dostawałem od mojej chorej na schizofrenię rodzicielki (mieszkaliśmy odkąd pamiętam tylko we dwoje) musiałem wybijać sobie z głowy, bo już w wieku 6-8 lat widziałem, że coś jest nie tak  ("Nie myj się tak często. Raz na tydzień wystarczy, bo ci się warstwa ochronna zedrze"). Również niezliczone ilości zabobonów, o których myślałem, że tak po prostu jest - czarne koty, lustra, po trzy obrazy na jednej ścianie z Maryją i Jezusem itp. Do kościoła co niedziela i o 5 nad ranem różaniec. Do szkoły szedłem zmęczony, ale zadowolony, że mogę porozmawiać z kimś normalnym i się pobawić, pośmiać się i pograć w piłkę. Z ubraniami też było ciekawie.

Gdy szedłem do trzeciej klasy, chciałem mieć czarne dżinsy, żeby dobrze wyglądać. Wcześniej za bardzo nie zwracałem uwagi na ubrania, dopóki rówieśnicy nie zaczęli się ze mnie śmiać. Mama powiedziała, że nie mogę chodzić w czarnym, bo to symbol szatana. Pieniądze miałem, dostałem od dziadków po opowiedzeniu co się stało. Decyzji mamy nie rozumiałem. Potrafiłem się dobrze sam ubrać, ubrania wybierałem chodząc po sklepach z babcią, bo mama próbowała ubierać mnie jak dziewczynkę, co wywierało na mnie duży stres.

Raz stałem z mamą w sklepie z ubraniami, rodzice z innymi dziewczynkami obchodzili nas szerokim łukiem, z politowaniem patrząc co mama na mnie zakłada, ale nikt nie zwrócił jej uwagi. Ja w krzyk, darłem się, bo wiedziałem, że lepiej zrobić scenę teraz w sklepie, niż żeby śmiali się w szkole. Krzyczałem zapłakany, wyjąc z nadzieją, że coś się zmieni, wołałem "Co ty robisz! Tak chłopaki przecież nie chodzą! Nie zakładaj mi tego!". Podeszła do nas pani ekspedientka, a ja znów eksplodowałem płaczem. Kobieta nawet nic nie powiedziała, wystarczyło, że przed oczami miałem porównanie mojej matki nie dbającej o wygląd i o wszystko, a obok stał normalny człowiek, o którym marzyłem, żeby był moim rodzicem. W tamtym momencie w mojej głowie kłębiło się bardzo dużo myśli. Nie rozumiałem już nic. Nie rozumiałem skąd takie reklamy w telewizji, że cała rodzina siedzi przy stole i jest szczęśliwa i dlaczego mam tak, a nie inaczej. Mama się zdenerwowała i wyciągnęła mnie ze sklepu za rękę, tak uniknąłem zakupów.

[Kończy mi się miejsce, chętnie dopiszę, jak interesujące]

#v616z

Jestem kobietą i po prostu uwielbiam czułości. Mam bardzo wysokie libido oraz od roku brak stałego partnera, dlatego jestem w kilku relacjach typu "przyjaciele z dodatkowymi korzyściami". Są to fajni faceci, z którymi mogę jednego dnia iść na kawę i pogadać, a drugiego umówić się na spotkanie w sypialni. I wszyscy są zadowoleni. Jednak mimo wszystko ukrywam to jak mogę. Kilka razy zdarzyło się, że ktoś jakimś cudem dowiedział się i zostałam nazwana przy użyciu bardzo niecenzuralnych słów. Innym razem jednak z własnej woli postanowiłam podzielić się tą informacją z bliską mi przyjaciółką. Byłam pewna, że nie będzie to dla niej żaden problem, przecież nic złego nie robię. Ku mojemu zdziwieniu usłyszałam, że się nie szanuję i nikt nie będzie chciał takiej kobiety. Naprawdę przykro mi się wtedy zrobiło. Nigdy nie postrzegałam tego jako brak szacunku do siebie. Dla mnie to zwykła przyjemność, nie powoduje to u mnie żadnych negatywnych skutków, a korzyści są takie same dla obu stron. Poza tym nie pojmuję dlaczego jako kobieta z większą ilością partnerów miałabym mieć mniejsze szanse na związek niż mężczyzna z większą ilością partnerek. Dla mnie takie rzeczy nie są żadnym wyznacznikiem. A jednak muszę wszystko ukrywać nawet przed bliskimi.

Nie potrafię pojąć skąd bierze się takie negatywne nastawienie społeczeństwa do tego, że ludzie lubią niezobowiązujące spotkania w  jednym celu, a jak nie daj boże praktykuje to kobieta, to jest jeszcze gorzej. Poza moim życiem łóżkowym jestem zupełnie zwyczajną osobą, niczym się nie wyróżniam z tłumu.

#bBtzw

Lubię sobie czasami poczytać bardziej pikantne książki pisane na Wattpadzie. Klimaciki typu BDSM, relacja pan-sługa etc. Czasem wysyłam linki do fajnych książek mojej koleżance Ani, którą znam z fitnessu. Jakoś tak wyszło, że obydwie czytałyśmy pewną serię  i o niej dyskutowałyśmy żywo w szatni. I tak samo - jak ona znajdzie niezłe opowiadanie, to mi je przysyła. Najczęściej wysyłam jej linki za pomocą Facebooka.

Właściwa historia - przed świętami znalazłam naprawdę niezłe opowiadanie, także pod kątem językowym. Opowiadanie jest o relacji sługa-pan i jednym z motywów była obroża na szyję. Wiedziałam, że Anię to kręciło, więc w środku nocy wysłałam jej link do opowieści oraz link do obroży na allegro wraz z kodem rabatowym do sklepu internetowego w stylu "rozkosz" i napisałam: "może chcesz coś zmienić w Waszym związku?".

Trochę byłam zdziwiona, że Ania rano nie zareagowała, więc weszłam jeszcze raz w rozmowę i odkryłam, że... nic tam nie ma.
Byłam pewna, że wysłałam link!
Nagle serce mi stanęło, bo odkryłam, że link wysłałam do katechetki mojej córki, którą mam w znajomych przez jakąś dawną szkolną akcję. Kobieta także ma na imię Anna, ma nieco podobne nazwisko, ale jest w wieku ok. 40 lat.
Serio, zestresowałam się.
Napisałam krótkiego maila z wyjaśnieniem, że link nie był do niej i że się pomyliłam etc. Była mi MEGA GŁUPIO.
Nic. Zero odpowiedzi.

Wczoraj odpisała - po 2 miesiącach, dziękując mi za przypadkową pomoc, bo mieli z mężem kryzys w związku i mąż chciał separacji, a moja wiadomość otworzyła jej oczy na to, że może da się coś poprawić i że jako osoba wierząca mimo wszystko może poszukać czegoś, co doda jej pożyciu pikanterii, ale nie zaczęła od obroży, tylko od bielizny erotycznej. Napisała też, że przeczytała opowiadanie z zapartym tchem :D

Dalej mi głupio, jak ją widzę. :/

A jakby ktoś nie lubił braku dokończeń, historia nazywa się "Srebrna maska".

#7V5K2

W dniu swoich 20. urodzin dowiedziałam się, że moje złe samopoczucie to nie wina stresu, a po prostu choruję i to poważnie. Nigdy nie zapomnę momentu, w którym lekarz chciał w delikatny sposób powiedzieć mi o tym, że nigdy nie będę mogła zajść w ciążę, a ja zamiast się załamać stwierdziłam, że to jedyny plus mojej choroby.

Lata mijały, po czasie poznałam mężczyznę, z którym się związałam. Nigdy nie zabezpieczaliśmy się, bo po prostu nie było ku temu powodów, gdy kilku lekarzy zapewniało mnie, że moje szanse na zajście w ciąże są praktycznie zerowe.

Pamiętam doskonale tamten dzień, obudziłam się rano i czułam się wyjątkowo słabo. Nie wiem czemu, ale miałam jakieś dziwne przeczucie, że coś jest nie tak i pomyślałam właśnie o ciąży. Idąc do apteki śmiałam się do siebie, że to przecież niemożliwe, więc tylko marnuję czas, a za te 10 zł za test ciążowy mogłabym kupić coś lepszego na śniadanie. Gdy na teście zobaczyłam dwie kreski, w pierwszej chwili byłam pewna, że test jest wadliwy. Przecież nie mogę zajść w ciążę... Na widok wyniku kolejnego testu po prostu zemdlałam. Byłam w tak ogromnym szoku, a jednocześnie ogarnęła mnie panika i potworny strach. W moim życiu nigdy nie będzie miejsca dla dzieci, nie chcę ich. Dodatkowo moja choroba mogłaby doprowadzić do tego, że ciąża pogorszyłaby mój stan.

Gdy mój narzeczony wrócił z pracy, zapłakana i zdruzgotana pokazałam mu test. Pamiętam, że bałam się tylko jednego - opcji, że mój ukochany będzie oczekiwał ode mnie, że to dziecko urodzę albo po prostu sprawię mu ból tym, że usunę ciążę. Jednak on wykazał się niesamowitym wsparciem i zrozumieniem. Sam pomógł mi w zamówieniu tabletek, a następnie pomagał i wspierał przy ich braniu. W odczuciu było to takie samo jak miesiączka, ale bardziej bolesna. Wszystkiemu towarzyszyły jeszcze wymioty i biegunka, ale to efekt leków. Mimo tego poczułam ogromną ulgę. Moment, w którym wiedziałam, że już jest po wszystkim był chyba jednym z najszczęśliwszych w moim życiu.

Od tamtej pory miną niedługo 4 lata. W międzyczasie zdążyłam wyjść za mąż i ułożyć sobie życie. Jednak ani trochę nie żałuję mojej decyzji, gdyby cofnąć czas postąpiłabym tak samo. Bycie w ciąży oraz macierzyństwo byłoby dla mnie najgorszym koszmarem. Nie chcę sobie nawet tego wyobrażać. Obecnie czuję się szczęśliwa, mam kochającego męża i spokojne życie. Jednak aborcja zostawiła na nim jakiś ślad. Od tamtej chwili stosuje zabezpieczenie, mimo tego, że lekarze zapewniają, że ciąża przy mojej chorobie to cud, a donoszenie jej byłoby jeszcze większym cudem. Po prostu chce mieć pewność, że taka sytuacja już nigdy się nie powtórzy.

#JimXu

Jestem osobą w wieku nastoletnim i mieszkam z rodzicami. Moja rodzina jest dość religijna i jakiekolwiek sprzeciwianie się temu nie jest dobrym pomysłem. Efekty takiego buntu bardzo źle odbiłyby się na moim życiu.

Od ponad roku okłamuję rodziców, że chodzę do kościoła. Kiedy w niedzielę mówię, że idę na wieczorną mszę, tak naprawdę w ogóle tam nie docieram. Wolę przez godzinę spacerować po okolicy niż tam siedzieć. Nie chcę słuchać proboszcza, który nieraz mówi ludziom, na kogo mają głosować, albo rozgłasza różne teorie spiskowe.

Wiem, że niektórzy mogą mnie za to źle ocenić albo zarzucić mi tchórzostwo i niedojrzałość. Jednak ja uważam, że po prostu nie mam innego wyboru.

#VIhWE

Mam 25 lat i naprawdę prawie niczym nie wyróżniam się spośród innych ludzi, jest jednak jedno "ale". Od dziesiątego roku życia jestem ABD (Adult Baby Diaper Lover).

Zaczęło się to, jak już wspomniałem, w dziesiątym roku życia. Mojej siostrze urodziło się dziecko, mieszkaliśmy wtedy wszyscy w jednym domu i podczas jej nieobecności, jak to każdy dziesięciolatek, wchodziłem po kryjomu do ich pokoju i podbierałem sobie słodycze. Pewnego razu jednak w szafce oprócz upragnionych słodyczy znalazłem także kilka dziecięcych pieluch. Wziąłem dwie sztuki z ciekawości, aby sprawdzić "jakie to jest uczucie". Spodobało mi się to. Ta miękkość i jakieś bardzo dziwne uczucie przyjemności, nie mające podłoża seksualnego (u mnie nie miało to podłoża seksualnego ani nie ma go dziś). Podbierałem coraz więcej pieluszek, aż w końcu jej dziecko z tego wyrosło. Do 13 roku życia byłem odcięty od pieluch, aż urodziło jej się drugie dziecko. Poczułem znów chęć założenia pampersa, z samego faktu, że to pampers. Znów zacząłem podbieranie. Jak jej kolejne dziecko wyrosło z pieluch, to próbowałem je szyć samemu z ceraty, szmat itd. Dopiero po ukończeniu 17 roku życia odważyłem się pójść do apteki i kupić pierwszą paczkę pieluch dla dorosłych. Kupowałem ich coraz więcej, nosiłem coraz częściej. Dziś noszę je 24/7, nie robię w nie dwójki broń Boże. Piszę ten post, ponieważ nigdy nikomu z tego się nie zwierzyłem, nikt o tym nie wie, może to wyznanie przyniesie mi ulgę.

#7rr6E

Trochę o "matce męczennicy".

Moja mama zawsze się poświęcała dla rodziny. Na jakiekolwiek niedziele, święta czy inne ważne okazje zawsze musiała wszystko sama przyszykować, upiec, bo kupne to złe. Nigdy nie umiała też prosić o pomoc, a na tę oferowaną ciągle przez członków rodziny zwykle reagowała: "Zostaw, nie zrobisz mi tak jak ja tego chcę" albo "Nie umiesz, daj, ja to zrobię". Ja jako córka mniej więcej od czasów podstawówki regularnie słyszałam tekst "Ty nic nie potrafisz zrobić" na zmianę z "Rzygać mi się chce, jak patrzę jak to robisz". Czy rzeczywiście byłam aż tak beznadziejna we wszystkim?

Gdy wyjechałam na studia okazało się, że jednak nie. Współlokatorzy chwalili mnie za sprzątanie, reszta znajomych wsuwała moje dania i wypieki aż im się uszy trzęsły i prosili o dokładki. Owszem, musiałam się nauczyć sama masy rzeczy, ale koniec końców umiałam to wszystko zrobić, tyle że na swój sposób i w swoim tempie. Jak to wyglądało w domu? Wszystko musiało być robione tak, jak moja mama tego chce i dokładnie wtedy, gdy ona tak zarządzi. W innym wypadku padały wymienione wyżej teksty, okraszone wyrzutami "Ja robię chociaż się nosem podpieram, tyle się dla was poświęcam!". No właśnie, tylko że... ja nigdy nie chciałam tych poświęceń. Wolałabym usiąść z uśmiechniętą i zadowoloną z życia mamą przy kupnym cieście, niż ze zgorzkniałą i wiecznie rozżaloną przy domowej szarlotce.

Kocham moją mamę, jestem jej wdzięczna za to, że tyle dla mnie w życiu zrobiła - opiekowała się, gdy chorowałam, gotowała pyszne obiady, po prostu za to, że zawsze dla mnie była. Ale (i to jest właśnie ta anonimowa część, której nigdy jej nie powiem) równocześnie nienawidzę jej za brak wiary we mnie, za ciągłe wypominanie i utrzymywanie mnie w poczuciu, że jestem wyrodną córką, gdy robiłam coś nie po jej myśli. Za to, że mając 24 lata z trudem buduję poczucie własnej wartości i dopiero uczę się stawiać samodzielne kroki w dorosłym życiu. Za to, że nauczyła mnie opierać swoją wartość na słowach innych ludzi, zamiast na swoich wewnętrznych przekonaniach.

#0KpRJ

Dziś rzuciłem każdą używkę. Mam wspaniałą żonę, która wybaczyła mi wiele krzywych akcji. Mam dwójkę wspaniałych dzieci. Ale jestem ćpunem. Piję, palę zioło, walę po nosie i nie odmawiam innych eksperymentów. Dzieci w sumie nie widują mnie pod wpływem, ale jednak czasem jestem krzykliwy, kłócę się bez powodu. Rzucam pracę bardzo często, przez to nie możemy się ustabilizować finansowo. Jednak od zawsze dom, w którym są moje dzieci ma być czysty od używek (chociaż tyle rozumu mi zostało), więc żona nie jest świadoma tego, że ćpam, nie zna nikogo z mojego towarzystwa od odlotu. Moje używanie powoduje więcej kłótni między nami, bo jednak się zmieniłem przez ten syf. Dziś to właśnie do mnie dotarło. Uczucie takie, jakby ktoś dał mi w łeb od tyłu znienacka. 12 godzin temu powiedziałem sobie, że koniec z tym, jeśli podejdę do tego tak jak potrafiłem kombinować siano na ćpanie, to muszę dać radę. Od dziś więcej wyjść na kolację z żoną, z dziećmi do parku, wycieczek. Jutro szukam pracy, i choćbym miał pole na ziemniaki przekopywać saperką, nie zrezygnuję z niej. Zero ćpania, picia, trochę zdrowej diety (bez przesady, zjeść lubiłem od dziecka jestem żarłokiem), trochę boiska dla ruchu. Wracam do tego, kim byłem 11 lat temu.

Miało być krótko, tylko tak, żebyście kciuki trzymali, bo tak naprawdę nie mam komu o tym powiedzieć.
I w ramach motywacji powiem, że czuję się dumny, w końcu to pierwszy krok, w dodatku podjęty przeze mnie z własnej woli. I tak dodatkowo do tych, którzy mnie pocisną w komentarzach: nieważne, co napiszecie, jestem świadom, że każdy pocisk będzie słuszny i w sumie będzie niczym przy tym, co pomyślałem o sobie gdy dotarło do mnie, co odpier....em.
Tak więc ludzie trzymajcie te kciuki. Przyda się.

#5Hpik

Wchodzi do mojego gabinetu baba (taka wredna, roszczeniowa dama) i od wejścia z ryjem do mnie, że jej dzieciaczkowi nie znika wysypka, nie śpi i ciągle płacze. Na spokojnie próbuję jej wytłumaczyć, że to się zdarza i ma mi powiedzieć od kiedy te objawy się utrzymują, czy zaczęła karmić dziecko produktami stałymi, a jeżeli tak, to czym je karmi.
- No jak czym? A co się dziecku podaje? Mówi pani, jakbym głupia jakaś była. No normalnie. Tym, co każdy.
- Proszę pani, proszę o dokładną odpowiedź, to bardzo ważne w takim wypadku. Chłopiec dostaje taki sam posiłek, co reszta domowników?
- No tak. No a jak inaczej. Ja nie będę przecież płaciła za jakieś te... no.,. Gerberki jakieś. Przecież od tego nie urośnie.
- To co chłopiec dostaje do jedzenia?
- No to co każdy. Lubi jak (imię męża) je bigos, to mu podjada. Karkóweczki no, trochę ostatnio mu mąż spaghetti dał, to zjadł. I lubi, lubi bardzo.
- Pani półrocznemu dziecku bigos daje do jedzenia? Nie pomyślała pani, że to od tego ta wysypka?
- No jak no? Przecież takie wysypki to od wirusa są, a nie od jedzenia. Bo jak od jedzenia? Przecież to nie ma drogi na twarz jedzenie. Bo przecież się nim nie smaruje. Pani mi nie wmawia, że ja dziecko krzywdzę. Pani dzieci nie ma, to nie wie jak się zajmować, bo ja dobrze się zajmuję moim i mi pani nie wmówi, że trzeba zaszczepić na jakieś te.
- Proszę się uspokoić, próbuję pani pomóc...
- Ale niech mi pani nie mówi co mam robić! Wy to macie zapłacone, bo mówicie to samo wszyscy! Że od jedzenia! Że co, ja może mam zaszczepić dziecko moje na kapustę?

Nie przedłużając, pani dostała furii i zaczęła krzyczeć, że jestem niepoważna, po czym wyszła z przychodni.

Anonimowe w tym wyznaniu jest to, że nasłałam na panią opiekę społeczną, bo wyczułam od niej alkohol. Dziecko jej odebrali, a ona rozpowiada, że sąsiadka ją podłożyła. Czasami trochę mi głupio, że matka przeze mnie straciła dziecko, ale jak przypomnę sobie te czerwone plamy na twarzy tego chłopca, jego płacz i ból w oczach, to jakoś nie jest mi jej żal. Niektórzy nie powinni mieć dzieci.
Dodaj anonimowe wyznanie