Przytoczę wam historię mojej dalekiej krewnej o tym, jakie to wspaniałe jest rodzenie dzieci z gwałtu i w ogóle wszystko jest łatwe i bezproblemowe, bo kobieta z natury pokocha dziecko.
Moja krewna mieszka w Hiszpanii, w czasie samego wydarzenia miała 27 lat. Sytuacja, a konkretniej napad miał miejsce podczas powrotu z pracy. Musiała wracać przez jakąś mało przyjazną dzielnicę, z powodu jakichś tam problemów z komunikacją miejską. W połowie zaatakowało ją dwóch mężczyzn pod wpływem alkoholu i innych nielegalnych substancji. Brutalnie ją wykorzystali i zmuszali do różnych czynności. Krewna opisując to była pewna, że ją wkrótce zabiją. Mimo tego próbowała krzyczeć i usłyszał ją jakiś mężczyzna przechodzący niedaleko i zawiadomił odpowiednie służby. Dzięki temu od razu trafiła do szpitala w stanie ciężkim. Dano jej też tabletkę po. I tu możemy przejść do dalszej historii wyznania, bo krewna w końcu doszła do siebie, a jej oprawcy dostali bardzo wysokie wyroki.
Obecnie minęły 4 lata od tego wydarzenia, krewna pojawiła się ostatnio w Polsce na jakimś rodzinnym spotkaniu. Ogólnie nikt nie chce jej ranić, więc nie wypytują o tamte wydarzenia. Z wyjątkiem męża mojej siostry, który ma nieco dziwne poglądy na ten temat. Przy wspólnej kolacji zapytał krewną, jak się z tym wszystkim czuje. Ona odparła, że wciąż fatalnie. Wtedy mąż powiedział coś tak głupiego, że cała rodzina rozeszła się od stołu. Wyglądało to tak:
- To po co brałaś tę tabletkę po? Dziecko pomogłoby ci załatać rany po tym wszystkim, dałoby ci miłość. Co z tego, że z gwałtu, jak to nadal dzidziuś do kochania.
- Gdybym miała urodzić dziecko jednego z tych potworów, to prędzej zrobiłabym mu krzywdę, niż pokochała.
Po czym krewna ze łzami w oczach wyszła, a reszta rodziny ruszyła za nią, aby ją uspokoić.
Dlatego właśnie wzdryga mnie na myśl o tym, jak ludzie upierają się przy tym, że urodzenie dziecka z gwałtu ma pomóc kobiecie załatać rany. A to bestialstwo.
Kiedy byłam w czwartej klasie, przeprowadziłam się do większego miasta, ponieważ tata dostał tam lepszą pracę. Z tej racji musiałam zmienić szkołę, a co za tym idzie, nastąpiła zmiana koleżanek i kolegów.
Szybko przystosowałam się do nowego środowiska, nawet nawiązałam przyjaźnie. Jednak był jeden problem. Z zupełnie niezrozumiałego dla mnie powodu pani od przyrody bardzo mnie nie lubiła. Gdy tylko usłyszała jakieś szepty, od razu skierowywała swój wzrok Severusa Snape'a na mnie. Ale kiedy postawiła mi jedynkę za "przeszkadzanie nauczycielowi w prowadzeniu lekcji i buntowanie innych uczniów przeciwko niej", powiedziałam sobie: "Miarka się przebrała". I tak zaplanowałam moją zemstę idealną.
Ponieważ oglądałam mnóstwo odcinków Scooby Doo, wiedziałam, że mój plan nie obejdzie się bez sznurka i wyobraźni. Nad drzwiami klasy wisiał zegarek, który zdjęłam. Przymocowałam tam balonik z mieszaniną octu i wody. Balonika nie zawiązywałam, tylko z pomocą zaufanej przyjaciółki balonik przytrzasnęłam drzwiami. Wystarczyło tylko otworzyć drzwi, a z balonika "wybuchnie" mieszanka.
Nadszedł czas lekcji. Grzecznie ustawiliśmy się przed klasą i czekaliśmy na panią. Gdy tylko wiedźma pojawiła się na horyzoncie, wystraszyłam się, że może źle zrobiłam.
Zmieniłam zdanie, gdy zobaczyłam ją całą mokrą i śmierdzącą od octu.
Wracałem około godziny 23 z pracy autem, obok mnie na światłach zatrzymało się auto prowadzone przez dziewczynę w wieku ok. 25 lat, która paliła papierosa. Szyba lekko uchylona, dla zobrazowania nie więcej jak 5% otwarcia, tyle co szluga na zewnątrz i popiół strzepać. Obok niej jakiś zupek, CHYBA też palił. Spojrzałem na tył auta i widzę dziecko siedzi, małe, w najlepszym przypadku 3-letnie. Kawałek za światłami udało mi się, powiedzmy że, ją zatrzymać. Na pytanie, czy jesteś kobieto świadoma co robisz paląc przy dziecku, zobaczyłem niezmącony pomyślunkiem wyraz twarzy i wytrzeszcz oczu "Ale o co ci chodzi?!". Po takiej reakcji, która przyznam szczerze zatrważa mnie do dziś, dałem radę tylko odpowiedzieć, żeby się zastanowiła, bo truje dziecko.
Nie pierwszy raz widziałem, jak "dorośli" palą w aucie przy dzieciach. Chcę powiedzieć, że jeżeli jesteś takim rodzicem, to powinieneś iść pod sąd. Albo przynajmniej dostać porządny wpierdol.
To może zacznę od początku. Z moim facetem spotykamy się od kilku lat, bardzo go kocham i nie wyobrażam sobie, że mogło by go zabraknąć. Po dłuższym czasie w związku zdecydowaliśmy się, że zamieszka u mnie, ponieważ mam duży dom i nikt się nie będzie wtrącał. Jednak mój entuzjazm został szybko zgaszony.
Po przeprowadzce zaczęliśmy odwiedzać przyszłą teściową i wszystko byłoby OK, gdyby nie to, że po całym tygodniu pracy odwiedzamy mamusię co sobotę. I żeby było jasne, nie jedziemy na 2-godzinną kawę i ciasto, jedziemy lada świt, a wracamy ok. 19. Jak się okazało po pewnym czasie, mój mężczyzna stwierdził, że chce żebyśmy zamieszkali z jego mamą, bo uwaga - "u mnie ma zbyt wiele obowiązków", czytaj wyniesienie śmieci czy pomoc w codziennych czynnościach (jak mieszkał u mamy, to robiła za niego wszystko, bo Michałek musi mieć nawet pokój przez mamusię wysprzątany). Dla mnie byłby to strzał w kolano, trafić w miejsce, gdzie sama nie mogę niczego zrobić. I mimo że go kocham, czuję się przytłoczona całą tą sytuacją...
Dlatego też, drogie mamy, nie podkładajcie synom wszystkiego pod nos, nie róbcie z nich maminsynków. Robicie nieświadomie krzywdę dziecku i jego przyszłej partnerce.
Mam 31 lat, jestem mamą dwóch małych brzdąców, żoną i nauczycielem. I wyobrażam sobie. Czytam wiele książek, mam też swoje ukochane od lat. Nie mogę przestać udawać, że jestem ich bohaterką. Kiedy muszę się czegoś uczyć, puszczam na telewizorze filmik obrazujący pokój wspólny w Hogwarcie i udaję, że jestem uczennicą i przygotowuję się do egzaminu w Hogwarcie (opcjonalnie załączam filmik z kominkiem).
Kiedy gotuję, zakładam fartuch i udaję gospodynię z XIX wieku, z Wyspy Księcia Edwarda. Kiedy idę w góry, bawię się, że idę Śródziemiem, albo na Dzikim Zachodzie. Kilka lat temu przebierałam się nawet po domu. Miałam samodziałową sukienkę do sprzątania i szatę Hogwartu do nauki. Mój mąż o tym wie i traktuje to jako nieszkodliwe dziwactwo. Mieszkanie też urządzam a'la Norę Weasleyów, bo pasuje do prawie wszystkich moich fantazji.
Uwielbiam bawić się w to, że żyję w książkach.
Jeszcze do niedawna byłam zaręczona, mój narzeczony po kłótni odwołał ślub (zaproszenia rozwoziliśmy miesiąc wcześniej) i odwołał go... postem na fb. Wstyd mi.
Kilka lat temu, umówiłam się na spotkanie z pewnym chłopakiem (bo raczej mężczyzną to on nie był). Poznaliśmy się przez Internet. Przyznam, urodziwy to on nie był, ale chciałam dać mu szansę. Dobrze nam się pisało, więc po kilku dniach spotkaliśmy się.
Spotkanie było... dziwne. Nigdzie mnie nie zaprosił, więc ja wyszłam z inicjatywą żebyśmy poszli chociaż pójść gdzieś usiąść na kawę. Nie zgodził się, wolał siedzieć na ławce w parku... Warto tutaj wspomnieć, że był to okres zimowy, więc przymrozek był niezły, plus do tego padał śnieg. W trakcie spotkania prawie nic nie mówił, więc rozmowę musiałam ciągnąć ja. Cóż, stwierdziłam, że może faktycznie chłopak był zestresowany, więc wstydzi się rozmawiać. Pod koniec spotkania jedynie powiedział, że mu się podobam i musimy to powtórzyć. Oczywiście zgodziłam się, ponieważ pomyślałam, że drugie spotkanie będzie lepsze. Napisał, że odezwie się jutro i się umówimy.
Tak więc następnego dnia napisał, żebyśmy się spotkali w tym samym miejscu o pewnej godzinie. Poprosiłam czy możemy spotkać się ze 2 godzinki później, ponieważ o tej godzinie nie mogłam wyjść gdyż byłam jeszcze w pracy. Zaczął pisać do mnie obraźliwe rzeczy. Dosłownie mnie zwyzywał od najgorszych. Powiedział, że jestem taka sama jak wszystkie inne dziewczyny, bo tylko mi zależy na wyglądzie i nie chcę się z nim spotkać. Pisał do mnie wyzwiska dwa dni... Tłumaczenia nic nie dały, trudno, kontakt się urwał. Rok później chciał odmówić kontakt, pisał słodkie rzeczy do mnie jaka to ja cudowna jestem. Nie, nie odpisałam. Z bucami już się nie umawiam ;)
PS 1. Po dwóch latach od tamtego spotkania spotkałam cudownego mężczyznę, z którym na ten moment jestem zaręczona i planujemy ślub.
PS 2. Słyszałam, że tamten chłopak dalej jest sam i czasami wypisuje do innych dziewczyn + wyzywa je od najgorszych.
Pracuję w sklepie budowlanym. Wiele dziwnych sytuacji widziałem, ale dziś było już totalnie grubo. Wykładałem akurat towar na dziale malarskim, kiedy pojawił się jegomość w wózkiem w maseczce malarskiej na twarzy. Uznałem, że przemilczę to, bo korona-paranoja trwa w najlepsze, więc może mu to pomaga psychicznie. I byłoby całkiem normalnie, gdyby nie zaczął pakować po kilka sztuk wałków, folii, pędzli itd. Zagaduję więc:
- Duży remont się panu chyba szykuje?
- A gdzie tam, panie... Dziś wykupują papier toaletowy i makaron, jutro mogą pędzle i wałki. Wolę być przed nimi.
Konkluzja i prośba zarazem. Zachowajmy spokój, to wszystkim dobrze zrobi, a zaraz dojdzie do sytuacji, że paliwo w kanistrach ludzie będą gromadzić.
Jestem księdzem i chciałbym, żeby to co napiszę trafiło do jak największej liczby osób.
Wiara wiarą, dodaje otuchy w ciężkich chwilach i dodaje pewności siebie, jednak czy chwilowe zamknięcie kościołów zaburzy wiarę w Boga? Modlitwa zawsze zostanie wysłuchana przez Niego tak samo w domu, jak i w kościele.
Czy warto narażać swoich bliskich i siebie? Wiara jest ważna, jednak to nauka w obecnej epidemii koronawirusa króluje. Wstyd mi za księży, którzy wolą zostawić drzwi otwarte zamiast zapobiegać.
Ludzie, nie narażajcie się oraz nie panikujcie. Spokój, wyrozumiałość i opanowanie mogą nas uratować. Chcę podziękować lekarzom i pielęgniarkom, którzy narażają się ratując innych - jesteście naszą nadzieją.
Kocham gotować i nieskromnie mówiąc, robię to dobrze. Podczas każdych świąt czy innych przyjęć to ja sprawuję pieczę nad kuchnią. Wszyscy chwalą moje potrawy z wyjątkiem mojego taty. Od zawsze był mocno wybredny i nawet największe przysmaki kwitował zwykłym "meh". Gdy inni prawili mi komplementy, on mówił, że było zjadliwe.
Nie wiedzieć czemu, denerwowało mnie to okropnie (patrz: żebranie o atencję), więc co przyjazd moich rodziców podwyższałam poprzeczkę, gotując ulubione potrawy taty. Czy to golonka, czy szwajcarski sznycel z cielęciny, zawsze było "meh".
Ostatnio tata był u nas w odwiedzinach na noc, ponieważ był w delegacji. Mieliśmy wtedy z mężem nawał roboty i wróciliśmy z niej późno. Miałam dla nas przygotowany ramen, ale tacie nie smakował w ogóle, więc podałam mu gołąbki ze słoika na szybko (wiecie, zwykłe przemysłówki) i nie mógł się tym najeść. Nigdy nie słyszałam, żeby coś, co wyszło spod mojej ręki aż tak mu smakowało. Sypał komplementami jak z rękawa.
Cóż, w życiu się nie przyznam, że tata wolał kupne słoiki z marketu od moich rarytasów. Wiem o tym tylko ja i mąż.
Dodaj anonimowe wyznanie