#SqRz8
Czas epidemii jest dla mnie najlepszym, co mogło mnie spotkać. W końcu nikt nie oczekuje ode mnie rzeczy, których nie jestem w stanie wykonać. Nie muszę się z nikim spotykać, nigdzie być na czas, mieć makijażu i być przygotowaną. Gdy mam lepszy dzień, wykonuję podstawowe prace w domu, czytam książki i robię proste ćwiczenia (to był dla mnie duży krok). W gorsze dni zdarza mi się nie zrobić zupełnie nic, mam wtedy w głowie gonitwę myśli, której nie umiem nawet podsumować. Staram się codziennie myć zęby i brać prysznic. Żyję z oszczędności, wydając pieniądze tylko na naprawdę niezbędne produkty.
Boję się, że czas izolacji się lada dzień skończy i moje powolne próby przystosowania się do życia będę musiała zamienić na walkę z codziennością.
Rozumiem Cię tak dobrze! Świetnie, że starasz się utrzymać pewną rutynę, to bardzo ważne przy zaburzeniach tego typu. Wierzę, że i po ustąpieniu epidemii jednak jakoś sobie poradzisz <3
Dziękuję
Mam podobnie, nie licząc bólu głowy. Może kiedyś wybiorę się do specjalisty. Walcz o siebie.
Idź do specjalisty. Im szybciej tym lepiej. Długo się opierałam przed leczeniem i żałuję, bo jest trochę łatwiej.
Może się doczepiam do czegoś co nie jest sednem tego wyznania, ale nie trzeba mieć makijażu jeżeli nie chce się go robić z jakichkolwiek powodów. Mi się nie chce, nie robię makijażu nawet jak wbijam na uczelnie lub gdziekolwiek i żyję, a jak mi sie zachce to zrobię i też bedzie git.
Nie trzeba oczywiście, jeśli się nie chce z jakichś powodów. Myć i golić się także nie trzeba. Jednak kiedyś to wszystko robiłam, a teraz wykonuję minimum i to nie zawsze. Mimo wszystko czujesz po prostu, że normy społeczne przestają Cię dotyczyć a sama jesteś inną osobą niż kiedyś i to nie jest komfortowe. Tak to wygląda z mojego punktu widzenia.
Rozumiem.
Naprawdę, kolejny z depresją? , czytać juz tego się nie da!
Ile można?, co jest anonimowego w tzw. Depresji?
A co chwalisz się wszystkim dookoła że masz deprechę? Serio? Raczej zostawiasz to dla siebie, i nie chcesz by wiedzieli o tym wszyscy.
To ja mam raczej na odwrót. Na depresję zaczęłam chorować w 1 klasie gimnazjum, zdiagnozowano mi ją w 3. Leczenie zakończyłam sama w szkole średniej przez wzgląd na rodziców, którym przeszkadzało to, że ich dziecko nie jest "normalne". Jakoś dałam sobie radę, każdy mój psycholog powtarzał mi, że jestem bardzo obiektywna i potrafię na mój stan psychiczny spojrzeć z boku i wyciągnąć wnioski (czy coś takiego). Wiadomo, były gorsze i lepsze chwile, ale można powiedzieć, że wyszłam z tego poniekąd. Teraz przez izolację jest jakby gorzej, bo jestem zamknięta z "przyczynami" choroby w czterech ścianach, wcześniej tylko weekendy były piekłem, teraz każdy dzień taki może być. Lekcji zadawanych online jest więcej niż, gdy normalnie chodziliśmy do szkoły, każdy temat z przedmiotów zawodowych trzeba opracować samemu i to dość w ekspresowym tempie. Godzin w tygodniu wyrabiamy więcej niż mamy w planie. Bóle głowy, oczu, kręgosłupa od ciągłego siedzenia przed monitorem to już standard, a nie zawsze mam czas, żeby to rozchodzić. Czasami uda mi się wyjść, np. do chłopaka, gdzie wreszcie chwilę odsapnę, albo odrobię lekcje, bo przez brata nie zawsze mam warunki na to w domu. Same problemy rodzinne też mają większe nasilenie, przez to, że jesteśmy w domu. Dla mnie ta izolacja jest taką codzienną niedzielą, znienawidzonym przeze mnie dniem, bo wszyscy są w domu, więc są ciągłe kłótnie i krzyki. Ale Tobie autorko życzę powodzenia, bo ta choroba to cwana bestia. Dużo wytrwałości i cieszę się, że chociaż komuś ta "przerwa w życiu" jakoś pomoże C: