#Dhpxm

Drażni mnie podejście niektórych osób.

Od około miesiąca obserwuję na Facebooku pewne zjawisko. Ktoś wystawia maseczki, ceny są przeróżne, od 3 zł za sztukę do nawet 20 zł. Pod większością ofert maseczek znajdą się komentarze typu: "Rozdaj za darmo", "Daj za darmo do szpitala", "Żerujesz na ludzkiej krzywdzie, hieno". I wiele wiele innych tego typu.
Chciałabym wyjaśnić pewną rzecz, być może obecnym tu autorom podobnych komentarzy.

Otóż wyobraź sobie sytuację, że masz działalność rękodzielniczą i to jest twoje jedyne źródło dochodu - szyjesz jakieś rzeczy typu wyprawki dla dzieci, ubrania, torebki czy inne. Przychodzi koronawirus, a z nim kryzys gospodarczy. Ludzie przestają kupować twoje wyroby z różnych powodów. Z dnia na dzień tracisz dochód, nie masz z czego opłacić rachunków, kupić jedzenia, nakarmić zwierząt, pokryć kosztów prowadzenia działalności czy wypłat dla pracowników, jeśli ich masz. Nad firmą wisi widmo bankructwa z komornikiem na czele. Robisz wszystko, by sprzedać swoje rękodzieło, wkładasz w to wszelkie siły, nie śpisz po nocach, żyjesz w stresie, ale jak wcześniej sprzedawało się coś codziennie za spore kwoty, tak teraz sprzeda się coś może raz na trzy dni, może rzadziej, i to za niewielkie kwoty, a to zdecydowanie za mało, żeby z tego przeżyć. Pracy nie możesz znaleźć, bo skoro jest kryzys i ludzie jeszcze pracę tracą, to nie jest to takie proste. A jeść trzeba. Niektórzy pewnie zamkną firmy i będą liczyć na to, że pracę znajdą albo właściciele mieszkań się zlitują i odroczą czynsz. Ale są też tacy, którzy będą próbowali ratować swoje biznesy, bo włożyli w to kilka lat życia, wiele nieprzespanych nocy i wyrzeczeń, nie chcą tego teraz stracić, zwolnić pracowników i zostawić ich na lodzie bez pracy i dochodu.

Wyobraź sobie, że to jesteś właśnie ty.

Bierzesz się więc za szycie maseczek, bo to jedyny sposób, by utrzymać działalność, pracowników i siebie. Czyli to, na co jest teraz zapotrzebowanie. Wcześniej było duże zapotrzebowanie na kocyki dla dzieci, damskie torebki, maskotki, teraz go prawie nie ma, jest zapotrzebowanie na maski.
Kupujesz materiały, które teraz kosztują niemało, bo część fabryk od długiego czasu stoi, a te, które funkcjonują, drastycznie podnoszą ceny i tak jak kiedyś można było kupić metr bawełny za 7-12 zł, tak teraz jest od 13-25 zł za metr. Inwestujesz pieniądze, swój czas, siły. Szyjesz, wystawiasz na FB, bo sporo osób tam teraz siedzi, więc łatwiej dotrzeć do klientów.
Masz nadzieję, że ktoś coś kupi i będziesz mieć z czego nakarmić dzieci, zapłacić rachunki, wypłacić pensje pracownikom, żeby też mogli nakarmić swoje dzieci.
W odpowiedzi czytasz "daj za darmo", "hieno, żerujesz na krzywdzie" i temu podobne...

Nie musisz kupować maseczek jeśli nie chcesz, możesz je zrobić sam, ale proszę, nie hejtuj osoby, która właśnie tonie.

#KHxrJ

Na początku roku postanowiliśmy z mężem, że w urlopie letnim postaramy się o ciążę. Natura niestety nie wchodzi w grę, dlatego znaleźliśmy odpowiednią klinikę i przeszłam już niektóre badania. Od kwietnia oboje mieliśmy dostać podwyżki w pracy, byłoby łatwiej. Jednak pojawił się koronawirus i wszystko padło. Podwyżki przesunięte na bliżej nieokreślony czas, a wręcz nie wiadomo, czy firma przetrwa, a klinika odwołała wszystkie badania i zabiegi.
Mój mały, poukładany w głowie świat się zawalił.

#D4liy

Przez 20 lat życia mój ojciec traktował mnie jako zło konieczne - wpadł z matką w młodym wieku i musiał zmienić swoje plany życiowe. Całe życie wypominał mi to - może nie mówił wprost, ale dawał sugestie, że gdybym się nie pojawiła, jego życie byłoby lepsze. Całe dzieciństwo obwiniałam się za to, że zniszczyłam mu życie. Zawsze bałam się o cokolwiek poprosić, bo nie chciałam słyszeć wykładu, że i tak wystarczająco dużo dla mnie zrobił. I tak przez 20 lat życia. W wieku 18 lat znalazłam pierwszą dorywcza pracę, by móc pozwolić sobie chociaż na głupi tusz do rzęs czy nieco droższe buty. Łączyłam to z nauką w technikum, które zdałam z bardzo wysokimi wynikami. Po maturze poszłam do pracy - to oczywiście mojemu ojcu się nie spodobało, bo powinnam iść na studia. Ja jednak wolałam powoli uniezależniać się od niego i matki.

Jakoś rok po maturze poznałam swojego obecnego chłopaka - na portalu randkowym. Po kilku spotkaniach zdałam sobie sprawę, że się zakochałam, jednak nie chciałam nic mówić rodzinie. Dlaczego? Bałam się reakcji ojca. Jak się później okazało - słusznie. Moja siostra niechcący sprzedała mnie rodzicom, mówiąc, że widziała mnie z jakimś chłopakiem w parku. Reakcja ojca? Zwyzywał mnie od najgorszych. Nic nie powiedziałam mojemu chłopakowi. Dusiłam to w sobie, bo stwierdziłam, że jakoś sobie z tym poradzę. Nie poradziłam.

Raz nie wróciłam do domu na noc - mój chłopak zaproponował, żebym została u niego. Nie myślałam, że będzie to aż taki problem dla mojego ojca. Kiedy wróciłam na drugi dzień do domu, poza stosem obelg dostałam w twarz. Tego było za wiele. Spakowałam swoje rzeczy i wyszłam z domu. I tak od prawie pół roku mieszkam z moim chłopakiem i jego rodzicami.
Jak mi się żyje? Znakomicie. Jego rodzice mnie lubią, ja staram się pomagać im w domu i nie być kulą u nogi. Chyba tak naprawdę dopiero teraz wiem co to prawdziwa rodzina. A co do mojego ojca, to nie mam z nim kontaktu, nawet o niego nie zabiegam. Cieszę się, że nareszcie ktoś mnie kocha taką jaka jestem i nie wytyka mi faktu, że pojawiłam się na tym świecie.

#QxNjm

Życie wywróciło mi się do góry nogami w ciągu ostatniego miesiąca. Na wstępie nakreślę tylko swoją krótką historię.

Od dwóch lat staraliśmy się z moim mężem o dziecko, korzystaliśmy z pomocy poradni i lekarzy, natomiast nie przyniosło to rezultatu. Postanowiliśmy zatem pójść na badania, po czasie bardzo niecierpliwego oczekiwania okazało się, że wyniki wykazały, iż mój mąż jest bezpłodny. Świat się dla niego zawalił, zaczął przeżywać ogromną traumę i bałam się, że będzie chciał się rozwieść. W dalszym ciągu zresztą jest zdania, że w momencie gdy będę chciała mieć dziecko za wszelką cenę, to go zostawię dla mężczyzny, który będzie mógł mnie maleństwem uszczęśliwić. Nie docierają do niego tłumaczenia, że kocham go bez względu na wszystko oraz że są różne inne sposoby, aby założyć szczęśliwą rodzinę (np. adopcja).

Teraz czas na właściwą treść wyznania.

Jakiś czas temu nie dostałam okresu na czas, co więcej, zawsze spóźniał się maksymalnie 2 dni, podczas gdy ten po 4 dniach opóźnienia wciąż nie nadchodził. Zrobiłam test ciążowy i zobaczyłam dwie kreski - o mało nie zemdlałam, a w głowie tylko jedno pytanie "Co jest, do cholery?". Jeszcze tego samego dnia powtórzyłam test, znowu pozytywny. Dwa tygodnie temu byłam na wizycie u ginekologa i potwierdził ciążę.

Jestem jednocześnie najszczęśliwszą i najbardziej zdezorientowaną kobietą pod słońcem. Wciąż nie znalazłam w sobie wystarczająco dużo odwagi, żeby powiedzieć mężowi o tym, że został tatą. Zwyczajnie nie wiem jak. Co ze stwierdzoną bezpłodnością? Powoływać się na cud czy na błędną diagnozę? Tak bardzo boję się, że oskarży mnie o zdradę, chociaż wie, że nigdy w życiu bym mu tego nie zrobiła.
Sytuacja coraz bardziej mnie stresuje, czas leci i nie mogę sobie pozwolić na dalsze duszenie tego w sobie. Boję się tej rozmowy jak jeszcze żadnej w życiu, proszę w duchu tylko o to, aby mój mąż okazał się na tyle wyrozumiały i cierpliwy, by zechciał udać się wspólnie do lekarza na kolejną wizytę i przeanalizować nasz przypadek ponownie. Musi poznać prawdę, choć bardzo ciężko będzie mu w nią uwierzyć.

Trzymajcie za nas kciuki! Pozdrowienia od anonimowej rodzinki M. :)

#MRGbr

Od dziecka byłem pilny, dobre oceny w szkole, świadectwa z paskiem, dobre studia informatyczne, a po nich świetna praca. Rewelacyjnie? No nie do końca, jest też druga strona medalu. Mój wygląd, skończyłem 30 lat, a jeszcze 3 lata temu wyglądałem okropnie: krzywe zęby, trądzik i blizny po nim na twarzy, widoczna oponka na brzuchu, do tego jestem niski jak na faceta, ok. 165 cm, do tego mam bardzo przerzedzone włosy, dlatego od kilku lat ścinałem się na zero.

Dokładnie 3 lata temu dałem się namówić na imprezę w klubie ze znajomymi, mówili  "będzie świetnie, pobawimy się, powyrywamy dziewczyny". Wtedy też zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę żadna dziewczyna nie traktuje mnie poważnie i tu nie chodzi o charakter, bo nawet nie zdążyłem zagadać, a byłem spławiany przeróżnymi tzn. mniej i bardziej kulturalnymi tekstami.

Po tej nocy coś we mnie pękło. Wziąłem urlop, wertowałem internet w poszukiwaniu tego jak poprawić swój wygląd, byłem przekonany, że to on jest źródłem problemów i jak się okazało słusznie. Pierwszym krokiem było zapisanie się na siłownię i treningi wraz z dietą uzgodnione z trenerem, oponka zniknęła, a także przybyło kilka kilogramów masy mięśniowej. Blizny na twarzy usunąłem laserowo, a wizyta u dermatologa pozwoliła praktycznie zniwelować trądzik po użyciu różnych leków. Założyłem też aparat na zęby i po 1,5 roku noszenia są w końcu proste. Choć początkowo byłem przeciwny zabiegom, to zdecydowałem się na przeszczep włosów w Turcji, który się okazał strzałem w 10. A wzrost? Jest mnóstwo butów dodających nawet 10-15 cm, wyglądających całkiem normalnie (serio!). Takim sposobem wyglądam na przyzwoite 175 cm. Przekonałem się także do solarium, by mieć nieco ciemniejszą karnację.

Przełomem okazał się początek tego roku, po 3 latach unikania imprez dałem się namówić na sylwestra, domówka na ok. 20 osób, większości nie znałem i udało mi się poderwać bardzo ładną dziewczynę, z którą się później spotykałem.

Przez ostatnie 4 miesiące moje życie towarzyskie zupełnie się zmieniło, zdarza się, że dziewczyny nawet same zagadują, chcą wychodzić na randki, które niekiedy kończą się wiadomo w jakim miejscu. Nawet od znajomych osób słyszę, że wyprzystojniałem, do tego moja pewność siebie jest w końcu na wysokim poziomie, nie wstydzę się wychodzić do ludzi.

Puentą tego wyznania jest to, że nieprawdą jest, że bardziej liczy się charakter. Z autopsji wiem, że ludzie oceniają książki po okładce. Charakter przyda się później, wtedy gdy kogoś poznamy.

#3jCU5

Mam zaburzenia osobowości i rozstrój osobowości.

Czasami budzę się i wiem, że jestem arystokratką, ubieram się w jedwabne sukienki, szpilki itd., maniery mam jak z Wersalu, nie wywyższam się, jestem wtedy bardzo miła i uprzejma, bywam w restauracjach, chodzę na popołudniową kawkę do eleganckich kawiarni z egzemplarzem Vogue, jeżdżę taksówkami, spaceruję po Łazienkach albo jadę do Wilanowa, bywam w teatrze i w operze, wyszukuję tkanin na nowe suknie. Mam 25 lat, jestem szczupła, zadbana i podobno jestem ładna, kiedy mam fazę arystokratki wplatam francuskie słowa, bywam w koszmarnie drogich sklepach, nic nie kupuję, ale ponieważ mam na sobie eleganckie ubrania i wczuwam się w bycie "arystokratką", to ekspedientki skaczą nade mną jak nad królową Elżbietą.

Bywa też tak, że budzę się i wiem, że jestem tanią niunią, wtedy w ruch idą szmatki typowej Karyny, oglądam się wtedy za dresami na ulicach, zdarzyło mi się niestety zagalopować się do tego stopnia, że poznawałam jakiegoś Sebixa i romansowałam z nim dopóki znowu mój mózg nie zmienił mi osobowości. Noszę wtedy ogromne szpile i wyzywające tanie wdzianka, maluję się jak zdzira i jestem strasznie kokieteryjna.

Trzecią osobowość jaką mam jest zwykła szara dziewczyna, wtedy ubieram się tak zupełnie zwyczajnie i zachowuję się jak zwykła szara myszka.

Najgorsze jest to, że ja jestem każdą z nich! Kiedy mam fazę hrabianki, ja nią po prostu jestem, wierzę w to całym sercem, dzięki tej osobowości poznałam bardzo eleganckich i wyrafinowanych ludzi, dzięki fazie Karyny mam kilku znajomych dresów z Pragi, a dzięki fazie szarej myszy właściwie nie mam wtedy znajomych. Żyją we mnie trzy babki, jedna wystrzałowa, bardzo zadbana z doskonałym gustem, elokwencją, wysublimowanymi wypowiedziami, druga tania panienka w leginsach, przykrótkich sukienkach i ogromnych szpilach i ta trzecia szara... Byłam u psychiatry, mam terapię, podobno po jakimś czasie podświadomie mogę wybrać tę jedną z trzech, którą jestem na serio, pożegnam wtedy swoje urojone osobowości.
Choroba ta powoduje, że wczuwam się w swoją rolę tak na maksa.

#UbYYR

Odkąd pamiętam moja starsza siostra uprzykrzała mi życie jak tylko mogła. Zazwyczaj się jej nie stawiałam i dawałam sobą pomiatać. Do czasu.

Mając około 15 lat, przeżywałam swoją pierwszą miłość. Oboje byliśmy niedojrzali i trochę się sprzeczaliśmy, ale jakoś to było. Siostra nie mogła się powstrzymać od wykręcenia mi numeru i pewnego dnia, kiedy brałam prysznic, wzięła sobie moją komórkę i napisała dość przykrą wiadomość do ówczesnego chłopaka (oczywiście podając się za mnie). Posprzeczali się, zerwała z nim w moim imieniu i usunęła całą konwersację. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy do niego zadzwoniłam i dowiedziałam się o wszystkim. Niestety, nie uwierzył, że to wszystko sprawka mojej siostry. Co więcej, uznał, że jestem nienormalna. Miarka się przebrała.

Postanowiłam się jej odpłacić tym samym - też zrobię z niej wariatkę. Zaczęło się bardzo niewinnie, od zwykłego przestawiania rzeczy. Kiedy spała, zostawiałam papierki po jedzeniu przy jej łóżku, zmieniałam ubrania, które zawsze leżały przygotowane na następny dzień. Gdy siostra po raz kolejny znalazła swoją kurtkę w zupełnie innym miejscu niż ją wcześniej położyła, przestała samej sobie ufać. Zaczęła między innymi pytać mnie o potwierdzenie, np. pakowała sobie przy mnie kanapki do szkoły i kazała mi zajrzeć do plecaka i upewnić ją, że na pewno tam są. Wtedy korzystając z okazji, że znika na chwilę, wyjmowałam wspomniane jedzenie. Następnie, gdy wracała ze szkoły i mówiła, że rano pakowała drugie śniadanie przy mnie, ja mówiłam jej, że taka sytuacja nie miała miejsca.

Siostra powoli zaczęła wpadać w paranoję, a ja posuwałam się dalej. Również brałam jej telefon i pisałam do jej znajomych (nic obraźliwego, zwykłe "Hej, co tam?"), a ona nie miała pojęcia kiedy do nich pisała. Nigdy mnie o nic nie podejrzewała, w końcu jestem jej siostrą-frajerką. Rodzice rzadko bywali w domu i raczej zbywali jej problemy.

Stała się kłębkiem nerwów, odkryłam, że zaczęła zapisywać co robi w ciągu dnia, z kim rozmawia. Zajęło mi to trochę czasu, ale nauczyłam się podrabiać jej pismo i dopisywałam coś od siebie.

Miała już naprawdę dość, bała się. Pewnego dnia wyżaliła mi się ze wszystkich swoich problemów. Zrobiło mi się jej trochę szkoda, poradziłam jej pójść do terapeuty, w końcu była dorosła i nie potrzebowała zgody rodziców. Lekarz stwierdził nerwicę i kilka innych zaburzeń. Ja przestałam ją gnębić.

Otrzymawszy pomoc, siostra wróciła do siebie. Liczyłam, że po okazaniu jej wsparcia (jako jedyna), zacznie mnie choć trochę szanować. Niestety, znów zaczęła być dla mnie wredna. Żałuję, że zagrałam na jej zdrowiu psychicznym, ale nigdy jej nie powiem, że to ja zrobiłam z niej wariatkę. Mimo tego jak mnie teraz traktuje, nie zrobiłabym tego ponownie.

#S5X44

Rodzice "zrobili mnie", żebym zajęła się niepełnosprawnym bratem, gdy ich zabraknie...
Myślę, że jest tu sporo osób, które spotkały się z takim zjawiskiem.
"Trzeba zrobić drugie dziecko, żeby zajęło się tym niepełnosprawnym".

Mój brat ma ciężki autyzm, padaczkę, a do tego zachowania agresywne i autodestrukcyjne. Od dziecka wiedziałam, że to mój braciszek, że muszę się nim opiekować, bo wymaga pomocy i kiedyś jego życie będzie zależne ode mnie. Rodzice wpajali mi to od samego początku i brałam to za pewnik.
Mimo to bałam się go, bo czasami z niczego zaczynał mnie bić, a był ode mnie 7 lat starszy, silniejszy, większy. Wszystko w moim domu było podporządkowane pod brata - rodzaj jedzenia, pory posiłków, kanał w tv, wyjazdy.
Mama nie pracowała, zajmowała się bratem, ojciec zarabiał.

Pierwszy okres buntu miałam w gimnazjum, gdy chciałam gdzieś wyjść ze znajomymi, jednak mama kazała mi się wtedy opiekować bratem. Zaczęłam ją prosić, narzekać, że nigdzie nie wychodzę, na co odparła mi, że po to mnie zrobili, żebym się nim zajmowała. I od tego momentu nic już nie było takie same. Nie czułam się kochana, akceptowana, a nawet uważałam, że jestem wykorzystywana.

Gdy dostałam się na naprawdę dobre studia w innym mieście, dla nich to był cios, że nie będę już w domu, że im nie będę pomagać. Kazali mi przemyśleć decyzję. Płakałam po nocy, bo naprawdę oczekiwałam, że się ucieszą, będą dumni. Dodatkowo zajmowanie się bratem było coraz trudniejsze. Był za duży, za silny, żeby nad nim zapanować. Raz gdy mnie uderzył miałam podbite oko, spuchniętą twarz, mamie złamał palce.

Na studiach wreszcie byłam panią swego losu. Zaczęłam też pracować jako barmanka wieczorami, uniezależniać się od rodziny. I przyznam, że z miesiąca na miesiąc coraz rzadziej się z nimi kontaktowałam, potem jeździłam tam tylko na święta.

Na te święta do nich nie pojechałam, spędziłam je z rodziną chłopaka w górach, było super.

W marcu moja mama musiała mieć operację, więc pojechałam do domu, żeby pomóc, ale robiłam wszystko na odwal się. Pomagałam jej w czynnościach domowych, w gotowaniu, ale brata totalnie olewałam. Mama stwierdziła, że nie tak mnie wychowała, że jest mną bardzo zawiedziona, że w przyszłości będę za niego odpowiedzialna i musimy mieć jakiś kontakt.
Jakiś kontakt? On nie ma z nikim i niczym kontaktu. Odparłam jej zgodnie z prawdą, że nie planuję się nim zajmować, że jeżeli będzie taka potrzeba, to oddam go do domu opieki. Płakała, krzyczała na mnie i kazała mi się wynosić.

Wzięłam wszystkie swoje ciuchy, pamiątki, dokumenty, świadectwa i wyszłam.


Minął miesiąc od tej sytuacji. Nie próbowali do mnie dzwonić.
A mi jest... zaskakująco dobrze. Jestem szczęśliwa, czuję się niezależna. Mam takie wrażenie, że odzyskałam własne życie. Nie czuję wstydu, tylko... dumę? Dziwne?

#pyLaU

Mój ojciec niedawno poprosił mnie, żebym zalogowała się na jego konto na Facebooku za pomocą mojego messengera, żeby mógł porozmawiać ze swoim bratem za pomocą video chatu.
Bez problemu zalogowałam się, dałam ojcu telefon (na swoim nie ma takiej opcji, bo jest zagorzałym przeciwnikiem telefonów dotykowych). Bardzo rzadko właściwie korzystam z tej aplikacji, więc nawet zapomniałam, że nadal jestem zalogowana na jego koncie.

Parę dni później dostałam wiadomość od wujka. Jakoś zapomniałam o tym, że nie jestem na swoim koncie i odruchowo ją otworzyłam. Niestety wolałabym wymazać sobie pamięć po tym, co zobaczyłam... Wujek i ojciec regularnie wysyłają sobie przeróżne krótkie filmiki z nagimi kobietami wykonującymi przeróżne czynności, boomerskie, dwuznaczne memy i inne takie. Na stare lata facetom odbija, nie?
Nic w tym nie byłoby dziwnego, gdyby nie fakt, że ojciec dał bratu srogi szlaban, gdy przyłapał go na oglądaniu filmów dla dorosłych, a sam będąc konserwatywnym katolikiem wielokrotnie krytykował takie produkcje.

Fakt, że ojciec jest hipokrytą mnie nie dziwi. Raczej to, że wujek jest księdzem, który wtedy przebywał na misji za granicą...

#8H5cq

Jestem już po 30 i szczerze cieszę się, że żyję, że nikt mi nie zrobił większej krzywdy, niż ja sama sobie wyrządzałam w przeszłości. Nie, nie chodzi mi o samookaleczenie się, mam na myśli bardziej moją głupotę, która za czasów studiów doprowadzała mnie do skrajnie głupich, niebezpiecznych sytuacji.

Miewałam takie tygodnie, że nie trzeźwiałam, raz po imprezie poszłam z nieznajomym na jakiś pustostan napić się piwa, jemu zachciało się amorów, więc go zostawiłam... Było ciemno, późno, zima, ja odstrzelona, bo urodziny kolegi były, na szczęście ten chłopak nic mi nie zrobił, nie nalegał, dał odejść. Następnie wsiadłam w tramwaj i zasnęłam, jeździłam od początku do końca, motorniczy nie wiedział co ma ze mną zrobić, a mógł mnie przecież wyrzucić na końcowym i nara... On jednak obudził mnie za którymś tam już razem i wysadził w centrum, obok radiowozu, na przystanku. Panowie policjanci odwieźli mnie do domu i też nikt mi nic nie zrobił, a przecież było tyle okazji... 
Innym razem przez upojenie wsiadłam w zły tramwaj, wysiadłam na jakimś randomowym przystanku i zaczęłam łapać stopa, zatrzymał się chłopak z dziewczyną i na moje szczęście okazało się, że mieszka obok (czaicie w wielkim mieście mieć takiego farta?). Odwiózł mnie pod blok, dziewczyna odprowadziła pod drzwi.

Tyle się słyszy o porwaniach, gwałtach, kradzieżach, a mnie mimo natarczywego kuszenia losu nic nie spotkało. Zastanawiam się czemu ja wtedy kompletnie nie myślałam? Co ze mną wtedy było nie tak? Teraz boję się wyjść wieczorem do sklepu (i to nie przez pandemię). Żeby wyznaniu dodać pikanterii, to z jednym ze swoich wybawców miałam przez kilka lat relację seksualną, a teraz się tylko przyjaźnimy i śmiejemy (cóż innego mogę?), bo czasu nie cofnę, nie zmądrzeję. Oczywiście teraz nie przypominam dawnej siebie, lubię spędzać wieczory czytając książki czy grając w planszówki i nie piję alkoholu.

Takich historii z przeszłości mam niestety znacznie więcej, co jakiś czas przypomina mi się jakaś i wtedy skręca mnie żal z braku odpowiedzialności, mózgu i wyobraźni.
Pozdrawiam wszystkich i stay safe!
Dodaj anonimowe wyznanie