#D92XX

W domu nigdy się nie przelewało, tata, który po zmianie ustroju podjął się ciężkiej pracy, jedynej, która była w zasięgu jego kompetencji, skończył na rencie z plecami i kolanami w stanie agonalnym. Mama pracowała, gdzie się dało. Na to wszystko ja, młodsza siostra i starszy brat, który po kłótni z tatą opuścił nas, gdy miał 18 lat. Słuch o nim zaginął na kolejne lata i zjawił się zapłakany, gdy dowiedział się, że tata już nie żyje, a on nigdy nie zdążył go przeprosić.
W tak zwanym międzyczasie poszedłem do technikum gastronomicznego. Na drugim roku mieliśmy odbyć praktykę w placówkach w naszym regionie. Mnie przypadła jedna z większych restauracji. Była to restauracja i dom weselny w jednym. W okresie komunijnym przyjmowaliśmy około 400 gości jednego dnia. Uwielbiałem tam pracować, po każdym dniu w szkole szedłem do restauracji dorobić parę groszy, żeby wspomóc trochę budżet domowy.
I tu jest ta jedna wstydliwa sprawa z początku wyznania. 
Dania serwowane w tej restauracji miały ogromne porcje, bardzo często goście nie byli w stanie zjeść wszystkich zamówionych pozycji i gdy sprzątałem z ich stołów, na zmywak wynosiłem często zjedzone do połowy pizze, koszyczek z połową chleba ze smalcem i ogórkiem, talerz z nieruszonym daniem dziecięcym. Często, gdy nikt nie patrzył, podjadałem to, co wyglądało na nieruszane. To kawałek owej pizzy, ziemniaczek z twarogiem, kawałek mięsa, chleb. Było mi bardzo wstyd, ale wiedziałem, że im więcej zjem tam, tym mniej zjem w domu. Owszem, pracownicy mieli posiłek pracowniczy, ale mi on nie przysługiwał. Mogłem wziąć dowolne danie z 50% zniżką, ale... To nadal było dla mnie dużo. Nie mam pojęcia, czy ktoś kiedyś widział, że tak robię, zmywakowa była jedna na salę i kuchnię, więc często nim przyszła, zmywak był pusty.
Najbardziej w pamięci zapadła mi pewna sytuacja. Głodny jak cholera zacząłem swoją pracę, miałem trójkę przy stole – rodzice z dzieckiem. Zamówili mu pełny posiłek, kluski śląskie, rolada wołowa i warzywka. Młody nie tknął dania za równowartość mojej dniówki. W duchu się cieszyłem, bo liczyłem, że sobie coś z tego zjem. Gdy już zaproponowałem pojemnik na wynos, którego nie chcieli, wróciłem z rachunkiem. Na stole na kupce leżały wszystkie talerze, a w jednej misce po zupie pływało danie młodego, resztki zupy, ości z ryby, którą jadła pani i kości z żeberek pana. Uśmiechnięci i szczęśliwi, że pomogli, zostawili 5 zł napiwku i poszli... Nie zrozumcie mnie źle, ale było mi autentycznie przykro. Zmarnowało się dużo dobrego jedzenia, takiego, którego jeszcze długo nie mogłem kupić, takiego, które bym zjadł, chowając w kieszeń swoją dumę i ego. 
Od tamtej pory minęło lata świetlne, a ja nadal wspominam czasy, gdy 50 zł w kieszeni wydawało się przepustką do lepszego życia.
Duszka1 Odpowiedz

Miałeś szczęście, że nie było kamer. Też słyszałam opowieści pracowników i byłych pracowników ile to jedzenia się marnuje w restauracjach i hotelach. To jest często po kilka czy kilkanaście dużych worków dziennie dobrego czy nawet nie nadgryzionego jedzenia. I wszystko to idzie na odpad...

Część z tego to wina tego głupiego trendu, że jak chcesz pokazać, że jesteś "bogaty" to zamawiasz przystawkę - skubniesz trochę, zamawiasz obiad - skubniesz trochę, zamawiasz deser - skubniesz trochę, bo przecież CIE STAĆ. Głupota jakich mało. Też czasem lubię iść do jakiejś restauracji, żeby zjeść coś z innej kuchni, ale nie wyobrażam sobie tak marnotrawić jedzenia.

Dodaj anonimowe wyznanie