Ach, Tinder... Od kiedy korzystam z tej aplikacji, moje życie obfituje w naprawdę dziwne sytuacje. Teraz jeszcze bardziej nie jestem w stanie zrozumieć płci przeciwnej. Parę razy dostałem kosza, trafiło się też kilka randek, które były zupełnym niewypałem, a raz umówiłem się z niewiastą, która na zdjęciach wyglądała niczym smukła bogini, a na spotkaniu pojawiła się istota o kształcie arbuza. Najdziwniejszą schadzkę miałem jednak wczoraj.
Dziewczyna była miła i szalenie zabawna. Poszliśmy do restauracji, wypiliśmy kilka kieliszków. Gadka kleiła się – cały czas rechotaliśmy i zachowywaliśmy się, jakbyśmy znali się całe życie. Zauważyłem też, że dziewczyna jest nie tylko urocza, ale i bardzo ładna. No i chyba „chętna”. Zaczęła mnie obmacywać pod stołem, szeptać różne sprośności do ucha i zachowywać się tak, jakby dalsza część randki miała się odbyć w sypialni. Po chwili takich pieszczot pani rzekła: „Muszę do łazienki. Za momencik wracam… i może pójdziemy do ciebie?”. Skinąłem głową i odprowadziłem ją wzrokiem do toalety. Tyle że zamiast tam wejść, dziewczyna zdecydowanym krokiem podeszła do drzwi restauracji, wyszła z knajpy, wsiadła do taksówki, którą musiała zamówić w czasie naszej rozmowy, i pojechała w siną dal.
Nie mam zielonego pojęcia co się stało, a próba ogarnięcia tej sytuacji moim małym męskim rozumkiem sprawia, że mózg mi się gotuje...
Rok temu 1 listopada, tuż przed godziną 9:00, stoję na parkingu przy kościele. Nagle podbiega do mnie mama mojej przyjaciółki i prosi o pomoc, ponieważ jej ojcu coś się stało. Biegnę za nią do mieszkania, wchodzę, widzę - starszy pan leży na podłodze. Sprawdzam puls, oddech - nieprzytomny, ale oddycha - układam w pozycji bocznej. Mija minuta i zauważam brak oddechu, bez zastanowienia rozpoczynam RKO. Po jakichś 20 min przyjeżdża karetka, widzę, że ratownik stoi już za mną przygotowany, więc po dokończeniu "serii" uciśnięć mówię "zmiana". Nie chcąc robić tłoku i dając miejsce ratownikom odchodzę do pomieszczenia obok, po chwili słyszę "nie żyje".
Poczułem się wtedy bezsilny, bezradny, jakby ktoś mi nóż w plecy wbił. Lekarz mówił, że mimo starań nie było szans.
Jestem strażakiem, widziałem już wiele krwi i ludzkich nieszczęść, typu poszkodowani w wypadkach, wisielcy, ale nic mnie tak nie dobiło jak ta sytuacja, gdy osoba, którą znałem umiera na moich oczach. Której rodzina patrzyła na mnie w trakcie akcji z wielką nadzieją, że będzie dobrze. Czułem się beznadziejny, wychodziłem ze spuszczoną głową, wtedy mama przyjaciółki mnie przytuliła i powiedziała, że dziękuje mi, że się starałem, to mnie trochu podniosło na duchu.
Jak widać życie, choć piękne, tak kruche jest.
Spotkałam mężczyznę, który od samego początku mi się spodobał. Takie wielkie wow na pierwsze przypadkowe spotkanie. Zaczęło się od SMS-ów, później spacery, wieczorne spotkania... Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie fakt, że był w związku. Był to związek partnerski, nie mieli dzieci, mówił, że się im nie układa, że traktuje ją jako przyjaciółkę, nie mieszkali razem. I stało się, weszłam w taki "układ". Myślałam, że jego uczucia w stosunku do mnie są szczere. Minął rok, a nic się nie zmieniło, dalej spotykaliśmy się potajemnie. To z nią spędzał święta, imprezy, wakacje. Dotarło do mnie, że byłam po prostu kochanką...
Inaczej to sobie wyobrażałam. Na początku gdy zaczęliśmy się spotykać myślałam, że zmieni swoje życie. Niestety tak się nie stało, ale chyba nie umiałam odpuścić i tak tkwiłam w takich relacjach. Dużo się kłóciliśmy, miał do mnie o wszystko pretensje, kłótnie też były wynikiem tego, że nie umiałam sobie poradzić z całą tą sytuacją... Tak zwyczajnie po prostu chciałam być kochana i szczęśliwa.
Wiem, że źle zrobiłam, w ogóle nie powinnam wchodzić w ten związek, ale stało się. Wspólna praca w jednej firmie nie ułatwia, aby zapomnieć i ruszyć dalej. Jeszcze fakt, że on mnie obwinia, że to ja go zostawiłam, że on jest bardziej poszkodowany sprawia, że jeszcze mi ciężej na sercu... Nie wiem co zrobić aby zapomnieć i ruszyć dalej.
Jakiś czas temu siedziałem sobie w autobusie, szary zwykły człowiek jadący na uczelnię jako student, nie mający dziewczyny i cierpiący z tego powodu. Siedział przede mną "pulchny" chłopak, niezbyt urodziwy. Moje myśli przepełniły się żalem, że on to będzie miał ciężko znaleźć jakąś bliską osobę, dziewczynę – ciężej ode mnie. Zrobiło mi się go naprawdę żal i pomyślałem, że gdyby wziął się za siebie, zaczął ćwiczyć, zmienił się, mógłby poznać dziewczynę i być szczęśliwym.
Jadąc parę przystanków z takimi myślami, podczas gdy sam mam problem ze znalezieniem drugiej połówki, oceniłem po wyglądzie gościa, którego nigdy nie znałem, wydawał mi się po prostu przegrany życiowo.
W pewnym momencie delikwent wysiadł z autobusu, a na niego czekała piękna dziewczyna, którą pocałował na powitanie i poszli w dal... a ja odjechałem dalej autobusem z takim uczuciem, że nigdy go nie zapomnę. W tamtym momencie zdałem sobie sprawę, że już nigdy nikogo nie ocenię, tylko będę patrzył na swoje życie i na swoje błędy.
Pracuję w miejscu, gdzie klient nasz PAN. Dosłownie. Zdarzają się bardzo mili goście, zarówno Polacy, jak i obcokrajowcy. Ale ostatnio przydarzyła mi się sytuacja, która doprowadziła mnie pierwszy raz do szaleńczej zemsty. A mianowicie obcokrajowiec był tak chamski i wulgarny, że zwyzywał mnie od najgorszych tylko dlatego, że powiedziałam, że musi zapłacić za pobyt u nas w innym biurze. Później żądał, bym zamówiła mu taksówkę.
Zamówiłam. Najdroższą, jaką tylko znalazłam, za sam przejazd na lotnisko samochodem VIP gość zapłacił trzy moje dniówki. A rzuciłam jeszcze taksówkarzowi, by przejechał dłuższą trasą, ze względu na to, że PAN chce pozwiedzać miasto.
Satysfakcja niesamowita.
Wyznanie na gorąco...
Spiknąłem się z kolegami i jeden z nich stwierdził, że potrafi się uwolnić z każdej dźwigni, którą mu się założy, nie robiąc przy tym krzywdy napastnikowi. Niewielkie doświadczenie ze sztukami walki mam, toteż zgodziłem się założyć mu ''balachę''.
Wiecie co on zrobił? Połaskotał mnie po jajkach... Faktycznie się uwolnił.
Mieszkam na wsi, mamy gospodarstwo, a w nim po trochu wszystkiego - krowy, świnie, wszelaki drób domowy, za domem kilka starych owocowych drzew. Co ważne, przy płocie rozrosły się maliny - nienawożone, pozostawione same sobie, krzaki wysokie już na około półtora metra. Obok malin stoi szklarnia i jest ogródek warzywny.
Historia dotyczy sąsiadów, którzy dwa lata temu sprowadzili się tu z miasta wojewódzkiego. Raz, na samym początku jak tu zamieszkali, w przypływie dobroci pozwoliłem ich dzieciom narwać malin, bo przecież jest ich mnóstwo, nie zbiednieję, jak dzieciaki sobie kilka zerwą. Ale jak to mówią - daj palec, wezmą całą rękę. Krzaki zostały praktycznie ogołocone - dobra, mój błąd, bo nie powiedziałem ile mogą zerwać. Potem się zaczęło. Nie zliczę, ile razy przez te dwa lata przyłapałem te dzieciaki po prostu kradnące owoce i warzywa ze szklarni czy ogródka. Poszedłem, grzecznie powiedziałem, że jak coś chcą, to niech przyjdą i poproszą, a nie kradną. Usłyszałem że "i tak leży, to co mi szkodzi". Ja jestem nauczony, że cudze to cudze, choćby miało zgnić, to nie ruszaj bez pozwolenia. Po tej akcji ulubioną rozrywką sąsiadów stało się rzucanie kamykami różnej wielkości w kury i gęsi na podwórku. Kilka zwierzaków padło, sprawę zgłosiłem sołtysowi, ale za rękę nikogo nie złapałem, dowodów brak, więc sprawa nie do rozwiązania. Odgrodziłem drób, a kontrolę na podwórku przejął młody owczarek niemiecki imieniem Teksas. Niestety, po kilku tygodniach względnego spokoju pies z dnia na dzień zaczął niknąć w oczach, nie dało się go uratować. Jestem przekonany, że zginął, bo bronił tej hołocie dostępu do skarbów z mojego terytorium.
Drugiego psa nie wziąłem, szkoda zwierzaka. Szkoda mi było pieniędzy na wyższy płot, zresztą pewnie i tak by nie stanowił większej przeszkody. Ze skargą do sołtysa też nie poszedłem. Postanowiliśmy więc z żoną całkowicie przeorganizować nasze podwórko - maliny wykopujemy, ogródek też można zrobić gdzie indziej. A na honorowym miejscu stanie płyta na obornik.
Studiuję, pracuję i wychowuję córkę jednocześnie. Nie jest łatwo. Czasami nie mam czym zapłaci za rachunki. Dziecko tanie też nie jest.
Pracuję jako sprzątaczka. Alimenty są bardzo małe, ale też coś. Po co ja to wszystko piszę? Nie chcę się żalić itp.
Moja córeczka miała urodziny. Postanowiłam zrobić jej przyjęcie urodzinowe. Zrobiłam zupę, trzy dania na ciepło i dwa ciasta. A moja rodzina zapytała się "dlaczego tak mało, ty przecież tylko w mieszkaniu siedzisz i alimenty dostajesz".
Ręce opadają :/
Mam 23 lata i pracuję na magazynie.
Z rok temu przyjechał po odbiór towaru starszy facet z synem, gdzieś w wieku 12-13 lat, akurat ja kręciłem się na przodzie magazynu, więc od razu podbijam, aby wydać towar. WZ wzięte, towar zlokalizowany, jak to mam w zwyczaju zawsze chętnie pomagam przy załadunku, aczkolwiek nie mam takiego obowiązku, już podchodzę do towaru, aby pomóc w załadunku, wtedy słyszę, jak ojciec mówi do syna:
- Widzisz, Kacper, pewnie mu się nie chciało uczyć, więc widzisz jak skończył.
Niewiele myśląc pokazuję palcem stertę grzejników (paki po 40 kg) i wypalam do młodego:
- Widzisz, Kacper, jak się nie ma choć krzty kultury i szacunku do innych, trzeba sobie radzić samemu.
Po czym mówię do jego ojca:
- To jest pańskie, dziękuję, do widzenia.
Obróciłem się na pięcie i poszedłem w głąb magazynu, słysząc jak ojciec morduje się z grzejnikami.
Nie będzie morału, a wnioski wyciągnijcie sami, ale przyznam, że niby nic takiego, ale w jednej chwili mnie zagotowało, a później od razu przyszła mega satysfakcja :D
Sytuacja miała miejsce jakieś 3 lata temu.
Na weekend przyjechał do mnie mój chłopak, z którym byłam od niedawna. To była jego pierwsza wizyta w moim domu. Pochodzimy z przeciwnych stron Polski (ja jestem ze Śląska, a on mieszka nad morzem). Wówczas nie mieliśmy częstych okazji do spotkań, głównie ze względu na odległość, więc cały jego pobyt gruchaliśmy jak te dwa gołąbki. Wszystko ładnie, pięknie... aż do dnia jego wyjazdu.
Siedzieliśmy akurat w salonie z moimi rodzicami i jedliśmy niedzielny obiad. Wszyscy rozmawiamy, śmiejemy się, kiedy nagle tąpnęło. Meble się zabujały dosyć mocno. Muszę przyznać, że był to jeden z silniejszych wstrząsów, ale byłam już do tego przyzwyczajona. W mojej miejscowości znajduje się kopalnia, więc taka sytuacja to nic nowego.
Zaczęłam więc kontynuować z rodzicami rozmowę jak gdyby nigdy nic. Dopiero po chwili spojrzałam na mojego chłopaka i oświeciło mnie - będąc pierwszy raz na Śląsku, pewnie nigdy nie miał z takim czymś do czynienia. Siedział wręcz sparaliżowany, a jego mina była bezcenna. Patrzył na nas z przerażeniem, nie wiedząc co się dzieje. Kiedy z mamą zaczęłyśmy się śmiać, mój tata próbował go uspokoić słowami „Ee... to jeszcze nie koniec świata, takiego tam bączka sobie puściłem”...
Dodaj anonimowe wyznanie