#V1hmn

Czuję się zerem. Zwłaszcza zawodowo.

  Podczas studiów pracowałam. Najpierw na kasie w sklepie, później znalazłam pracę bardziej wymagającą intelektualnie, trochę związaną z moimi studiami. Po czasie widzę, że to była dobra praca, chociaż wtedy ciągle na coś narzekałam. Jednak zajmowała mi dużo czasu, 3/4 etatu. Przy pisaniu pracy inżynierskiej chciałam miesiąc wolnego. To było za dużo i nie dostałam, więc się zwolniłam. Studia były dla mnie ważniejsze. Wtedy dostałam też propozycję pracy w IT, z której nie skorzystałam.
  Dwa miesiące później, po obronie, poszłam na staż w ciekawej firmie. I tu się zaczęło moje fatum: w pracy miałam co robić przez godzinę na osiem, a wymagano mojej obecności najczęściej jak się dało. To jest fajne przez tydzień, może dwa, ale nie codziennie. Na umowę o pracę nie miałam co liczyć, jeśli któryś z inżynierów nie odchodził.
  Po obronie pracy magisterskiej znalazłam pracę na normalną umowę, ale w innym mieście. Przeprowadziłam się. Po tygodniu dowiedziałam się, że dwóch inżynierów z firmy, w której odbywałam staż, odchodzi i mogłabym dostać umowę. Za późno. A w nowej pracy też nie miałam co robić. Szef mnie unikał i mówił, że sama mam sobie znaleźć zajęcie. Nie miałam jeszcze takiego doświadczenia, w dodatku moje stanowisko wcześniej w tej firmie nie istniało. Po 9 miesiącach ktoś się zorientował, że ono jednak nie jest potrzebne i dostałam wypowiedzenie.
  Dostałam propozycję wyjazdu na trzymiesięczny staż do Niemiec. Niestety, termin pokrywał się z datą mojego ślubu. Nie skorzystałam.
  Znalazłam inną pracę. Całkiem OK, chociaż nie bardzo pasowało mi, że na zmiany. Ale chciałam tam pracować, chociaż kilka lat, zdobyć doświadczenie. Pracowałam sześć miesięcy. Zaszłam w ciążę. Umowa została mi przedłużona do porodu, później rok macierzyńskiego z ZUS. I drugie dziecko, skoro ja i tak w domu.
  Czuję, że się cofam w rozwoju. Nie umiem nic ze studiów i z pracy. Boję się podejmować najprostsze wyzwania umysłowe. Nawet z liczeniem mam problem, gdzie wcześniej żadnego. Na studiach byłam jedną z najlepszych. A teraz? Zagrzebana w pieluchach kwoka. Nawet laptopa przestałam używać, bo przypominał mi o moich porażkach. Boję się podejmować jakikolwiek wysiłek w celu nauczenia się czegokolwiek, bo nie wierzę, że ktoś mnie zatrudni na satysfakcjonującym mnie stanowisku i jeszcze sobie poradzę.

#4Rj7Y

Mam prawie 50 lat i coraz częściej myślę o własnym końcu. Nie, nie planuję samobójstwa ani nic takiego. Po prostu już mi się nie chce. Dziecko dorosłe, samodzielne. Żony nie mam, choć mam partnerkę. Rodziców już nie ma. Przyjaciele? Znajomi? Są, ale raczej nie tacy, którzy by na dłuższą metę tęsknili.
Czy w życiu czegoś mi brakuje? Jak popatrzeć z boku, to absolutnie nie. Praca, całkiem niezła? Jest. Mieszkanie? Może małe, może na kredyt, ale jest. Samochód? Duży, z wyższej półki, może już ma swoje lata, ale nowszy/droższy mi zbędny. I mimo tego, że w teorii wszystko jest OK, coraz częściej myślę, aby rzucić wszystko, dosłownie wszystko.
Brak mi odwagi na tak radykalny krok i czasem marzę, aby zdiagnozowano u mnie coś, co pchnie mnie ku tej decyzji. I tak po prostu spakować się w plecak i nic nikomu nie mówiąc załatwić wszystko notarialnie, zostawić list z instrukcjami co i dla kogo i wyjechać w świat. Tak, aby nikt nie wiedział gdzie jestem i mnie nie szukał.
Gdziekolwiek, z dala od cywilizacji. I dokonać tam żywota, nie obarczając nikogo swoją śmiercią. Wśród zwykłych ludzi, dla których będę zupełnie nikim.

#ZcKLE

Moi rodzice mieszkają w Anglii. Ja i moja siostra w trakcie przerwy na studiach pojechałyśmy do nich w odwiedziny. Następnego dnia zaczął się zakupowy szał. Łazimy i łazimy, aż nagle postanowiłyśmy wejść do sklepu z jakimiś duperelami, ot tak. Przeglądałyśmy różne przedmioty, kiedy poczułam, że strasznie zabolał mnie brzuch. Z krzywym uśmiechem modliłam się, żeby to nie było to, czego się spodziewałam. Próbowałam ścisnąć pośladki, ale jak zorientowałam się, że to będzie cichacz, zdecydowałam się go uwolnić. Po chwili do moich nozdrzy doleciał przeraźliwie obrzydliwy zapach (sama się zdziwiłam, że tak można). Starałam się poinformować siostrę o tym nieprzyjemnym zapachu, kiwając głową i przewracając oczami, na co ona reagowała tekstami typu „O co ci chodzi, uspokój się, co ci?”, więc bez zastanowienia powiedziałam jej co zrobiłam i zaproponowałam ewakuację z  miejsca zdarzenia. Jej mina była bezcenna, ale odeszłyśmy stamtąd szybkim krokiem, a zapach został za nami. 

Można powiedzieć, że byłam spokojna, ale gdy wychodziłyśmy już ze sklepu, obok mnie stanął jeden z jego pracowników, dość przystojny zresztą. Uśmiechnął się do mnie, więc odwzajemniłam uśmiech. Po chwili zobaczyłam, że do mnie podchodzi, więc zaczęłam poprawiać sobie włosy, całkowicie zapominając o akcji sprzed chwili. Przystojniak spojrzał na mnie i uśmiechnął się szeroko. Kiedy ja nabrałam powietrza, żeby już coś powiedzieć, on wypalił do mnie po polsku „Nie martw się, już nie śmierdzi”.

Nogi się pode mną ugięły i myślałam, że zapadnę się pod ziemię.

#h7VAo

Po 10 latach związku rozstałam się z chłopakiem, ponieważ dowiedziałam się o jego zdradzie. Moi rodzice tak go uwielbiali, że ciągle oskarżali mnie, że nasze rozstanie to pewnie moja wina. W końcu nie wytrzymałam i powiedziałam im prawdę.

Stwierdzili, że to moja wina, bo widocznie nie zadowalałam go wystarczająco.

#V6JV9

Środek lata, jakieś 40 stopni na zewnątrz i żar lejący się z nieba. Odebrałam auto świeżo z prania i gruntownego czyszczenia i pojechałam do kumpeli na wieś. Wytłukłam się trochę po dziurach, no ale nic.
Gdy wracałam, wjechałam do miasta i stanęłam na światłach. W pięknym, czerwonym, nawoskowanym aucie na cudownych alufelgach, ubrana w nową sukienkę, bez stanika pod spodem, full makijaż. Auto, przypominam, świeżo po praniu. Na pasie obok mnie mega zajebisty przystojniak w czarnym samochodzie się do mnie uśmiecha. No to sobie myślę – hmm, może bym się tak seksownie napiła coli, tak jak na reklamach...? No i biorę tę wytrzepaną na wiejskich dołach colę z podłogi po stronie pasażera (nowa, nieotwierana butelka) i zaczynam ją z gracją odkręcać. A tu jak mi nie wybuchnie w ręce... Zachlapałam siebie i cały świeżo wyprany samochód moich rodziców, a koleś tak walnął śmiechem, że stał jeszcze długo na zielonym.

#tbSEn

Wkurzają mnie ludzie, którzy gadają, że przychodzi taki młody po studiach i chce Bóg wie ile zarabiać. Mam 25 lat i chcę po prostu za coś ŻYĆ! Dobrzy są też tacy – ma 35 lat, lata doświadczenia, zarabia może 3500 max 4000 netto i mówi, że młodym po studiach to nawet minimalna to za dużo. Że on zarobi 2-3 razy więcej. Nieważne, że pewnie gówno miał na początku, ale że on miał, to inni też mają mieć. Po co młody ma dobrze zarabiać, po co w ogóle iść na studia, skoro bez można zarobić więcej. Przeraża mnie życie w tym kraju, gdzie osoby, które się uczyły są jeszcze oczernianie i zeszmacone. Zamiast inwestować w technologię w kraju, skoro teraz „każdy” może skończyć studia, to lepiej hodować Mirków, bo więcej potrzeba robotników.

Mieszkam z dziewczyną w mieście, gdzie ceny najmu są po prostu ogromne. Nie mamy możliwości przeprowadzić się do swoich rodzinnych miast, więc musimy spłacać czyjś kredyt, przy okazji bez możliwości wyjścia na swoje. Potem wracam do domu i słyszę „Po co ci te studia były? Maciek miał dwóje i teraz ma firmę i zarabia na takich jak ty”. Taki Maciek potem pieprzy głupoty, jak to źle mają przedsiębiorcy w Polsce, ile to musi płacić pracownikom. Aha, płacić – minimalna na umowę, reszta pod stołem. Nawet nie zainteresuje się ile musiałby dawać w Niemczech czy innych państwach zachodnich do państwa na pracownika. Przeraża mnie dosłownie to, że social media wbijają ludziom to, że po co się uczyć, idź na swoje i potem narzekaj i „ruch...” swoich pracowników. Bo państwo takie złe.

Kurna, żebym ja miał jakieś marzenia z dupy... A po prostu chciałbym mieć mieć dziecko, które mógłbym wykształcić, mieć swoje mieszkanie, bo sorry, ale na emeryturze już nie będzie mnie stać, aby spłacać czyjś kredyt, tylko na opłaty i jedzenie. No i skoro się „rozwijamy”, to nie powinno być problemem takie proste marzenie. Jednak w tym przypadku zostanę nazwany roszczeniowym młodym po studiach... Przez osoby z doświadczeniem, które zarabiają tyle, co powinien młody, a one powinny mieć minimum dwa razy więcej. I przez Januszów biznesu.

#AIiqm

Sprzedałem dom i kupiłem 50 metrów w wielkiej płycie, bo przestałem radzić sobie z ratami kredytu. Z tego powodu moje i tak już złe relacje z żoną zmieniły się w nad wyraz wrogie i tragiczne. Z dużego domu i własnego podwórka wprowadziliśmy się z małym dzieckiem do ciasnej klatki. Moja żona nie potrafi zrozumieć, że nie było innego wyjścia, bo mieliśmy do wyboru albo mieć co jeść, albo kupić opał na zimę. Twierdzi, że zniszczyłem jej życie. Ja natomiast spłaciłem hipotekę oraz inne zobowiązania finansowe, które zaciągnąłem „dla nas" i przynajmniej finansowo odżyłem. Podjąłem ponadto decyzję, że muszę ratować swoje fizyczne i psychiczne zdrowie, bo już mnie na to stać. Umówiłem się do specjalistów, a następnym krokiem będzie rozwód, bo z tą kobietą po prostu nie da się żyć. Wciąż zastanawiam się jakie kroki podjąć, żeby zatrzymać przy sobie dziecko.
Piszę to dlatego, że chcę to z siebie wyrzucić, a nikomu nie mogę o tym powiedzieć.

#DZeAa

Jak byłam młodsza, to miałam strasznego pecha do wszelkiej maści zboczeńców. Coś we mnie przyciągało ich jak magnes. Bywało naprawdę groźnie, ale ta historia mnie raczej rozbawiła.

Była jesień, lat miałam dwadzieścia dwa i godzina też jakoś dwudziesta druga. Akurat wychodziła ode mnie koleżanka i postanowiłam, że wraz z psem odprowadzę ją na przystanek. Pogoda nomen omen pod psem, ale stworzenie i tak wyjść musiało.
Trasa na rzeczony przystanek w pewnym momencie prowadziła z jednej strony wzdłuż krzaczorów przy ogrodzeniu szkolnego parku, a z drugiej wzdłuż chaszczy na nasypie kolejowym. No i tak wracamy sobie z psiakiem po odjeździe koleżanki, aż tu nagle zza rachitycznej choinki wyskoczył na nas jakiś ciemny typ koło pięćdziesiątki. Ni to zapytał, ni to stwierdził: „To co? Idziesz teraz ze mną na seks? – o czym dodał – No widzę, że chcesz!”. Zimno, wieje, deszcz jak z cebra i tak mnie zdziwiło, jak ten facet chce uprawiać jakikolwiek seks w tych warunkach, że zapomniałam się wystraszyć i odruchowo palnęłam: „Zgłupiałeś, chłopie? Na takim deszczu?”.  No i molestant mi się zszokował – wytrzeszczył oczy, powietrze z niego uszło, rozejrzał się bezradnie dookoła i po chwili zapytał niepewnie: „Ale to na pewno?”. Ja na to: „Zdecydowanie podziękuję!”.
No i zboczeniec zniknął jeszcze szybciej niż się zjawił. Najwyraźniej typa podniecało przerażenie, a ja swoim zdumieniem popsułam mu całą „zabawę”.

#zUzfC

Mam poważny problem z porównywaniem się do innych. Zazdroszczę ludziom i większości nie życzę dobrze. Nigdy nie myślałam o tym, że jestem osobna zawistną, a czuję, że jednak taka jestem i mnie to martwi. Nie mam złego życia, jestem w stałym, dobrym związku, mam dobrą pracę, może jeszcze dużo nie zarabiam, ale jest dobra perspektywa i jasna ścieżka rozwoju. Jednak patrzę na koleżanki, które są z bogatych rodzin i jestem wściekła, że one dostają mieszkania/domy za darmo, gdzie ja jeszcze zbieram na wkład własny. Jak widzę znajomych, którzy nie muszą pracować, a żyją, realizując swoje pasje, to jestem zazdrosna. Jak widzę swojego byłego, który był totalnie toksyczny, to jestem wściekła, że układa sobie życie. Przez to, że zrobił mi wielką krzywdę (manipulował mną, odseparował od rodziny i przyjaciół i bił), uważam, że nie powinien sobie nigdy życia ułożyć, a najlepiej umrzeć.  Wiem, że jest to chore, ponieważ nawet on mógł się zmienić. Nawet jak moja siostra dostała lepszą pracę i wszyscy ja chwalą, to ja nie potrafię się cieszyć.

Nie wiem skąd u mnie te emocje, skąd we mnie ta zazdrość wobec wszystkich ani jak to zwalczyć. Tak jak napisałam, mam dobre życie, powoli sobie wszystko układam. Chcę żyć normalnie i nie patrzeć się na życie innych.

#3FsIv

Wiecie co jest najgorsze w pracy strażaka? Dostać na służbie wezwanie ze stanowiska kierowania PSP: „Wyciek gazu, udajcie się na ulicę...” – i tu usłyszeć swój własny adres. Chyba najgorsza służba w mojej karierze. Serce mi waliło jak oszalałe. Ciśnienie krwi to chyba miałem z 300 na 200. W głowie wszystko co najgorsze, same czarne scenariusze. Tak potwornego stresu nie miałem nawet na pierwszym wyjeździe po szkole pożarnictwa. Jak dojechaliśmy na miejsce zdarzenia, to były już trzy zastępy z jednostki ratowniczo-gaśniczej. Jak usłyszałem, że sytuacja opanowana i nic się nie wydarzyło, to musiałem usiąść na ziemi. Emocje opadły i momentalnie opadłem z sił.

Przez sześć lat pracy w straży się tak nie bałem, jak na tej służbie.
Dodaj anonimowe wyznanie