Pokłóciłem się ze swoim ojcem na temat tego, że jest leniwy i nie chce mu się nic i wreszcie zrobiło mi się lepiej, gdy to z siebie wydusiłem.
Zaczynając od początku: mój ojciec i ja zaczęliśmy niby normalną rozmowę na temat schorzeń i jak do przodu poszła technologia, po tym powiedziałem, że uważam, że zatrzymał się w samodoskonaleniu. I zaczęła się taka kłótnia, a bardziej dyskusja, gdzie środek nie jest jakoś ważny, a raczej to, co powiedziałem na końcu – że nie lubię się otaczać ludźmi, którzy nie chcą siebie doskonalić i zatrzymali się w miejscu (nie chodzi tylko o technologię, tylko ogólnie wszystkie rzeczy i świat, który idzie do przodu).
I nie wiem dlaczego po tych słowach nagle doznałem ulgi, wreszcie jakieś węzły puściły i teraz nie wiem, czy to ze mną jest coś nie tak i skrzywdziłem tatę bez powodu, czy wreszcie udało mi się wykrztusić z siebie, jakich osób nie lubię i niestety w tym gronie znajduje się mój ojciec.
Bardzo kocham swojego tatę, ale niestety nie jestem wstanie wytrzymać z nim dłużej niż dwa dni bez kłótni (przez sąd i rozwód rodziców jakieś 8-9 lat temu widuję się z tatą na dwa dni co dwa tygodnie, ale dzwonię do niego prawie codziennie).
Byłem w długim związku z kobietą z borderline. W trakcie związku działy się różne rzeczy. Od wyzwisk trwających godzinami, przez szantaże aż po przemoc fizyczną.
Codzienność staje się ciężka, gdy słuchasz, jak twoja miłość wyzywa cię od najgorszych, jak szantażuje cię, a nawet czasem próbuje bić. Parę razy skończyłem z siniakami. Jak to z borderline często bywa, 90% czasu jest idealnie, przez co tak trudno to zakończyć. Każde byle nieporozumienie oznaczało wojnę, w której słuchałem np. „niech ci ten kot zdechnie” (miałem umierającą na raka kotkę), że jestem śmieciem, że zadzwoni na policję nakłamać, że ją zgwałciłem, że moja mama to dziwka. I nierozłączny element kłótni z nią – szantaż zerwaniem. Przez to straciłem pewność siebie, wewnętrzny spokój, stałem się impulsywny. Moje życie stało się toksyczne, zatrute. Mimo mijającego czasu nadal ciężko mi cytować zdania, które padały z jej ust w kłótniach. Od ilości słów, które wielokrotnie padały z jej ust, traciłem do niej zaufanie.
Wpadłem przez to w poważną depresję. Byłem w takim stanie, że zacząłem się jąkać, nie jadłem, nie spałem. Właściwie nie wychodziłem z domu. Podupadłem na zdrowiu.
Przestało chcieć mi się żyć.
Po ostatniej kłótni, która skończyła się dla mnie połamanymi żebrami, zakończyłem to.
To było cztery miesiące temu, lecz koszmar się nie skończył. Próbowała różnych sposobów, aby zniszczyć mi życie po zerwaniu – zawodowe i prywatne. Jestem w trakcie terapii i jest już nieźle, ale miewam momenty takie jak teraz, że mam doła. Chyba dlatego to piszę i chcę się z wami podzielić tą historią. Trzymajcie kciuki.
Ojciec przymierzał się do zakupu samochodu, ale młoda (moja siostra) truła mu dupę o jakiś tatuaż. Ojciec chciał jej kupić to auto, a ona o tym nie wiedziała i robiła cyrki, że ten tatuaż wiele dla niej znaczy i tak codziennie. W końcu, po kilku tygodniach ojciec mnie pyta, jaki ten tatuaż ona chce. Sam nie byłem pewien, ale gdzieś mi tam dzwoniło, że ma być coś w stylu retro i chyba że syrena.
Ojciec śmieszek w dniu urodzin postawił na podjeździe wypasioną Syrenkę (kojarzycie takie auto?).
– No masz, córcia, żebyś się czuła jak prawdziwa syrenka!
– Ale o co chodzi?
– No chciałaś retro syrenkę, nie? He, he.
– Kto ci tak powiedział?
– No Kuba!
– Tato, ja chciałam jednorożca...
Na to ojciec już całkowicie spieklony:
– To idź tam do sąsiada, on ma konie. Żona mu przyprawiła rogi, oderwij jednego i gotowe!!!
Nie powiem, uciekłem wtedy cichaczem. Teraz siostra mnie wszędzie podwozi, ludzie machają, uśmiechają się, ale nadal się nie odzywa.
Mieszkam z matką. Jej narzeczonym jest polityk. Co nie zrobię, to ma problem i wyzywa, a ostatnio przechodziłby do rękoczynów, gdyby nie ona. Kiedy zamykałem swoje drzwi, zaczął w nie kopać krzycząc, że jestem agresywny.
A inni ludzie mają go za bohatera.
„Panie Mariuszu, pan taki dobry”.
Taki.
Kurwa.
Chuj.
Z zawodu jestem wizażystką. W zeszły weekend miałam makijaż próbny, ale grzecznie odmówiłam pani młodej, ponieważ żądała brwi wielkich i grubych jak bumerangi. Wiem, wiem, zaraz będzie, że klient nasz pan, ale wyobraźcie sobie, że ona mnie oznacza na swoich zdjęciach. Zawodowa śmierć instant.
Jeszcze zanim zdążyłam dojechać do domu, na mojej stronie dała mi jedną gwiazdkę i skomentowała, cytuję: „Wielka pani, myśli, że wie najlepiej. Odmówiła próbnej sesji, więc wnioskuje, że ch*ja potrafi”.
Nagle pod jej postem pojawiła się odpowiedź jakiejś kobiety: „Nikt nie potrafi ch*ja tak jak ty, kochana. Mój małżonek zapomniał wykasować monitoring. Do zobaczenia na ślubie”.
To się nazywa karma instant!
Czekałam kiedyś na koleżankę. Miała być o 10. Przed 10 mnie przycisnęło i poszłam na dwójeczkę (a drzwi do toalety mamy zaraz przy drzwiach do mieszkania). Siedzę i nagle słyszę pukanie do drzwi. Dziwię się, bo ona nigdy nie puka, tylko wchodzi, więc krzyczę: „Sram, wchodź!”, ale cisza... Pomyślałam, że nie usłyszała, więc drę się na całe gardło: „SRAM, WCHOOOODŹ!”. Ale ona dalej nie wchodzi. Kończę więc jak najszybciej i wychodzę na korytarz, a na wycieraczce leży paczka i słyszę pośpieszne kroki zbiegającego po schodach Grześka, naszego kuriera (a trochę się znaliśmy, jak to z kurierem). Potem przez jakiś czas głupio mi było spojrzeć mu w oczy, na szczęście zmienił region na wioskę obok.
Jestem w związku od czterech lat. Niedawno się zaręczyliśmy, ale ja czuję, że coś jest nie tak. Nie jestem szczęśliwa z moim wybrankiem. Potrafi być cudowny, ale jak nie ma go w domu, czuję się rozluźniona. Jak jest lub wiem, że ma przyjść, jestem często tak zestresowana, że biorę coś na uspokojenie. Lubię, kiedy go nie ma. Narzeczony często mnie o wszystko ochrzania, krzyczy na mnie, mówi, że nic nie jestem w stanie zrobić jak należy, w domu nie pomaga raczej. Czasem go uproszę, żeby np. umył patelnię.
Każdy mój pomysł zbywa jako bezsensowny, nawet go nie wysłuchawszy, bo on już po pierwszych paru słowach wie, że jego plan jest lepszy. Często niszczy w gniewie przedmioty w domu. Często zakazuje mi założyć, co mi się podoba, bo ma dekolt, często też odwodzi mnie od rozwoju, mówiąc, że to dla mojego dobra, bo będzie mi przykro, jak poniosę porażkę. Chciałabym odejść, ale boję się, że to wszystko moja wina.
Widzę, jak wyglądają związki w moim otoczeniu. Boję się, że to ja wszystko wyolbrzymiam. Kobiety w rodzinie, koleżanki zapewniają mnie, że facet wspaniały, radzą mi, żebym przestała wydziwiać i generować napięcia. Mój narzeczony mnie nie bije, nie pije, kupuje czasem prezenty, chociaż tę patelnię umyje raz na dwa tygodnie, pracuje i dzieli się swoją pensją, lubi dzieci. One mają gorzej. Ich mężczyźni w ogóle nic nie pomogą, często piją, część w ogóle nie pracuje, jednemu zdarza się uderzyć żonę. W domu nic albo prawie nic nie zrobią, dzieci ich nie interesują, zdradzają i nawet się z tym nie kryją.
Boję się, że tak po prostu wygląda związek, a ja jestem królewną, która za dużo wymaga, skoro tylko ja w tym całym układzie czuję, że nie jest, jak należy. Trudno jest wierzyć w swoje odczucia, gdy wszyscy wokół zapewniają, że nią mają one podstaw. I nie chodzi o to, że boję się być sama. Po prostu martwię się, że problem jest we mnie i nie będę z nikim szczęśliwa, bo wymyślam problemy.
Nigdy nie chcę zapraszać nikogo do siebie i żyję jak odludek lub odwiedzam znajomych u nich, chociaż tego też unikam, ponieważ z przyzwoitości powinnam ich czasami zaprosić do siebie. Ludzie często pytają, dlaczego nie mogą po prostu przyjść do mnie, ale chcę uniknąć niewygodnych pytań i wymyślam różne wymówki. A prawda jest taka, że w domu nie mam ciepłej wody... Najzwyczajniej w świecie nie stać mnie na kupno i wymianę bojlera na elektryczny albo zainstalowanie podgrzewacza.
Przyjechałam na weeknd do rodziców. Moja mama zobaczyła mnie w koszulce bez stanika pod spodem. Zrobiła mi ogromną awanturę, że mam tak duże cycki, że są większe niż jej... Do tej pory myślała, że noszę staniki z push upem. Obraziła się.
Jechałam dzisiaj rano autobusem na uczelnię, czytałam notatki na kolokwium. Siedziałam na miejscu pod oknem. Usiadł obok mnie jakiś chłopak.
- Hej. Czego się uczysz?
- Projektowania konserwatorskiego.
- Aha. A dasz mi swój numer?
Spoglądam na chłopaka z zaskoczeniem. Trzeba mu dać brawa za odwagę, tylko trochę źle trafił.
- Nie, raczej nie - odpowiadam. Miałam nadzieję, że to załatwi sprawę, ale niestety...
- Dlaczego? Moglibyśmy skoczyć na jakąś kawę.
- Wybacz, ale nie jestem zainteresowana - staram się jakoś dyplomatycznie wybrnąć.
- No daj spokój. - Chłopak się nie poddawał.
- Sorry, jestem lesbijką - mówię w końcu. Jeśli już jakiś chłopak mnie podrywa zawsze na początku staram się po prostu odmówić, a dopiero potem sięgam po ten argument, żeby może uniknąć jakichś ataków.
- Ee tam, nie wyglądasz. Za ładna jesteś.
Nie miałam ochoty dziękować za tak wyszukany komplement, przemilczałam sprawę. Miałam nadzieję, że ignorowanie go zniechęci, no ale nie doceniłam mojego rozmówcy.
- No co ty, na pewno nie jesteś lesbą, pewnie po prostu ci się nie podobam, no ale przecież możemy pójść...
No jakiś desperat, myślę sobie. Podziękowałam w myślach opatrzności, bo kolejny przystanek był mój. Wstaję z miejsca i mówię - Przepraszam.
- Studiujesz tu? Ja też! - rzecze uradowany i wysiada za mną.
Klnę w myślach i przyspieszam kroku. Wyciągam telefon i na fb piszę do mojej dziewczyny, która miała czekać na mnie po drodze na uczelnię "Kot, zrób jakiś pokaz uczuć czy coś, okej?". Dostaję odpowiedź pytającą, bo na ulicach nigdy sobie uczuć nie okazujemy, nawet się za rękę nie trzymamy, wyjaśniłam sprawę. Przygotowuję się psychicznie na jakieś entuzjastyczne powitanie (nie jestem przyzwyczajona, żeby robić takie rzeczy na ulicy ;)). No i tak, partnerka rzuca wesoło i dosyć głośno, żeby mój absztyfikant usłyszał "cześć, kochanie!" i rzuca mi się na szyję plus krótki buziak. Potem odchodzimy w kierunku uczelni, a ja odwracam się dyskretnie, widząc, że chłopak nadal idzie za mną. No dobra, skoro też tu studiuje, no to nie ma wyjścia, pewnie na korytarzu się rozejdziemy.
Wchodzimy do budynku, siadamy na korytarzu wśród kilku osób z naszego roku. Nagle podchodzi do mnie ów chłopaczyna i zaczyna w te słowa, że my na pewno tylko się przyjaźnimy, że to na pewno tak na pokaz było, że żeby go spławić. No ludzie, nawet jakbym faktycznie zamierzała po prostu go spławić, no to mógłby się odczepić, ale nie! Koleżanki z roku patrzą na niego i jedna parska śmiechem.
- Koleś... dłuższej stażem pary homo to ja nie znam - rzecze jedna z nich.
- Aha - odpowiada chłopak i odchodzi.
Potem jeszcze raz go spotkałam przed uczelnią - jak mnie zobaczył z dziewczyną i koleżanką z roku, to rzucił coś z pogardą. Cóż, nagle przestałam się podobać ;)
Dodaj anonimowe wyznanie