#vUHmE

Kiedy w moim życiu pojawiła się czwarta pociecha, podjęliśmy z mężem decyzję, że ja zostaję w domu i zajmuję się nim i dziećmi. Mimo tego, że mogłam spokojnie pracować, to po podsumowaniu wad i zalet postanowiliśmy, że tak będzie lepiej.
Pierwszy miesiąc był naprawdę ciężki, docinki ze strony rodziny typu „po co studiowałaś tyle czasu, żeby teraz zostać kurą domową?!”. Co mądrzejsze kuzynki zaczęły wykorzystywać fakt, że mam więcej czasu i prosić mnie o różne rzeczy. „Odbierz Olafka ze szkoły baletowej, bo nie zdążę” albo „Weź się zajmij moimi dziećmi, bo ja pracuję”. Takich sytuacji było aż nadto, zezłościłam się, bo w ciągu tygodnia potrafiłam mieć po trzy telefony z takimi rozkazami. Nic nie mam do pomocy im, ale zaczął mi się nie podobać fakt, że mnie nagminnie wykorzystują. 
Z czasem nie było łatwiej, na każdym rodzinnym spotkaniu moja kochana siostra opowiadała, jak to ona ciężko pracuje i zajmuje się swoim dzieckiem, a ja się opierdalam.
Dłuższy czas starałam się to puszczać mimo uszu, dla świętego spokoju.
Horror.

#VUOBx

Wróciłam do domu z imprezy, zmęczona, ale wiadomo – umyć się trzeba. Wzięłam piżamkę i poszłam do łazienki. Napuściłam sobie dużo ciepłej wody i weszłam do wanny. Zawsze wyleguję się w wannie, tak było i tym razem i... nagle film mi się urwał (nie od alkoholu, jestem abstynentką). Obudziłam się około 20 minut później. Woda już nie była taka ciepła, a do łazienki dobijał się mój tata, a jako że nie dawałam znaku życia, wezwali już odpowiednie służby. Leżę tak jeszcze trochę, nie mając siły nic powiedzieć ani wstać, a nagle do łazienki wbija kilku mężczyzn z noszami. Wyciągają mnie z wanny (co było chyba najbardziej wstydliwym momentem w moim życiu), ładują na nosze, zakrywają kocem i później ładują do karetki. Kiedy dojechaliśmy do szpitala, zrobili mi wszystkie potrzebne badania, potem USG, potem tomografię, potem kilka dodatkowych badań, konsultacje z innymi lekarzami, kilka utrat przytomności i już wszyscy lekarze przewijający się przez salę, w której leżałam, byli pewni – guz mózgu.
Niestety nie można usunąć operacyjnie. A nie, jednak można, a jednak nie – i tak w kółko.
Leżę nadal na tej samej sali, w tym samym szpitalu, mając obok siebie swojego chłopaka, który wierzy, że wszystko będzie dobrze, mając wspierającego ojca, rodzeństwo, czekając, aż przygotują mnie na tę operację, która jednak się odbędzie. Teraz dopiero doceniam to, co mam.

#wiRuP

Jestem wysportowaną i dość postawną dziewczyną (177 cm i 75 kg), od lat trenuję boks, od pewnego czasu chodzę też na siłownię, bo wielką przyjemność sprawia mi podnoszenie ciężarów.
Zimowa paskudna sobota, wracałam akurat z siłowni, po drodze wstąpiłam do galerii, a później do koleżanki. Miało być na chwilę, ale z tej chwili zrobiły się prawie dwie godziny i było już po jedenastej wieczór. Pierwotnie miałam iść do domu na piechotę, ale na zewnątrz pogoda paskudna, pada deszcz ze śniegiem, wieje, jadę więc do domu autobusem. Autobus pusty, oprócz mnie jest tam tylko jakieś rozbawione towarzystwo (dwie dziewczyny i chłopak), na pierwszy rzut oka i sądząc po zachowaniu typowa „patola”. Jedna z dziewczyn pyta mnie o papierosy, odpowiadam grzecznie, że nie palę, ona na to: „Co za tępa pi…da”, reszta tej blok ekipy w śmiech. Dziewczyna, która pytała mnie o papierosy, jest agresywna, próbuje mnie zaczepić, nie odzywam się ani słowem, bo nie chcę żadnej bójki i nie ukrywam – boję się.
Jest już przystanek, na którym wysiadam. Na nieszczęście całe to towarzystwo wysiada razem ze mną, nadal się do nich nie odzywam, ta najbardziej agresywna dziewczyna po chwili wykrzykuje: „Co, ku…o, mówić nie umiesz?”, reszta znowu w śmiech. Idą tuż za mną, śmieją się, obrażają mnie. W końcu słyszę, jak ta prowodyrka mówi: „Zaraz jej pierd…nę” i wiem, że to nie są żarty. Dziewczyna podbiega do mnie i wszczyna bójkę. Umiem się bronić, lata treningów nie poszły na marne, po kilku sekundach wulgarna Karyna dostaje solidny strzał i zaczyna wrzeszczeć wniebogłosy, do boju szykuje się już ten chłopak, ale w tym momencie na całe to zajście najechał patrol policji, poczułam ogromną ulgę. Przychodzi do tłumaczenia i cała ta trójka jednogłośnie mówi, że to ja ich napadłam, no po prostu żelazna logika, samotnie wracająca nocą 18-latka nie ma co robić, tylko wszczynać burdę z trójką pijanych Sebixów i Karyn. Na początku jest jednak słowo przeciwko słowu i zostałam zabrana na przesłuchanie. Mogę tylko powiedzieć, że cała ta sytuacja skończyła się dla mnie pozytywnie, było nagranie z kamer w autobusie i nagranie z monitoringu miejskiego, tam dokładnie było widać, kto był agresorem, a kto ofiarą, ale stres, nerwy i przepłakane noce były.
Nie życzę nikomu takiej sytuacji.

#gPFnm

Jakiś czas temu, kiedy wysyłałam córki na ich pierwsze kolonie, przypomniała mi się sytuacja z moich własnych i włosy zjeżyły mi się na głowie...!
To było lato 1987 roku. Miałam sześć lat i byłam najmłodszym dzieckiem w rodzinie, które chciało robić wszystko to, co starsze rodzeństwo, wyprosiłam więc udział w moich pierwszych koloniach. Wyjazd pamiętam dosyć dobrze i wspominam pozytywnie... Oprócz jednego momentu. Podczas ciszy poobiedniej wymknęłam się samotnie na plac zabaw, a tam w krzakach nieopodal siedziało trzech meneli i właśnie dobierali się do butelki wódki. Zobaczyli mnie i przywołali do siebie. Ja grzecznie do nich podeszłam, chociaż sparaliżował mnie strach. Do dzisiaj nie rozumiem tej logiki, jaką kieruje się dziecięcy umysł.
– Dziecko, przynieś nam trzy szklanki – wychrypiał jeden.
I wiecie, co ja zrobiłam? Zamiast uciec, pobiegłam do kuchni, przerażona, ale posłuszna! Poprosiłam kucharkę o szklanki.
– Po co ci one? – zapytała.
Pamiętam moją odpowiedź:
– Dla panów w krzakach.
– Dla takich to nie dam ci szklanek. Dam ci słoiki.
Wyobrażacie sobie? Dorosła kobieta widzi dziecko, które opowiada o jakichś mężczyznach w krzakach i wysyła je do nich z powrotem!
Wróciłam do meneli i posłusznie dałam im słoiki.
– A teraz uciekaj.
Uciekłam. Rzuciłam się na swoje łóżko i zaczęłam płakać z przerażenia. Po chwili przyszła opiekunka i na jej pytanie, co się stało, opowiedziałam całą historię.
– Nie martw się. Spełniłaś dobry uczynek – powiedziała ona.

Do dzisiaj nie pojmuję swojego posłuszeństwa pomimo strachu i reakcji tych dorosłych, odpowiedzialnych za moje zdrowie i życie. Mogłoby się skończyć to o wiele, wiele gorzej dla mnie...
Takie wspomnienie z końcówki lat osiemdziesiątych.

#kktrD

Odkąd trafiłam do tworu zwanego gimnazjum, miałam duże problemy z fizyką, a że jakieś ambicje intelektualne miałam, ciężko pracowałam, żeby w końcu dostać upragnioną piątkę. Mimo starań włożonych w naukę tego przedmiotu z niewiadomych przyczyn nigdy nie wybiłam się poza słabą czwórkę – najwyraźniej nie miałam w głowie tego „czegoś”, za to długie godziny spędzone nad zagadnieniami fizyki sprawiły, że bardzo ją polubiłam i zdecydowałam się kontynuować ją w liceum w zakresie rozszerzonym. Niestety, kolejne trzy lata spędzone z fizyką niewiele zmieniły, byłam jedną z najsłabszych osób w grupie, ale nie poddawałam się. Przełomowym momentem był dla mnie styczeń klasy maturalnej, kiedy mój nauczyciel fizyki powiedział, że nie wyobraża sobie, żebym uzyskała dobry wynik na maturze. Zdecydowałam wtedy, że nie mogę pozwolić, aby miał rację i wytężyłam swój umysł jeszcze bardziej, pracowałam jeszcze ciężej, aby mój wynik na świadectwie był jak najwyższy.
Dziś jestem doktorem Wydziału Fizyki prestiżowej uczelni, maturę zdałam na niemal 100%, a mojego nauczyciela często widuję na różnych konferencjach naukowych, kiedy to zwraca się do mnie „pani doktor”, a ja za każdym razem mam w głowie jego słowa.

Żartuję. Miałam 32% i od czasu skończenia liceum pracuję w Anglii. Miał rację.

#ICnOt

Dużo poruszam się samochodem i często napotykam na drodze rozjechane zwierzęta. Koty, psy, jeże. Strasznie irytuje mnie fakt, iż kierowcy aut, którzy „trafili zwierzaka”, nie potrafią zatrzymać pojazdu i sprawdzić, czy zwierzak może przeżył. Zdarza się, że stają na chwilkę, ale tylko po to, aby sprawdzić uszkodzenia auta. Tymczasem biedne zwierzę, żywe czy martwe, zostaje na drodze, i nawet choćby przeżyło, inni kierowcy kończą dzieło...
Z tego tez powodu zawsze wożę w bagażniku kilka par rękawiczek, tak zwanych wampirków, które służą mi do sprzątania z drogi tych biednych zwierzaków. Ograniczam się do umieszczenia ich w przydrożnym rowie. Często ludzie patrzą na mnie jak na idiotę, ale mam to w głębokim poważaniu. Nie rozumiem, jak można zostawić na pastwę losu zwierzę na ulicy, aby skończyło wprasowane w asfalt. Zastanawia mnie, gdzie są właściciele swoich pupili, jeśli taki zostanie potrącony gdzieś w wiosce, czyżby za każdym razem był to bezpański pies czy kot?

Jeśli zdarzy nam się potrącić zwierzę, zwróćmy uwagę, czy przeżyło, a jeśli nie, zapewnijmy mu odrobinę godności w postaci zdjęcia go z drogi. Czy to aż tak trudne?

#6D7L1

Moja babcia ma działkę, na której uprawia aronię, orzechy i inne wynalazki. Co roku robi z tego nalewki. Ale nie do upijania się, ale takie „lecznicze” – orzechówka na sraczkę, jeżynówka na przeziębienie, czosnkówka jako środek odkażający itp. W związku z produkcją takich wynalazków babcia co roku kupuje gdzieś spirytus i przelewa go do butelek, które akurat ma w domu. Tyle tytułem wstępu. Bo nie o nalewkach będzie tu jednak mowa, ale o pikantnym żarciu, w którym z kolei gustuje mój dziadek. Staruszek jakieś 30 lat temu odkrył ostre papryczki i zaczął z nich robić przeciery. Skubany tak uodpornił się, że bez mrugnięcia okiem potrafi przyjąć ilość kapsaicyny, która niejednemu rozsadziłaby pół twarzy, a następnie zmieniła odwłok w żywy wulkan palącej rozpaczy.

Babcia z dziadkiem pojechali akurat na parę dni wakacji i poprosili mnie, abym wpadł do ich mieszkania i podlał paprotki. Zrobiłem, jak prosili. Tego dnia byłem bardzo zalatany, więc nie udało mi się znaleźć chwili na zjedzenie śniadania. W drodze kupiłem więc kawałek bułki i trochę żółtego sera. Uznałem, że wizyta u dziadków będzie dobrym momentem na spałaszowanie zaległego posiłku. Kanapeczka przygotowana, ale czegoś mi brakowało. Pomidora czy chociaż musztardy jakiejś... Otworzyłem lodówkę! Jest keczup! I to nie byle jaki, bo mój ulubiony, łagodny, w słoiczku. Otworzyłem, nabrałem łyżką potężną ilość i PLASK! walnąłem na serek.

Wgryzłem się w bułkę z taką pazernością, jakbym nie jadł nic od tygodnia. Nie minęła sekunda, kiedy poczułem lawę na języku. Wtedy dotarło do mnie: to dziadkowy sos z habanero czy innego cholerstwa! Zacząłem się krztusić, bo próbując złapać oddech, wciągnąłem spore kawałki buły z płynnym ogniem wprost do tchawicy. Łzy napłynęły mi do oczu, a moja cała głowa pulsowała trawiona piekącym sosiwem. Resztkami sił rzuciłem się do lodówki. Przez załzawione oczy zobaczyłem mojego Święty Graal – szklaną butelkę wody. Gazowanej. O radości! Przyssałem się do niej i łapczywie ściągnąłem trzy przepotężne łyki. Dopiero po ostatnim upadłem na kafelki, aby w konwulsjach wydać z siebie cichy wrzask: Krrrrrk!!! Właśnie wlałem w siebie potężną ilość babcinego spirytusu na nalewki...

Przez dwadzieścia minut leżałem na ziemi zwinięty w kuleczkę, raz po raz zwracając resztki bułki z sosem śmierci i spirytusem, którym to świństwo popiłem.
Moje gardło było tak zmasakrowane, że przez dwa dni nie byłem w stanie wydusić z siebie nawet jednego słowa. Najlepsze jest jednak to, że potwornie się upiłem...!

– Cienias! – mruknął po powrocie dziadek.
– Idź, młody! Żeby mi tyle spirytusu zmarnować... – dodała babcia.

#ItVAX

Nie ma to jak spać na piętrowym łóżku z kuzynem, który co noc przez bitą godzinę robi sobie dobrze. Jak on sobie może myśleć, trzęsąc całym łóżkiem, że ja się nie domyślę? Nie, no co ty, turbulencje większe niż w samolocie, stęka tak, że dziwię się, że reszta rodziny dalej śpi, ale dalej codziennie z uśmiechem na twarzy mówi mi „dzień dobry”.
Smaż się w piekle, K****.
Dodaj anonimowe wyznanie