Jestem ochroniarzem w znanej sieci drogerii. Moje stanowisko pracy jest ulokowane zaraz koło wejścia do sklepu, tuż przy kasach.
Ostatniej niedzieli, gdy moja zmiana powoli zbliżała się ku końcowi, pojawił się on: Dziadek Amant. Był to mężczyzna w wieku około 70 lat. Chwilę pokręcił się po sklepie i podszedł do kasjerki, która stała za kasą i rozpoczął swój „podryw”: Och, jaka pani ładna! A czy ma chłopaka? Ja to jeszcze całkiem jurny jestem! (sic!) itp.
Kasjerka zdawała się ignorować jego awanse. Z racji że tego dnia był w sklepie mały ruch i nie było w pobliżu innych klientów, pan postanowił skorzystać z bardziej radykalnych metod i wyłożył kawę na ławę... Dosłownie. W ciągu sekundy wyjął swj sprzęt i położył go na ladzie w tym miejscu, gdzie klienci zazwyczaj kładą koszyki ze swoimi zakupami. Biedną kasjerkę zamurowało. Zanim zorientowałem się, co się właśnie stało, minęły ze 2-3 sekundy. Zaraz po tym poderwałem się z krzesła wykrzykując: Co pan robi? Proszę TO natychmiast schować i wyjść ze sklepu! Zmieszany amant schował jednym ruchem swój sprzęt do spodni i pospiesznie opuścił sklep.
Starość bywa dziwna...
Nie lubię dzieci. Jednakże wszystkie prace, jakie wykonywałam, były związane z działalnością animacyjno-edukacyjną i pracą właśnie z dziećmi. Teraz też pracuję z dzieciakami.
Rodzice odbierając dzieci z zajęć, chwalą moje zaangażowanie, cierpliwość i cudowne podejście do moich obowiązków względem małych podopiecznych. Mnie tymczasem motywują zarobki i możliwość siedzenia w basenie z piłeczkami tyle, ile dusza zapragnie.
Pewnego dnia wracałem do domu komunikacją miejską. Był to czwartek, po 18.00, tłoczno, ludzie zmęczeni i głównie po pracy, również ci na alkoholowym oddechu, szarówka. Na szczęście udało mi się usiąść na dwójce (dwa wolne miejsca) – sam byłem podmęczony dniem, na dodatek czekała mnie dość długa jazda, lecz nie do końca całego kursu autobusu. Jak to bywa, po krótkiej chwili dosiadł się do mnie jakiś mężczyzna. Wsiadł na przystanku przy kopalni, zapewne jej pracownik, z plecakiem i lekkim czarnym śladem wokół oczu. Wszystko byłoby w porządku, gdyby facet po jakiejś chwili nie zamknął oczu i nie zaczął sennie kolebać się na boki, powstrzymując sam siebie. Nie udało mu się, po paru minutach opadł na plecak trzymany na kolanach – i tak ze mną podróżował. Szczęśliwie był dość zadbany, jednak nieco bardzo uderzał od niego zapach potu. Nie krzywiłem się, rozumiałem, sam pewnie nie byłem najświeższy. Jednak dziwne spojrzenia ludzi na nas były denerwujące, oczywiście zaczęły się też plotki i przykre teksty. Było mi naprawdę nieprzyjemnie słyszeć: „Ale wali” czy „Trzeba go stąd wywalić” albo „Kolejny żul”. Dodatkowo słyszałem też: „Ten obok to pewnie jego kumpel” czy „Patrz, jakie zjeby”. Musiałem wysiadać po jakiejś chwili. Pan nadal spał, to go pchnąłem lekko nogą, by się ocknął. Jednak wcale go to nie ruszyło. Dotykałem go trochę, mówiłem do niego – nic. Stwierdziłem, że jeden przystanek w tę czy w tamtą, co za różnica. Przez ten czas próbowałem go budzić. Szczęśliwie zareagował po jakiejś chwili, gdy nie zajechałem jeszcze do kolejnego, innego i nie mojego miasta. Natychmiastowo wstał, wręcz odskoczył z błagającym o wybaczenie wyrazem twarzy. Były jeszcze światła, tak że podziękowałem i powoli ruszyłem ku drzwiom. Stałem dość blisko niego, bokiem do mężczyzny – ten uśmiechnął się naprawdę serdecznie i powiedział w moją stronę lekko zmieszany: „Przepraszam, nie spałem cztery noce. Dzieciak z żoną dostali się do szpitala”. Bił od niego smutek i straszne zmęczenie, mimo to był pogodny. Życzyłem mu i rodzinie zdrowia. Ludzie nadal spoglądali dziwnie, marudząc i śmiejąc się pod nosem. Już wychodziłem, ale dojrzałem, że facet na nowo zamknął oczy.
Miałem ściśnięte serce, i nadal mam.
Jak mam porozmawiać z chłopakiem, żeby w końcu odciął się od toksycznej matki? Ciągle próbuje się wtrącać, mówić mu, co ma robić. A największy problem ma do mnie, bo jej nie odpowiadam. A to posprzątałam nie tak, jak ona by chciała, a to że nie jestem odpowiednią partnerką dla jej synka. Ja wiem, że nie jestem idealna, nikt nie jest. Ale jest nam dobrze ze sobą. A ona ciągle ma pretensje, gdy tylko chłopak stanie w mojej obronie.
Apel do matek DOROSŁYCH już synów: pozwólcie im samym decydować o swoim życiu, wyborach partnerek i ogólnie we wszystkim.
Posiadam odkurzacz wodny i muszę go po każdym odkurzaniu myć. Wiadomo, że niektóre syfki wlecą do syfonu i zapychają mi odpływ w wannie. Postanowiłam sama wszystko odkręcić i to wyczyścić. No niestety coś źle zrobiłam i nie dało rady odkręcić. Poprosiłam męża. Zadał mi krótkie pytanie, na które nie potrafiłam odpowiedzieć: Dlaczego nie możesz poprosić mnie o pomoc, tylko ruszasz sama i później ja muszę naprawiać?
Dzisiaj odpowiedziałam sobie na to pytanie. Mianowicie pojechałam załatwić w urzędzie jedną rzecz i po drodze zajechałam do sklepu. Dosłownie po 5 minutach wróciłam i nie mogłam odpalić samochodu. Widziałam, że „pali” się kontrolka akumulatora, więc pewnie padł akumulator. Spróbowałam jeszcze w międzyczasie podpompować pompką od paliwa, ale też nie dało rady odpalić. Zadzwoniłam do męża.
Ile ja się nasłuchałam przez telefon... Po co tam pojechałaś, a urząd jest w innym miejscu itp., itd.
Streszczając całą historię: po prostu spalił się bezpiecznik od start/stop. Ale tyle było przy tym gadania, że zdałam sobie sprawę, że chyba wolałabym, żeby jakaś inna osoba mi pomogła niż własny mąż. Właśnie dlatego czasem wolę po prostu wziąć sprawy w swoje ręce.
Historia zaczęła się od operacji na wyrostek.
Leżę w sali operacyjnej, dali mi narkozę. Wchodzi doktor (ja już półprzytomna) i mówi do pielęgniarek:
- To którą nogę obcinamy?
Zdążyłam krzyknąć:
- Wyrostek!
Po wybudzeniu zapytałam się męża, gdzie jest moja noga. A mąż się zaśmiał i powiedział "Spokojnie, usunęli tylko wyrostek".
Przez jakiś tydzień, jak tylko się rano budziłam, sprawdzałam, czy mam nogi.
Studiuję na politechnice i przygotowuję się do pełnienia jednego z zawodów zaufania publicznego - architekta. Mam szczęście być w cudownej grupie, ze wspaniałymi ludźmi. Okej, po co więc pierwsze zdanie? Wyjaśniam. Przyjaźnię się tu ze zdolnymi dziewczynami i naprawdę inteligentnymi ziomkami, tyle że poza nimi (z dwoma wyjątkami) i nielicznymi osobami, nikt nie zasługuje na ten tytuł i zaufanie. Nikt.
Będziecie zamawiać projekty u osób, które całą wiedzę, którą powinniśmy mieć i biegle nią operować, trzymają na telefonach, które wyciągają tylko na kolokwiach. Na grupie kierunku jest grupa allegro, na której kupuje się gotowe projekty na zaliczenie. Z budownictwa, technik komputerowych, projektowania - czego sobie zażyczycie. Szczerze i absolutnie bez ściemy - sześciolatek by się tu utrzymał na piątkach, mając pieniądze. Nie rozumiem, jaki ma to sens. Dziewczyna, która studiuje z nami i równocześnie budownictwo nie wie, że pustaki w fundamentach mogą się rozpuszczać. Sytuacja jakich milion - kiedy położę na stoliku zadanie na mechanikę, tekst mógłby wyparować od fleszy telefonów, których właściciele natychmiast doskakują, jak hieny. Wstyd mi za tych ludzi. Ale ale - wiecie co jest najbardziej żenujące? Gdy te Karyny przechwalają się, że wszystko zerżnęły z telefonu, a ty oblewasz kolejne kolokwia przez spanie po 2-3h, a wcześniej paradoksalnie te same zadania tłumaczysz innym. Po czym te same osoby idą beztrosko imprezować i z kupionymi projektami w torebkach udostępniać memy o strudzonych życiem architektach.
Nie skomentuję tego. Uczę się na kolokwium, dopóki nie zrozumiem - nie zraża mnie oblanie, nie będę ściągać i już. To wiedza nie tylko dla mnie, ale przede wszystkim dla ludzi, dla was. Marzę o tym, by cofnąć się w czasie i żyć w latach, gdzie próbowano dojść do czegoś uczciwie. To jest k***wsko przykre.
Jedyna sytuacja, w której mój ojciec zachował się jak ostatni ch*j, ale byłam z niego mega dumna, to ta, kiedy organizowałam swoje 12. urodziny.
Jestem z rocznika 00, więc w latach 2000 modne były takie „emo grzywki” i bardzo popularne trampki Converse. Oczywiście tylko oryginalne z gwiazdką. Moich rodziców nie było stać, żeby dać 400 zł za trampki, tym bardziej że mieszkaliśmy na wsi i zaraz bym je zniszczyła, chodząc po tych wiejskich, dziurawych drogach ze szkoły do domu.
Miałam takiego znajomego Michała, syna weterynarza, który chodził ze mną do klasy i był moim niedalekim sąsiadem. Nie lubiłam go specjalnie, więc nie zaprosiłam go na urodziny, ale on postanowił wprosić się sam. Głupio było mi go wygonić przy gościach, ale zrobiło się nieswojo, bo jako syn weterynarza obnosił się z kasą i generalnie taki mały sku*wysynek był z niego. I miał on właśnie te trampki. Śliczne, czerwone. I kiedy zobaczył, że ja na urodziny dostałam swoje, ale takie z bazaru, Michał zaczął głośno komentować moją „dziadowiznę” przy gościach. Zrobiło mi się mega przykro i do końca urodzin tylko się snułam, udając wesołą. Mój ojciec to wyczuł i kiedy wyczaił moment, że Michał wychodził pierwszy z podwórka, „przypadkiem” wjechał traktorem w największą kałużę błota, jaka była na podwórzu i mu te trampki elegancko błotem (zapewne z lekką domieszką pozostałości obornika) ochlapał. Po czym wychodząc z traktora, puścił do Michała tekst: „Przepraszam, synek, nie chciałem. Ale te papucie to i tak chyba tylko do gnoju miałeś, nie?”.
Kocham cię, tato!
Bardzo lubię rozmawiać ze sklepikarzami i kasjerami. Ot tak, taka gadka szmatka.
Kupuję mięso? A zagadnę do pani o pogodę! Mam dużo produktów na taśmie? Idealny moment na rozmowę o kulinariach! Taka niezobowiązująca wymiana zdań. Zawsze też pilnuję, żeby pań nie zagadywać na zbyt długo - przecież nie chcę, żeby miały przeze mnie problemy.
Jestem bardzo pozytywną osobą, zawsze z bananem na twarzy. Dość często spotykam się z pozytywnymi reakcjami pań, które chętnie odpowiadają na mój uśmiech.
Niestety z racji studiów musiałam ograniczyć swoje eskapady do jednego pobliskiego marketu. Spotkałam tam najcudowniejszą panią kasjerkę w historii pań kasjerek. Starsza, siwiejąca kobiecina, ale wesoła jak mało kto, a jej uśmiech poprawiał humor lepiej niż cokolwiek innego. Pracę i klientów bardzo lubiła, i vice versa. Jak nietrudno się domyślić, stała się moją ulubioną i w miarę możliwości, starałam się stawać w kolejce do niej.
Nasza "przyjaźń" trwała prawie 3 miesiące i już co nieco się o owej pani dowiedziałam. Sklep odwiedzałam niemal codziennie, żeby chociaż kupić jakąś pierdołę i do Danusi się uśmiechnąć.
Pewnego dnia idę na zwyczajowe zakupy, już podchodzę do Danusi i nagle mi uśmiech rzednie. Pani Danusia przybita, nie uśmiecha się, zupełnie jakby ktoś ją podmienił.
Zagadałam, zapytałam co się stało. Odpowiedziała mi, że dostała wypowiedzenie i to jej ostatni dzień w pracy. Ponoć nie wyrabia norm, na jej miejsce ma przyjść młodsza pracownica. Załamało mnie to, zaproponowałam kawę u mnie w mieszkaniu, ale odmówiła, bo była zza miasta i musiała zdążyć na autobus. Pożegnałam się, pożyczyłam powodzenia etc.
Na następny dzień przyszłam do sklepu, już ze znacznie mniejszym niż zwyczajowym entuzjazmem. Na kasie przywitała mnie gburowata kobieta. Ani me, ani be, ani dzień dobry.
Szybko się ewakuowałam, a po powrocie przeryczałam cały wieczór. Będę tęsknić za panią Danusią, jak za własną babcią i jest mi niezmiernie przykro, że w dzisiejszych czasach liczy się jedynie zysk, a podejście do klienta jest nieważne.
Dojeżdżam z mojej miejscowości do miasta busem, który zatrzymuje się na głównym dużym przystanku. Jak to na przystankach, można spotkać wielu ludzi. Sporo jest takich, którzy proszą o pieniądze czy jedzenie. Zawsze myślałam o nich jako o przepraszam...nierobach i żulach. Stereotypowo, wiem. Ale pewnego dnia podeszła do mnie taka kobieta ok 40 lat i zapytała, czy nie kupię jej czegoś do jedzenia w knajpce przy dworcu.
Myślę "ok może naprawdę jest głodna".
Idziemy do knajpki i już chciałam poprosić o taką dużą zapiekankę dla niej i herbatę na wynos, ale w tym momencie kobieta mi przerywa i zaczyna dyktować swoje zamówienie, które składało się z zestawu z ryby, ziemniaków, surówki i dużego cappuccino (czy innej kawy nie pamiętam). Może chamsko zareagowałam ale poczułam się trochę wykorzystana i odmówiłam zapłaty.
Usłyszałam od tej kobiety, że jestem ludzkim śmieciem jak obiecuję, robię człowiekowi nadzieję a potem się wycofuję z obietnicy.
No i tak sobie żyję do dziś. Taki ludzki śmieć :)
Dodaj anonimowe wyznanie