Pracuję w nieciekawej okolicy. Za każdym razem, kiedy wracam z drugiej zmiany i kieruję się w stronę autobusu nocnego, w jednej dłoni ściskam kurczowo gaz pieprzowy, a drugą przyciskam mocno torebkę do boku. Kilka dni temu kończyłam pracę koło północy. Wsiadam do upragnionego autobusu – na tyle siedzi kilka osób, reszta pojazdu zionie pustką. Zaczynam kierować się w stronę frontu, gdy nagle zauważam stojącego tyłem do mnie mężczyznę, spoglądającego w dół. Widzę jedynie jego plecy i rękę.
Poruszającą się rytmicznie rękę.
W tym momencie moje ciśnienie gwałtownie skacze. Autobusowy onanista w swym naturalnym środowisku. Rozważam pozostanie na tyłach, jednak czeka mnie długa trasa, a ja muszę kupić bilet. Staram się nie patrzeć na mężczyznę, targa mną obrzydzenie przemieszane z wściekłością i zgorszeniem. W uszach dudni mi krew, boję się, że gdy wejdę w pole jego widzenia, zaczepi mnie lub zrobi coś gorszego. Powoli postępuję kilka kroków w przód. Gdy zrównuję się z mężczyzną, ostrożnie, jedynie kątem oka spoglądam na niego.
I widzę... sympatycznie wyglądającego starszego pana, siłującego się z zaciętym suwakiem przypiętej w pasie „nerki”...
Kiedy byłam w podstawówce, można mnie było zakwalifikować do gatunku kujona pospolitego. Byłam tym antyfajnym typem. Jednakże bardzo chciałam awansować do tych „cool dzieciaków”, które słuchały Avril Lavigne i miały Disney Channel. Większość z moich planów paliło na panewce. Gdy już zaczynałam być uznawana za spoko kujona, nauczyciele wyskakiwali z tekstem typu: „Bierzcie przykład z X!”, co dawało odwrotny do tego upragnionego skutek.
Moi rodzice postanowili urządzić imprezę komunijną dla mojej licznej rodziny. Na szczęście w tamtych czasach obyło się bez żadnych ekstrawagancji jak limuzyny czy wypuszczanie białych gołębi pokoju. Niestety, mieszkanie mieliśmy dosyć małe, a wynajem restauracji dla takiej zgrai był drogi. Moja mama wkroczyła do akcji i załatwiła mi salę. Wszystko super, świetnie. Tylko że ta sala była na stołówce w szkole. Ciężko jest przestać być kujonem, gdy nawet w niedzielę po mszy idzie się do szkoły. Byłam załamana. Bardzo nie chciało mi się iść z rodzicami na spotkanie z dyrektorem, żeby mogli dogadać szczegóły. Chyba było po mnie widać, że się nudzę, bo sam dyro zaproponował, żebym pospacerowała po korytarzach opuszczonej w weekend szkoły. No to poszłam i tak sobie idę, i właśnie wtedy mój genialny umysł wpadł na pomysł. Gdyby to była kreskówka, mała żaróweczka zalśniłaby nad moim durnym łbem. No więc mój niewinny móżdżek wpadł w fazę buntu, na którego symbol postanowiłam ściągnąć gacie. I tak oto przemaszerowałam sobie korytarzem szkolnym z mym tłustym zadem na wierzchu. Planowałam pochwalić się tym jakże wyrafinowanym i przebiegłym pomysłem z rówieśnikami, ale wino komunijne chyba mi zaszkodziło i zapomniałam ;)
Po około dwóch latach, w czwartej klasie, dyrektor zaznaczył, żeby nie biegać po korytarzach, bo on to wszystko widzi na monitoringu. To słowo zabrzmiało echem w mej nadal małej główce: „monitoringu, monitoringu, monitoringu”. Trybiki zaczęły ciężko pracować. W tamtym momencie uświadomiłam sobie, że mój anonimowy – jak mi się wydawało – wybryk nie był anonimowy i ktoś na pewno widział mój tyłek.
Mój ojciec od kilku lat pije na potęgę, nie pracuje i nie dba o higienę. Mieszka z nami, ale wygląda (i cuchnie) jak bezdomny. Nie trafiają do niego żadne argumenty, prośby, groźby, zabieranie siłą do psychiatry. Jest oderwany od rzeczywistości, nie widzi żadnego problemu i twierdzi, że my się go czepiamy. Jest mi za niego wstyd i jestem też zła, bo przeszukuje mieszkanie i podbiera nam pieniądze na papierosy i wódkę. Ostatnio nachodzą mnie myśli, że wolałabym, żeby już umarł i w końcu byłby spokój. Czy jestem złym człowiekiem?
Mam 26 lat i od dwóch miesięcy jestem na zasiłku z powodu rozwalonego zdrowia psychicznego, w dużej mierze przez mobbing w pracy, ale też nieciekawą sytuację w domu.
Co w tym anonimowego?
Rodzina nic nie wie. Mieszkam ze współlokatorką w mniejszym mieście jakieś 30 km od rodzinnej wsi. Rodzina myśli, że pracuję i mam się świetnie, ale mnie po prostu jest wstyd się przyznać. Mam poczucie winy bycia pasożytem społecznym, który nic nie potrafi i tylko wyciąga hajs, na który ktoś inny ciężko zapracował. Mimo przyjmowanych leków mam wciąż ochotę coś sobie zrobić, bo ten wstyd jest tak cholernie silny... Czuję się jak taka mameja rozlazła i że mój beret jest tak zryty i kruchy. W połączeniu z lękiem społecznym i wycofaniem to jak psychiczny wyrok śmierci.
Pewnego dnia przybyłam na przystanek tramwajowy w celu udania się tym środkiem komunikacji do pracy. Na ławce siedział pan nieco w typie żula, ale najwyraźniej jakiś low level, bo nie śmierdział. Skoro nie śmierdział – przystanęłam pod wiatą.
Pan coś sobie wesoło wcinał, a ja mu nie przeszkadzałam, tylko stałam sobie, przeglądając coś w telefonie.
Po chwili kątem oka zauważyłam, że pan się we mnie wpatruje. Oderwałam wzrok od telefonu, pan faktycznie się na mnie patrzył. Widząc, że zwrócił moją uwagę, uśmiechnął się, odchylił zad w moją stronę i zaczął melodyjnie pierdzieć.
Najwyraźniej postanowił wbić kilka leveli i zacząć jednak śmierdzieć. Uciekłam spod wiaty.
Okres dorastania to totalna parodia życia i każdy może to potwierdzić. Moja opowieść zaczyna się, gdy miałam 14 lat... Wiadomo, że mając 14 lat to tak jakby prawie mieć 15, a jak wiadomo 15 lat to przecież dorosła, pełnoprawna kobieta, silna, piękna, niezależna i znająca się na sprawach sercowych... Dokładnie.
Mając te 14 lat, miałam w szkole dwie przyjaciółki, z którymi miałyśmy podobne podejście do wieku i uważałyśmy, że jesteśmy dużo bardziej dorosłe niż nasze rówieśniczki! Ale problem był jeden... A mianowicie dwa ! Brak cycków – zmora, koszmar i depresja... Były to czasy Bravo girl i popcornu, a każda nowinka była śmiertelnie poważnie traktowana, więc gdy jedna z nas – Monika – zaczęła mieć zauważalne zarysy rosnących cycków, od razu pytałyśmy o... sposób! Tak, dokładnie, jaki ma sposób na to, żeby urosły cycki – atrybuty kobiecości, no i chłopacy tak je lubią! Monika bez zająknięcia powiedziała, że najważniejsze to spać nago – logiczne, nieskrępowane piżamą mogą swobodniej rosnąć, po drugie codziennie wieczorem przed spaniem trzeba wisieć głową w dół z łóżka albo krzesła i masować je przez 10 minut, a przed snem posmarować sutki masłem, olejem lub smalcem, żeby skóra była miękka i nie hamowała wzrostu cycków – skutkiem ubocznym miały być sny, których tematyka wywoływała czerwone wypieki na mym gładkim, jeszcze bez pryszczy, licu. Recepta na cycki jest, czas wypróbować.
Pierwszy wieczór, wszystko zrobione, kładę się. Budzę się rano. Cycki nie są większe, fakt, skóra lekko czerwona i brodawka jakby większa, więc TAK! TO DZIAŁA! JEZUSKU, DZIĘKUJĘ ZA CYCKI! No i sny były jakieś takie ojej! O sukcesie doniosłam przyjaciółkom.
Sytuacja powtarza się codziennie, pewnej nocy, gdy moje cycki były w stanie intensywnego wzrostu, a moje sny idealne, przebudziłam się i zobaczyłam mojego psa stojącego obok łóżka, który próbował jęzorem sięgnąć do smakołyku rozsmarowanego na moich wiadomych częściach ciała...
Traumy nie mam. Cycków też.
Ot, anonimowe wyznanie z pięknych lat młodości.
Jedynymi osobami, które znają tę historię, jestem ja i moja koleżanka ze studiów. Jednakże nie wiem, czy tego biednego chłopaka też wliczać.
Pewnego słonecznego dnia, siedząc u nas na mieszkaniu, zajmowałem się jakimiś pierdołami. Tu ogarnąłem nieco swój pokój, tam posprzątałem syf w kuchni, wiecie, takie normalne rzeczy. Nagle wpada ona. Ona jak to ona, jest bardzo pomocną dziewczyną, ale ma jedną wadę. Jest nieasertywna. Toteż wracając do mieszkania powiedziała mi, że ma problem. Umówiła się przez internet (za pomocą jakiejś strony typu edarling) z chłopakiem, który jest, kolokwialnie rzecz ujmując, debilem. A ona jako osoba cicha, spokojna i ułożona, nie mogła mu odmówić. Prosiła mnie o pomoc.
Ja, jako jej lokator (który się w niej też delikatnie podkochiwał ;)) nie miałem wyjścia. Chłopak miał przyjść za ok. 4 godziny, więc nie było zbyt dużo czasu. Wymyśliłem więc, że w pokoju nie będzie czekała ładna, ruda dziewczyna, tylko spocony, długowłosy metalowiec. Zabraliśmy się do roboty. Ona skoczyła do najbliższego sklepu po czarną farbę do włosów i coś żeby wymalować mi twarz, ja natomiast zrobiłem szybką rundkę wokół naszych bloków. Po tej rundce waliło ze mnie gorzej aniżeli z murzyńskiej chaty. Po powrocie do domu wyciągnąłem z jej pokoju stary czarny kożuch i wyciąłem go w kształt skóry z kota. Ona gdy wróciła przefarbowała mi włosy na czarno (miałem wtedy jeszcze długie, brązowe włosy). W ostatniej chwili zdałem sobie sprawę, że nie mam najważniejszej rzeczy - skórzanych ubrań! Dlatego wyskoczyłem do najbliższego "Taniego Armaniego" i kupiłem starą, wyświechtaną skórzaną kurtkę. Założyłem do tego czarne jeansy. Po dokończeniu malowania mojej twarzy na czarno i biało, powiedziałem jej, żeby zamknęła się na klucz w swoim pokoju. Tak też zrobiła, dokładnie piętnaście minut przed jego przybyciem.
Wreszcie słyszę otwieranie się drzwi. Ja siedzę w kuchni. Ciąłem tasakiem wieprzowinę, a skóra z "kota" była na stoliku. Okazało się, że ten chłopak to był typowy Sebix. Wchodzi z bukietem kwiatów i pyta się:
- Witam, szukam Ani - po czym ja powoli się obracam z zakrwawionym (keczupem) tasakiem i mu odpowiadam niskim, chrapiącym głosem:
- To ja.
On przeżywa zawał, i ucieka. W tle słychać tylko głośne "O k...!".
Do tej pory nie wiem, co go odstraszyło. Mój wygląd, tasak, czy mój głos.
PS: Od tej historii minęły ok. 3 lata, a my z Anią jesteśmy razem w szczęśliwym związku. Piszę o tym, bo sobie przypomnieliśmy starą historię z naszego życia :)
Siostra lat 18 związała się z 25-letnim facetem, który miał dziecko z poprzedniego związku i problemy z byłą. Opowieści jakie snuł o swojej byłej przekonały naszych rodziców, że on taki biedny, pokrzywdzony, a matka jego dziecka jest po prostu psychiczna. Ciągnął batalię w sądzie o częstsze widzenia, no wzorowy ojciec. Mi coś śmierdziało od początku, bo w sumie do tanga trzeba dwojga i rzadko kiedy się zdarza, że tylko jedna strona ma coś z deklem.
Facet zrobił mojej siostrze dzieciaka po trzech miesiącach związku, podobnie jak z poprzednią laską. Okłamał ją, że się zabezpieczył (jak potem mi wyznała). Okazało się, że jego była to całkiem normalna dziewczyna, a nie chce, żeby widywał się z córką, bo kilka razy odwiózł ją do domu po kilku piwkach. Teraz siostra płacze, rodzice płaczą, a ja nie dowierzam, jak wszyscy byli naiwni. A kiedy ja mówiłam jako starsza siostra, że jemu nie można ufać i za bardzo się wszyscy angażują w to, żeby mu pomóc odzyskać córkę, to byłam najgorsza i że jak ja tak mogę. A teraz siostra ani się nie dostanie na wymarzone studia, bo będzie siedzieć w pieluchach, ani nawet fajnego faceta nie będzie miała, bo okazało się, że gościu jest walnięty.
Po prostu dramat. Przez jeden błąd zmarnowała sobie życie.
Żyję w trójkącie z moim chłopakiem i... jego telefonem. To, że jest uzależniony nie podlega żadnym wątpliwościom. Siedzi wpatrzony w ekran 24/h. Nawet gdy chodzimy na randki, spędzamy czas w samotności, przykładowo na oglądaniu filmów czy seriali, on musi trzymać telefon obok, a gdy tylko przyjdzie jakieś powiadomienie – natychmiastowo reaguje. Nawet podczas pracy – jedną ręką wykonuje obowiązki, a w drugiej ręce telefonik i przeglądanie Instagrama, TikToka, odpisywanie znajomym. Nie przeszkadzałoby mi to, gdyby nie wpływ jego uzależnienia na nasz związek. Podczas przytulania czy nawet głupiego leżenia razem w łóżku po ciężko spędzonym dniu, on musi szperać w tym diabelskim telefonie. Powoli zaczynam mieć tego dość, bo czuję się, jakby telefon był w ważniejszy od naszej relacji, ode mnie. Nie wiem ile jeszcze tak pociągnę, ale moja cierpliwość i chęć do kontynuowania tej relacji z każdym dniem maleje.
Znowu wyjechałem z żoną na wakacje i doszliśmy do wniosku, że zmarnowaliśmy sobie życie, bo nie pasujemy do siebie. Znowu wrócimy z dziećmi do domu i będziemy udawać przez resztę roku, że pasujemy.
Dodaj anonimowe wyznanie