Akcja rozgrywa się w wakacje roku 2012, miałam wtedy 13 lat, byłam świeżo po podstawówce. Pojechałam z rodzicami nad jedno z większych jezior w okolicy. Plaża strzeżona, ja pływałam już wtedy bardzo dobrze, więc rodzice nie mieli obaw i pływałam sama (oczywiście pod nadzorem mamy patrzącej co jakiś czas z ręcznika).
Oddaliłam się od brzegu już dobre 10-13 metrów. Byłam już jakiś czas w wodzie i zaczęłam odczuwać zmęczenie. Normalna decyzja, wracam. Chcę zawracać, ale poczułam, że coś otarło się o zewnętrzną stronę mojej łydki. Nie przejęłam się specjalnie, stwierdziłam, iż to pewnie ryba albo jakiś glon. Już chcę zacząć płynąć w stronę brzegu i znowu coś dotknęło mojej nogi, tym razem uda. Popatrzyłam w dół i ujrzałam najpierw jasną masę, sekundę później zaczęłam dostrzegać szczegóły, mój mózg przeanalizował to, co zobaczył – to był topielec.
Do tej pory pamiętam, jak bardzo chciałam wtedy krzyczeć, ale nie mogłam, słyszałam łomot własnego serca i pot oblewający moje ciało. Zaczęłam płynąć tak szybko, jak tylko mogłam. Na brzegu od razu pobiegłam do rodziców, byłam wręcz w histerii. Szybko zrobiło się małe zbiorowisko gapiów, a ja starałam się uspokoić i wytłumaczyć ratownikowi, co zobaczyłam.
Nurkowie wyciągnęli ciało po 5 godzinach, żona topielca zgłosiła jego zaginięcie niecałą godzinę przed tym, jak weszłam do wody.
To było lata temu, pamiętam z tego dnia każdy szczegół, ten obraz lekko mętnej wody, przez które prześwituje ludzkie ciało.
Cytując tu pewne wyznanie: „ludzie toną w ciszy”.
Dzisiaj w domu byłam świadkiem najpiękniejszej sceny, jaką mogę sobie wyobrazić. Tytułem wstępu, moi dziadkowie są bardzo starzy, babcia już bardzo schorowana i mieszkają z moimi rodzicami, ja od kilku lat nie mieszkam w domu, ale staram się ich odwiedzać raz na dwa-trzy tygodnie. Moja babcia ma duże problemy z pamięcią i już dawno pogodziłam się z tym, że jak przyjeżdżam, nie ma pojęcia, kim jestem. Czasem zapomina moich rodziców, których widzi codziennie. Dziś jednak po raz pierwszy nie poznała mojego dziadka, z którym jest kilkadziesiąt lat po ślubie, który codziennie pomaga się jej myć, ubierać, jeść.
Dziadek dawał jej dziś lekarstwa, kiedy babcia spojrzała na niego i powiedziała:
– A... kto to panu zlecił tę opiekę nade mną?
Na co mój dziadek ze łzami w oczach odpowiedział:
– Oj... chyba sam Pan Bóg, i to już ponad 60 lat temu!
Na co moja babcia od razu spojrzała na niego z radością i powiedziała:
– No, dziadek!
Zakręciła mi się łza w oku, o takiej miłości marzę na starość. :)
Moja mama jest osobą, która różne sytuacje odczytuje jako znaki, np. jak swędzi lewa ręka, to na pieniądze, prawa – z kimś się przywitam. Pewnego dnia swędziała mnie lewa stopa, z ciekawości poszłam do mamy i spytałam się, co to znaczy, jak swędzi lewa stopa. Podekscytowana liczyłam na odpowiedź w stylu: będziesz gdzieś jechać, podróżować. Ona natomiast mówi do mnie: „Pewnie masz grzybicę”.
Wychowywałem się w czasach, gdzie królowali dresiarze, takie sebki, które nie miały nic innego do roboty, tylko kogoś zaczepić, pobić, okraść. Takie patologie wczesnych lat dwutysięcznych. Lepiej było wieczorami nie spacerować, zwłaszcza samemu. Za dzieciaka byłem prześladowany przez jednego szkolnego łobuza. Ot tak, uparł się, by mi dokuczać. Nie byłem kujonem, skarżypytą. Bił mnie, czasami nawet po szkole. Zmarnował mi część dzieciństwa.
Czas mijał, a ja dorastałem. Nie byłem brzydki, wręcz przeciwnie. Tylko wcześniej słaby, ale nikt przecież przez okresem dojrzewania nie jest kulturystą i mistrzem czarnego pasa karate. Podczas dojrzewania przeszedłem dodatkowo glow up.
Mój dawny prześladowca był w związku, i to z całkiem niezłą partnerką. Co śmieszne, poznałem ją bardziej osobiście w klubie, kiedy on tyrał prawie na dwie zmiany. Spodobałem się jej. Mieliśmy pół roku romansu i zaszła w ciążę. Dziecko jest moje, testy to potwierdziły. Tymczasem ona zerwała z nim, a on płaci jej alimenty.
Wiem, że zrobiłem rzecz bardzo niemoralną, ale biorąc pod uwagę, jaka była przeszłość, odczuwam dziką satysfakcję, mimo że wręcz w 99% przypadków i to o wiele, wiele mniejszych zawsze mnie gryzło sumienie. Po prostu cieszy mnie nieszczęście mojego dawnego prześladowcy.
Jestem Oliwia, ta historia ciągnie się już kilka dobrych miesięcy.
Do mojej rodziny dołączył ojczym, partner mojej mamy. W czasie gdy zaczęłam dorastać i rozumieć bardziej co się dzieje wokół, zaczęłam bardzo często kłócić się z rodzicami, nawet o bzdety – nieposprzątanie, spełnianie swoich marzeń, spotkania z przyjaciółmi bądź zbyt długie mycie, które trwa 20-30 minut. Dziś myłam się 21 minut, co nie pasowało mojemu ojczymowi ani mamie, oczywiście zostałam wyzwana od niedorozwiniętych oraz skrzyczana. Z ust ojczyma padły słowa, abym poszła do domu dziecka. To naprawdę nie jest miłe, zwłaszcza gdy nie ma powodu do wyzywania oraz poniżania mnie. Nie chcę tak żyć.
Pewnego dnia, gdy ojczym się napił, zaczął się bić z moimi młodszymi siostrami „tak dla zabawy”, oczywiście jako najstarsza z sióstr ustałam w ich obronie, odciągnęłam od nich ojczyma oraz zaczęłam się z nim naprawdę mocno bić. Gdy nazwałam go damskim bokserem, pierwszy raz uderzył mnie w twarz, następnie zagroziłam mu policją, za co znów dostałam. Mama go tylko odciągnęła. Nic więcej. Ojczym powiedział, że jeśli zawiadomię o czymkolwiek policję, dostanę w twarz znów. Tak zwanego liścia wychowawczego. Mama również jest po jego stronie i nie zamierza rezygnować z miłości dla mnie i sióstr. Jasne, niech nie rezygnuje, ale niech czasem spuszczą nerwy i zamiast wyzywać, pogadają ze mną normalnie. Po ludzku. Ja naprawdę nie chcę tak żyć, nie czuję się kochana, czuję się dzięki nim jak ostatni śmieć. Jak coś niepotrzebnego. Oni nigdy mnie nie kochali.
Pewnego dnia, gdy mama zobaczyła blizny po świeżym cięciu się, zaczęła krzyczeć, że jestem nienormalna, że czego mi brakuje. A co jeśli to jedyny sposób na wyładowanie emocji, który pomaga? Ja bardzo ich kocham, ale nie mogę pozwolić na krzywdzenie siebie i bliskich fizycznie czy psychicznie.
Co mam robić? No co takiego 15-latka może zrobić? Przecież nic.
Mam 28-33 lata. Celowo tak napisałem, by nieco zataić wiek, bo już raz pisałem to wyznanie. Cóż. Bycie przegrywem to niestety kwestia też wychowania, środowiska, nie tylko genetyki. Jestem żywym przykładem tego, jak byłem przegrywem tak do 26/27 roku życia i wszystko wokół było zdeterminowane, by nic się z tym nie dało zrobić. Wychowywałem się w domu, który był kochający, ale miał wiele toksycznych cech przez trudną przeszłość moich rodziców: bieda, mierzenie się z życiem. To spowodowało, że gdy wszedłem w okres dojrzewania, byli surowi, wymagający, kontrolujący mnie na każdym polu. Na studiach było lżej, ale podobnie. Nie mogłem chodzić do klubów, wyjeżdżać z grupką ludzi na parę dni w Polskę. Brzmi śmiesznie. Dla niektórych to pewnie jakaś egzotyka. Ale taka była moja codzienność. Oczywiście dopiero od niedawna rodzina się zorientowała, że wyścig szczurów i młodość w ascezie to nie jest przepis na sukces. Niestety rodzina miała swoje odloty. Przykład. Jestem nastolatkiem. Stoję z mamą na ulicy. Idzie parę dziewczyn, cóż, byłem mimo patowej sytuacji ładnym nastolatkiem. Nagle moja mama zaczyna poprawiać mi ubranie. Pożądliwy wzrok dziewczyn zamienił się w śmiech. Kiedy się wręcz odsunąłem, ona się prawie ze łzami w oczach obraziła. Znowu ojciec miał fiola na punkcie przetrwania, ostrości życia i uznawał, że tworzenie wspomnień jest nieważne. Zdawałem sobie od dziecka sprawę, że nie samą zabawą człowiek żyje, ale bez przesady. Mieszkam nadal z nimi, bo razem pracowaliśmy, by kupić dom, w końcu dzisiejszy rynek mieszkaniowy to porażka. Ale pracuję i zarabiam w takiej branży, do jakiej mnie zniechęcali, a teraz dzięki temu nam się dobrze żyje. Niestety rodzina jest krótkowzroczna i nie widzi konsekwencji zaburzenia chronologii i teraz się dziwią i martwią, że jestem singlem. Kobiety w moim wieku są po pierwszych miłościach, przygodach, a teraz chcą w większości przypadków stałego związku, małżeństwa, dzieci etc. Albo już mają dzieci. Dla mnie to jak wchodzenie do kina na ostatnie pół godziny filmu po całej akcji. Wiem, że to też egoistyczne myślenie, ale nie przeżyłem młodości jak należy. Ludzie mają wspomnienia z festiwali, wyjazdów, koncertów, przygód itp. Ja tego nie miałem, więc może dlatego jestem nadal mentalnym podlotkiem w podejściu do życia, poza kwestiami życiowymi i zarobkowymi. Nie ukrywam, tęsknię do tego, czego nie przeżyłem w odpowiednim dla tego wszystkiego czasie. Nawet jak czasu nie cofnę. To wyznanie, więc nie napiszę całej epopei. Ale przestrzegam was przez nadmiernie surowym i wymagającym wychowaniem. Jak młodość minie i nic nie stworzono we wspomnieniach, baniak jest zryty. Kto się za młodu nie wyszaleje, ten na starość głupieje. Kocham moją rodzinę, wiele dla mnie zrobiła, ale kontrolą, zakazami noblistą się nie zostanie.
Mam siostrę, a ona dziecko. Dzień w dzień dostaję po naście zdjęć cudownie uśmiechającej się mordki. Idealnie? W sumie nie bardzo.
Wiem od jakiegoś czasu, że jestem bezpłodna. Wszystko w środku mnie ściska, kiedy słyszę dźwięk nadchodzącej wiadomości. Zainteresowanym moją ciążą wciąż wciskam te same teksty – że czekam na wyniki, że za miesiąc się uda. Nie mam siły, żeby im powiedzieć prawdę, to mnie przerasta.
Na dzień dzisiejszy mam 19 lat i nie znam mojego prawdziwego ojca. Był alkoholikiem, a moja mama jak miałam 3 latka wyszła za innego faceta. I wiecie co jest w tym wszystkim najlepsze? Ma z moją mamą trzy córki, których nigdy nie traktował inaczej niż mnie. Mogłabym powiedzieć, że traktował mnie nawet lepiej. Nigdy na mnie nie nakrzyczał ani nigdy nic mi nie zakazywał.
Kiedyś rozmawiałam z ciocią i ta uzmysłowiła mi, że tata nigdy nie chciał, żebym czuła się gorsza. Całe życie bał się, że powiem mu, że nie jest moim prawdziwym ojcem...
To się nazywa być prawdziwym rodzicem.
Pracuję w nieciekawej okolicy. Za każdym razem, kiedy wracam z drugiej zmiany i kieruję się w stronę autobusu nocnego, w jednej dłoni ściskam kurczowo gaz pieprzowy, a drugą przyciskam mocno torebkę do boku. Kilka dni temu kończyłam pracę koło północy. Wsiadam do upragnionego autobusu – na tyle siedzi kilka osób, reszta pojazdu zionie pustką. Zaczynam kierować się w stronę frontu, gdy nagle zauważam stojącego tyłem do mnie mężczyznę, spoglądającego w dół. Widzę jedynie jego plecy i rękę.
Poruszającą się rytmicznie rękę.
W tym momencie moje ciśnienie gwałtownie skacze. Autobusowy onanista w swym naturalnym środowisku. Rozważam pozostanie na tyłach, jednak czeka mnie długa trasa, a ja muszę kupić bilet. Staram się nie patrzeć na mężczyznę, targa mną obrzydzenie przemieszane z wściekłością i zgorszeniem. W uszach dudni mi krew, boję się, że gdy wejdę w pole jego widzenia, zaczepi mnie lub zrobi coś gorszego. Powoli postępuję kilka kroków w przód. Gdy zrównuję się z mężczyzną, ostrożnie, jedynie kątem oka spoglądam na niego.
I widzę... sympatycznie wyglądającego starszego pana, siłującego się z zaciętym suwakiem przypiętej w pasie „nerki”...
Kiedy byłam w podstawówce, można mnie było zakwalifikować do gatunku kujona pospolitego. Byłam tym antyfajnym typem. Jednakże bardzo chciałam awansować do tych „cool dzieciaków”, które słuchały Avril Lavigne i miały Disney Channel. Większość z moich planów paliło na panewce. Gdy już zaczynałam być uznawana za spoko kujona, nauczyciele wyskakiwali z tekstem typu: „Bierzcie przykład z X!”, co dawało odwrotny do tego upragnionego skutek.
Moi rodzice postanowili urządzić imprezę komunijną dla mojej licznej rodziny. Na szczęście w tamtych czasach obyło się bez żadnych ekstrawagancji jak limuzyny czy wypuszczanie białych gołębi pokoju. Niestety, mieszkanie mieliśmy dosyć małe, a wynajem restauracji dla takiej zgrai był drogi. Moja mama wkroczyła do akcji i załatwiła mi salę. Wszystko super, świetnie. Tylko że ta sala była na stołówce w szkole. Ciężko jest przestać być kujonem, gdy nawet w niedzielę po mszy idzie się do szkoły. Byłam załamana. Bardzo nie chciało mi się iść z rodzicami na spotkanie z dyrektorem, żeby mogli dogadać szczegóły. Chyba było po mnie widać, że się nudzę, bo sam dyro zaproponował, żebym pospacerowała po korytarzach opuszczonej w weekend szkoły. No to poszłam i tak sobie idę, i właśnie wtedy mój genialny umysł wpadł na pomysł. Gdyby to była kreskówka, mała żaróweczka zalśniłaby nad moim durnym łbem. No więc mój niewinny móżdżek wpadł w fazę buntu, na którego symbol postanowiłam ściągnąć gacie. I tak oto przemaszerowałam sobie korytarzem szkolnym z mym tłustym zadem na wierzchu. Planowałam pochwalić się tym jakże wyrafinowanym i przebiegłym pomysłem z rówieśnikami, ale wino komunijne chyba mi zaszkodziło i zapomniałam ;)
Po około dwóch latach, w czwartej klasie, dyrektor zaznaczył, żeby nie biegać po korytarzach, bo on to wszystko widzi na monitoringu. To słowo zabrzmiało echem w mej nadal małej główce: „monitoringu, monitoringu, monitoringu”. Trybiki zaczęły ciężko pracować. W tamtym momencie uświadomiłam sobie, że mój anonimowy – jak mi się wydawało – wybryk nie był anonimowy i ktoś na pewno widział mój tyłek.
Dodaj anonimowe wyznanie