#kCYFI

Mam 28 lat, kończę studia magisterskie i do niedawna miałem niezłą pracę z perspektywą zrobienia kariery. Obsługiwałem i spotykałem się z milionerami. Pokazywałem na Instagramie, jak moje życie się zmieniło – piękne mieszkania, droższe wycieczki, ciekawe znajomości, celebryci. No zmiana życia o 180 stopni.

A teraz jak było naprawdę, bo już nie pracuję w tym miejscu: zostałem zwolniony, bo nie radziłem sobie psychicznie w luksusowym świecie. Ludzie oceniali, czy warto ze mną rozmawiać po telefonie, jaki miałem i markach, które nosiłem na sobie. Przez 24 godziny 7 dni w tygodniu musiałem od tych snobów odbierać telefon i służyć im radami. Wspomniane wcześniej ciekawe znajomości polegały tylko na harowaniu jak osioł dla ludzi, którzy i tak mieli mnie za służbę.

Teraz posiadam „zwykłą” pracę w polskim markecie, ale przynajmniej mam spokój psychiczny i brak perspektyw. I wiecie co? Pasuje mi to, wolę mieć nudne i spokojne żyć niż wracać do domu i płakać. 
Pozdrawiam, Radek :)

#q1VSp

Mój chłopak jest wysportowany, dobrze wygląda, ma bardzo dużo przyjaciółek ładniejszych ode mnie. I tu pojawia się problem.

Nigdy mnie aż tak nie ciągnęło do sportu, dla niego spróbowałam, ale mimo tego że chcę dobrze wyglądać, chodzę na siłownię, to jedzenie zwycięża. Nie jestem super szczupła, też nie jestem taką osobą, która waży aż tak dużo, ale jak siedzę przy jego przyjaciółkach, to czuję się gorsza.

Boję się, że dla niego jestem za mało atrakcyjna.

#l8L55

Jestem jedną z tych osób, które przed snem muszą wyobrazić sobie jakąś historię czy rozmowę, żeby zasnąć. Wiem, że osób takich jak ja jest dużo. To ciągłe prowadzenie w głowie dialogów weszło mi już w nawyk tak, że robię to mechanicznie, każdego wieczoru. I zawsze historia jest ta sama. Wyobrażam sobie, że zostałam porwana i uwięziona, porywacz przetrzymuje mnie w małym pokoju, przynosi jedzenie, a do dyspozycji mam małą łazienkę i mnóstwo książek. Książki to jedyna rozrywka, jakiej mi dostarcza. Czasem w tej mojej wyobraźni uprawiamy seks, a czasem rozmawiamy. On lubi pytać mnie o fabułę książek, które przeczytałam, a ja lubię mu o nich opowiadać.
A prawda jest taka, że skrycie marzę o takim życiu. Moje obecne życie jest bardzo monotonne. Chodzę do pracy, robię zakupy, gotuję obiad, sprzątam mieszkanie. I czytam. Bardzo dużo czytam. Kocham książki, jestem od nich uzależniona. Czytam w pracy, mam pościągane PDF-y na komputer i czytam je pomiędzy mailami, wykresami w Excelu i spotkaniami. Czytam przy śniadaniu, obiedzie i kolacji. Czytam na toalecie, a pod prysznicem słucham audiobooków. No i gdy już zjem obiad i pozmywam, zasiadam do książki i czytam przez kilka godzin, aż przychodzi czas na spanie. W weekendy czytam od rana do wieczora. I marzę o tym, żeby ktoś mnie porwał i przetrzymywał w pokoju wypełnionym książkami. Nienawidzę tego, że muszę marnować czas na chodzenie do pracy, robienie zakupów i gotowanie. Mogłabym ten czas spędzić na czytaniu. Albo rozmawianiu o książkach, to też bardzo lubię. Więc jeśli jest tu jakiś porywacz, który spełniłby moje fantazje, to zgłaszam się na ochotnika.

#97p17

Całe dzieciństwo byłam „tą brzydką”. Wychowałam się z babcią na wsi i tam środowisko nie było ani postępowe, ani miłe, bardziej prostolinijne. No to i nikt nie ukrywał, że wnuczka Krysi to brzydota. Sąsiadki wprost mówiły: „O Jezu, dziecko, ty to się musisz uczyć, bo chłopa nie znajdziesz”.

Po podstawówce zaczęłam szybko dojrzewać i tak w wieku 13 lat wyglądałam dużo ładniej. Biust urósł, biodra się zaokrągliły, wyglądałam na co najmniej 16 lat. Internet dopiero raczkował w kwestii makijażu, ale nauczyłam się stamtąd, jak się malować. Gdy jechałam 40 minut autobusem do najbliższego miasta do gimnazjum, malowałam się, często przebierałam w inne ciuchy. Poznałam tam koleżanki dużo bardziej wyzwolone ode mnie. Miałam pierwsze miłostki, schlebiało mi, jak chłopcy mnie kokietowali. Ale mi było mało. W wieku 14 lat chodziłam na imprezy „dla dorosłych” razem z nieco patologicznymi koleżankami. Babcia myślała, że się uczę z koleżankami, a ja odkrywałam świat alkoholu i facetów. Dziewictwo straciłam w kiblu na imprezie. Nie podobało mi się takie życie, chciałam miłości jak z bajki, żeby facet rzeczywiście się mną zainteresował. Ale nie potrafiłam przyciągnąć ich niczym innym jak ładna buzią i obietnicą numerku po imprezie. Wiele było takich incydentów, łatka została słusznie przyklejona i faceci traktowali mnie jak traktowali. Nie mam do nikogo pretensji, bo sama im na to pozwalałam. Tak bardzo potrzebowałam ich uznania, ganiania za mną, że czułam się w obowiązku dać im coś w zamian. 
Robiłam tak przez gimnazjum i całe liceum. Na końcu już miałam dosyć. Czułam się wypruta z emocji, ciało traktowałam jak nic nie znaczącą powłokę. Miałam za sobą nawet dwie próby samobójcze. Babcia nie chciała reagować, nie chciała widzieć, z ulgą wysłała mnie na studia. Tam odżyłam. Z dala od poprzedniego środowiska wychodziłam powoli ze swojego nałogu. W końcu trafiłam na faceta, który traktował mnie tak, jak należy. Zabierał na randki, chciał ze mną rozmawiać, a nie tylko obmacywać. Mówił komplementy o mojej inteligencji, a nie biuście. Nasz związek stał się bardzo poważny, a ja ciągle biję się z myślami, czy powiedzieć mu o mojej bujnej przeszłości. Zwłaszcza że skłamałam na samym początku, mówiąc mu, że miałam tylko jednego partnera. Wstyd mi za to co wyprawiałam i nie chcę do tego wracać, ale boję się, że prawda może kiedyś wypłynąć... A z drugiej strony nie chcę niszczyć tego, co mam.

#MkJkY

Jak znaleźć przyjaciół?
W swoim życiu miałam trochę przyjaciół, jednak dość szybko się kończyły, raz zmiana szkoły, raz to że czułam się jak ta "3".
 
Jak byłam dzisiaj na ig to zobaczyłam, że dziewczyna z klasy (taka znajoma/koleżanka) wstawiła zdjęcie i jej przyjaciele to lajkują. Albo komentują jak ładnie, ja sama bałabym się, że ktoś mnie zacznie mówić że brzydko itp. dlatego mimo, że lubię rysować boje się wstawiać. Ale jak tak patrzyłam na konto tej dziewczyny to zrozumiałam, że też tak bym chciała, wiedzieć że ktoś zawsze pomoże.
 
Mam kilku znajomych, mam też takiego przyjaciela z którym wiem, że raczej po skończeniu szkoły nie będę raczej rozmawiać.
Dlatego się pytam jak ich znaleźć. Jestem osobą która rzadko wychodzę, bo się boje, ale jak wyjdę to najczęściej znajdę chociaż jedną osobę, z którą gadam, ale jak kończy się spotkanie, to kontakt się urywa.
 
Więc ma ktoś może jakiś pomysł? Może to ze mną coś jest nie tak.

#S4jQ3

Nie jakoś wyjątkowo anonimowe... ale dla mnie ważne. 30 lat już jakiś czas temu mi stuknęło, w związku z tym postanowiłam zrobić "coś" ze sobą... To owe "coś" równało się zrzucić nagromadzony tłuszcz po 3 ciążach. TAK, schudłam, roczny plan zrzucenia oponki przerobiłam w pół roku i zrzuciłam 20 kg. Największą siłę do ćwiczeń dawały mi docinki od wspaniałej rodzinki mieszkającej w pobliżu, pt. i tak nie schudniesz, zachorujesz, matka dzieci i szczupła?! Toż to profanacja! Anemię będziesz mieć, do szpitala pójdziesz itd. w ten deseń, łącznie z plagami egipskimi, które spadną na nasz dom przez moje odchudzanie.

Schudłam tyle ile chciałam, podobam się sobie, a niezwykłą satysfakcję sprawia mi chodzenie w stroju kąpielowym (w końcu ciepło!) przy moich licznych antyfanach odchudzania (w swoim ogródku, na swojej posesji)... A gdyby wzrok mógł zabijać, padłabym martwa od razu :-) Dodam, że wianuszek moich wielbicieli ma nadwagę, każdy z osobna i wszyscy razem, którzy nie schudną, bo zdrowie nie pozwala (?!), bo czasu brak, bo na pewno będą mieć anemię itp. itd.
Czuję wręcz perwersyjną przyjemność, gdy na mój widok szlag trafia te kilka osób. A skąd to wiem? Bo zmieniły się docinki dotyczące mojej osoby na: tragicznie wyglądasz, jak stara baba, zmarszczki ci się zrobiły, anemiczka... A mój typ numer 1: ciekawe dla kogo tak schudła, bo na pewno nie dla męża...
Kocham tę zazdrość :-)
Tej "rodzinki" unikać się nie da, zawsze gdzieś ich spotkam w naszej małej mieścinie.

Żadnego apelu na temat zdrowia czy odchudzania nie będzie... A ja mam ochotę po każdym spotkaniu z "rodzinką" robić gwiazdy i salta...
I chyba się nauczę :D Motywację już mam :D

#RbL14

Mając 5 lat, strasznie chciałam zostać weterynarzem. Tkwiło to we mnie na tyle mocno, że postanowiłam znaleźć sobie podopiecznego. I znalazłam! Gienię - śliczną, ledwo chodzącą muchę z oberwanym skrzydełkiem.

Jako dobry weterynarz musiałam najpierw zaopiekować się pacjentem, aby odzyskał siłę. Wygrzebałam więc z szafki trochę waty, włożyłam ją do pudełka po zapałkach ( no bo musi mieć miękko i cieplutko) i w korkach od butelek podałam chorej wodę i okruszki zmiecione z blatu. Spędziłam z nią całe popołudnie, rozmyślając nad naszą wieczną przyjaźnią. Wieczorem po wykąpaniu się przeczytałam jej bajkę i poszłam spać. Rano z wielką nadzieją, że Gienia już sama lata, pobiegłam do niej. To co tam zobaczyłam mnie przeraziło: sztywna Gienia wplątana w watę. Trauma do końca życia, płakałam i krzyczałam jak opętana. W końcu postanowiłam zrobić jej pogrzeb.

Zamknęłam pudełko, narysowałam krzyżyk markerem i... w tym momencie zawołała mnie mama ma ognisko. Powiedziała, żebym wzięła zapałki. Nie wiem czemu, ale od razu sięgnęłam po trumnę. Zaniosłam ją mamie, a ta widząc, że pudełko jest puste, wrzuciła je do ognia. Trauma druga. Z ogromnym płaczem pobiegłam do pokoju, wlazłam pod kołdrę i napisałam list z przeprosinami do mojej małej Gieni.

Wczoraj znalazłam ten list na strychu. Chyba nie nadaję się na weterynarza.

#lqSCP

Mój dziadek ma 70 lat. Od czasu do czasu staram się poszerzać jego horyzonty smakowe, np. poprzez kupowanie jakichś egzotycznych owoców lub robienie potraw, których jeszcze nigdy nie jadł.

Niedawno kupiłam pomelo (jak ktoś nie wie, jak wygląda, niech sobie wygoogluje).
OK, tego samego dnia poszłam do dziadka i pokazałam mu pomelo. Zanim zdążyłam wyjaśnić, co to jest, dziadek wypalił: „O ja pier*olę, jaka wielka cytryna!” :D

#zd2bL

Historia wydarzyła się, jak miałam 16 lat.

Mieszkam na osiedlu domków jednorodzinnych i właśnie wtedy wracałam ze szkoły, odziana w zwiewną sukienkę. Przechodziłam koło domu nielubianego w okolicy sąsiada, który przy otworzonej na posesję bramie grzebał przy swoim garażu. Sąsiad ten słynął z posiadania dość agresywnego psa - kundelka, który, najwyraźniej zauroczony moją miotającą się na wietrze kreacją, nagle się na mnie rzucił. Wszystko, czego nauczyłam się o obronie przed psimi atakami nagle wyleciało z mojej pamięci, tak że zamiast chronić szyję, zaczęłam rozpaczliwie się z psem... bić.

Zwierzę chwyciło mnie za ramię i nie chciało puścić, całe szczęście wtedy z garażu wybiegł sąsiad razem z synem i we dwójkę odciągnęli ode mnie zwierze. Podczas gdy młody zamykał gdzieś psa, jego ojciec, wyraźnie zdenerwowany, starał się czymś zatamować krwawienie z mojego rozszarpanego ramienia, jednocześnie dzwoniąc na pogotowie, mimo że ja, ciągle w szoku i nieświadoma krwotoku, próbowałam pobiec do mojego domu stojącego obok. Wreszcie zaczęłam coś tam krzyczeć o tym psie, że dzika bestia, i wtedy dopiero się zaczęło. Sąsiad bowiem, zakończywszy rozmowę z pogotowiem, rzekł mi tak:
- No gdybyś nie chodziła w takich sukienkach co za tobą powiewają, to pies by nie zaatakował, każde zwierzę atakuje, jak jest prowokowane.

Oskarżanie mojego ubioru o prowokowanie psa sprawiło, że coś we mnie pękło, więc... rzuciłam się na sąsiada. Tak, dokładnie, próbowałam go kopać i okładać na oślep pięściami, mimo potoku krwi lecącego z mojego ramienia. Sąsiad, dużo większy, złapał mnie za nadgarstki i próbował uspokoić - pewnie by mu się powiodło, gdyby nie to, że wtedy z mojego domu wyszedł mój ojciec zaniepokojony hałasem. I oto ujrzał swoją córkę, z zakrwawionym ramieniem i trzymającego ją za ręce sąsiada. Szybko ocenił sytuację i rzucił się na faceta z pięściami.

Nieszczęśnik co prawda próbował coś wyjaśnić, ale po chwili bardziej skupił się na obronie. Do zespołu dołączył syn sąsiada, próbujący odciągnąć mojego szarżującego ojca. I tak się tłukli, a ja po chwili poczułam, że zaraz zemdleję, więc wygodnie usiadłam przy murku i siedziałam tam, aż do czasu, kiedy przyjechało pogotowie.

Ostatecznie zaraz wezwano drugie, bo jedynie syn sąsiada wyglądał porządnie, podczas gdy dwaj stateczni panowie mieli powybijane zęby i połamane nosy. Potem odwiedziła nas też policja.

Zakończenie jest takie, że od tego czasu ojciec z sąsiadem regularnie spotykają się na piwie, mimo że wcześniej raczej za sobą nie przepadali. A pies sąsiada, za naszą namową, poszedł w końcu na szkolenie. Aczkolwiek gdybym mogła wyrazić swoją opinię, to wolałabym, żeby zaprzyjaźnili się wcześniej, bez udziału mojego rozszarpanego ramienia.

#X8Ibn

Opiszę tu moją historię :) chcę się wygadać tak szczerze

Zawsze byłam pulchnym dzieckiem nie przeszkadzało mi to szczególnie w podstawówce, natomiast później w szkole średniej bywało różnie.
Moja mama wmawiała przyjaciołom i rodzinie, że to przez chorobę (chyba tarczycę), co nie było prawdą.

Jadłam słodycze, niezdrowe jedzenie - to była moja codzienność. Rodzice się mnie wstydzili, ale w żaden sposób nie pomogli mi uzmysłowić sobie, że muszę coś zrobić.

Jak byłam w drugiej LO, naprzeciwko mojego mieszkania wprowadził się nowy sąsiad, student polonistyki i fan zdrowego żywienia. Po jakimś czasie zaczął mnie zapraszać, a to na film, a to aby sobie pogadać, i częstował mnie jedzeniem, ba! ZDROWYM jedzeniem, które mnie smakowało. Następnie namówił mnie na odstawienie napoi gazowanych, słodyczy i po paru miesiącach zaczęłam zauważać w sobie zmianę.

Ja z dziewczyny ważącej 117 kg w ciągu czterech miesięcy zmieniłam się w dziewczynę ważącą 98 kg. Dla mnie to był prawie szok, Antek (imię kolegi) namówił mnie na basen w soboty, na rower we wtorek, i tak w trzeciej LO byłam już dziewczyną noszącą rozmiar M.

Antek po roku powiedział mi, że zrobił to z premedytacją, bo fajna ze mnie dziewczyna i szkoda mu mnie było. Jestem mu niezmiernie wdzięczna, a co do naszej relacji to najfajniejszy i najlepszy "brat" jakiego mam.
Dodaj anonimowe wyznanie