Kilka miesięcy temu poznałam fajnego chłopaka i cóż... sytuacja zaczęła się rozwijać. Wtedy, jeszcze jako kolega, zaprosił mnie na koncert, oboje słuchamy metalu, chociaż ja wolę lżejsze odmiany, gdy on siedzi w tych najmocniejszych. Normalnie na tego typu koncert bym nie poszła, bo to za mocne kapele dla mnie, więc zespołów nie kojarzyłam w ogóle, ale z opisu wynikało, że jedna z kapel pochodzi z mojego rodzinnego miasta.
Koncert jak koncert. Poznałam kilku nowych znajomych, wypiłam parę piw, kiedy nagle, gdy czekałam w kolejce do toalety, ktoś puknął mnie w ramię. Obracam się i widzę swojego nauczyciela chemii z liceum... Jeden z lepszych i fajniejszych nauczycieli, jakich miałam w czasie całej swojej edukacji. Ubrany był w koszulkę jakiejś kapeli, okazało się też, że ma tatuaże po nadgarstki... Dopiero wtedy sobie uświadomiłam, że nigdy nie widzieliśmy go ubranego inaczej niż w koszulę na długi rękaw.
Żywo wypytał mnie o to, na jakie studia ja trafiłam, gdzie trafiły inne osoby z mojej klasy. A ja cóż... nie wiedziałam, że mój nauczyciel siedzi w takiej muzyce. Trochę mnie to zaskoczyło. Jeszcze bardziej się zdziwiłam, gdy zobaczyłam go na scenie jako wokalistę, wymalowanego na biało-czarno i obwieszonego ćwiekami i pasami :)
W podstawówce chodziłam do klasy z pewną dziewczyną, nazwijmy ją Kinga. Kinga wtedy otwarcie mnie nie lubiła. Dopiero w 6 klasie zaczęłyśmy normalnie rozmawiać. W szkole średniej znałyśmy tylko siebie, więc poniekąd byłyśmy na siebie skazane. W połowie pierwszej klasy już byłyśmy całkiem blisko, a wkrótce stałyśmy się nierozłączne, wszystko robiłyśmy razem. Kinga na pierwszy rzut oka wydaje się roztrzepana, lekkomyślna i powierzchowna... Generalnie carpe diem. Mimo że jej rodzice nie zarabiają dużo, kupowali jej dosłownie wszystko, co chciała. Nieraz mama dawała jej swoją kartę kredytową, a ta wydawała duże sumy. Mogłoby się wydawać, że ją rozpieścili, sama tak przez jakiś czas myślałam.
Odkąd skończyła 16 lat, myślała o tym, żeby poszukać jakiejś pracy, no i znalazła, nawet dwie. Przestała brać od mamy kartę kredytową. Od lutego opiekowała się małą dziewczynką, a przez ferie pracowała w kawiarni. Prawie codziennie wracała do domu o 23, a do tego jeszcze musiała znaleźć czas na naukę. Gdy jej mówiłam, że cały czas jest zmęczona i powinna odpocząć, ona trwała przy tym, że chce mieć swoją małą niezależność.
Gdy zapytałam się jej, co zamierza kupić za swoją wypłatę, odpowiedziała: „Zbieram na nowe meble do pokoju mojej mamy, bo tamte są stare, oraz dywan, bo od kilku lat narzeka, że go nie lubi”. Dodała też, że robi tak, bo chce się mamie odwdzięczyć za wszystko, co jej do tej pory dała.
Zatkało mnie. Wstyd się przyznać, ale gdybym ja zarabiała, najpewniej odkładałabym wszystko na nowy telefon. Nie powiem jej tego, ale bardzo ją podziwiam.
Poznałam swojego przyjaciela w liceum. Rozumieliśmy się bez słów i wystarczyło jedno słowo, a któreś biegło do któregoś, gdy coś się działo. Tak trwaliśmy w naszej przyjaźni aż do studiów. Widywaliśmy się dosyć często, a do tego bardzo mi zależało na spotkaniach z nim, bo czułam się bezpiecznie i podkochiwałam się w nim, ale nic mu nie mówiłam. Gdy on wpadał do mojego lokum, gadaliśmy też o sprawach sercowych. On się dopytywał, czy kogoś mam, czy z kimś piszę i odpowiedź zawsze była taka sama: „Nie znalazłam nikogo”, bo w gruncie rzeczy tak było, bo mój przyjaciel nie podejrzewał, że to z nim chciałabym być. Rewanżowałam mu się pytaniem, bo byłam ciekawa, czy kogoś poznał. On mówił, że poznał taką jedną i że fajnie mu się pisze i gada. Więcej nie pytałam, nie chciałam wiedzieć.
No i stało się, nie mogłam przestać myśleć o kogo chodzi, jak wygląda, czy jej też zależy... Pisaliśmy na fb. Zapytałam standardowo co robi, a on mi na to, że pisze z najwspanialsza dziewczyną, jaką miał okazję poznać w swoim życiu. Załamałam się, on się zakochał, a ja czekam na niego z nadzieją, że on mnie pokocha. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak bardzo się myliłam.
Wyjechaliśmy paczką znajomych w góry, tak po prostu, po zaliczony egzaminach, on również, bo należał do mojej paczki z powodu tego, że to jego zawsze zabierałam na jakieś imprezy, bo on jest spokojny i sam by nie wyszedł. Gdy tak szliśmy sobie, wszyscy nam mówili, że wyglądamy jak para, on się uśmiechał, a ja w głowie miałam myśli, że fajnie by było, żebyśmy byli parą, ale tak nie jest. Moja przyjaciółka wiedziała o tym, że się w nim podkochuję i namawiała mnie, żebym się przyznała. Ja dalej swoje, że nie, bo nie chcę go stracić, a tak będę go widywała.
Pod koniec wyjazdu wszyscy marzyli, by wrócić do domu. Mój przyjaciel zgubił telefon i poprosił, żebym do niego zadzwoniła. I tak zrobiłam. Znalazłam jego telefon i ja byłam tam podpisana „KOCHAM CIĘ”...
Zgubił telefon specjalnie, bo bał mi się to powiedzieć w cztery oczy :) Moi znajomi o wszystkim wiedzieli.
Dziś mijają 3 lata, jak jesteśmy parą, w sierpniu bierzemy ślub – jestem najszczęśliwszą kobietą na świecie.
Mam 46 lat i nie mam nic. Kompletnie nic. Miałem dom, syna, żonę, która wprawdzie wolała dobrze ubranych i pachnących kolegów z pracy niż zawodowego kierowcę, który zamiast perfum pachniał olejami i dieslem. Zapieprzałem jak wół, śpiąc po 3 godziny na dobę, bo jak nie w robocie, to przy domu zawsze było coś do zrobienia. W końcu pękło. Rozwiodłem się. Myślałem, że poprawię swoje życie. Dom poszedł na sprzedaż, syna wywalczyła była, płacząc przed sądem, że nie może dopuścić, by obca kobieta patrzyła, jak jej syn dorasta. Obca kobieta była moją drugą żoną, 12 lat młodszą ode mnie, którą poznałem po rozwodzie.
Była doprowadziła młodego do rozstroju nerwowego i ucieczek z domu. Młody zamieszkał z nami, ale zaraz po pełnoletności zamieszkał ze swoją dziewczyną. Teraz dzwoni tylko, jak coś chce, np. kasę. Nawet o moich urodzinach nie pamięta.
Mam swoje lata i w sumie wiele nie potrzebuję. Trochę czułości, przytulenia i całusa oraz czasem durne „kocham cię”, ale jest bałagan i „nie umyłeś łyżeczki”, „głowa mnie boli”, „jestem zmęczona po pracy”. Ostatnio mi się przytyło, co bardzo żonie przeszkadza, a jak przy sprzeczce stwierdziła, że nowego chłopa to sobie znajdzie za pierwszym zakrętem, załamałem się. Problem w tym, że jestem tchórzem nieodpornym na ból. Kwestią czasu jest znalezienie odpowiednio bezbolesnej metody, ale znajdę ją i zniknę. Nie szukam pomocy, bo nie mam już woli życia.
Wygadałem się, ale wcale nie jest mi lżej. Powodzenia każdemu, kto te wypociny przeczytał.
Od trzech lat mieszkam w tym samym mieszkaniu. Dużo czasu spędzam w pracy. Potem lubię sobie iść na spacer, rower lub basen, żeby mieć chociaż minimum kondycji (pracę mam siedzącą). Jak mam wolne, to często jeżdżę do rodziców. Nie są już tacy młodzi, a mają dom i tam zawsze jest coś do zrobienia, więc chcę im pomóc. Czasem wyjdę też gdzieś z kumplami. Do mieszkania wracam więc głównie po to, żeby spać. A śpię jak kamień i ciężko mnie obudzić. Jeśli już jestem w domu, to gram na komputerze, w słuchawkach, albo słucham muzyki czy podcastu, też w słuchawkach, bo tak lubię.
Ostatnio przyszła do mnie sąsiadka z naprzeciwka. Mówiła, że próbuje mnie złapać już kolejny raz, bo ma ważną sprawę. Powiedziała mi, że mąż od dawna znęca się nad nią psychicznie. Ciągle się na nią wydziera, a ostatnio nawet ją uderzył. Mówiła, że to był pierwszy raz i właśnie to sprawiło, że w końcu zdecydowała się na rozwód. Następnie dodała, że ja jako najbliższy sąsiad na pewno wszystko słyszałem i ona chce, żebym zeznawał w sądzie na jej korzyść. Zatkało mnie. Musiałem odmówić, bo ja naprawdę NIC nie słyszałem. Nic. Tyle że ja rzadko jestem w domu. Ona się wkurzyła. Stwierdziła, że wszystkie chłopy takie same. Męska solidarność i jak kobiecie trzeba pomóc, to każdy udaje, że nic nie widział i nic nie słyszał.
Poszła, a ja mam straszne wyrzuty sumienia, że nie pomogłem. No ale jak miałbym zeznawać? A co jeśli ona kłamie i ten chłop jest niewinny? Mógłbym mu nieźle zaszkodzić. Nie mówiąc już o tym, że nie chciałbym kłamać przed sądem i zeznać coś, czego świadkiem nie byłem. Nie ma mowy! No ale z drugiej strony – co jeśli ona mówiła prawdę, a ja nie chciałem pomóc kobiecie? No ale znowu – jak? Ja nic nie słyszałem! Nie sądzę jednak, że mi uwierzyła. Sam już nie wiem. Beznadziejna sytuacja.
Wkurza mnie brak pracy, serio. Możecie pomyśleć, że to dziwne, ale denerwuje mnie to. Tak samo jak denerwuje mnie, kiedy ktoś mówi: „Siedzisz na dupie i jeszcze pieniądze za to dostajesz i ty narzekasz?!”.
Pracuję w firmie produkującej części do silników. Jak maszyna się zepsuje, to cały dzień przestoju i praca nie idzie, a wtedy się denerwuję. Jak opowiadam to w domu, wiecznie słyszę komentarze typu „nic nie robisz i zarabiasz, a jeszcze narzekasz”, „żeby tylko takie problemy na świecie były” albo „tobie się w dupie przewróciło, jak byłam w twoim wieku i w pracy bym tak miała, tobym się cieszyła, że nie muszę pracować, a i tak dniówkę dostaję”. Z tym że ja przychodzę do pracy, żeby pracować, a nie siedzieć! Błagam, powiedzcie, że ktoś jeszcze tak ma.
Moja mama osierociła mnie i moją starszą siostrę, zginęła w wypadku, gdy miałam 2 lata. Nie pamiętam jej, jednak tata szybko załatwił nam „zastępstwo”. W ciągu czterech miesięcy miałam nową „mamę”. Ojciec był alkoholikiem. Nie awanturował się, nie bił, nie krzyczał. Ale nie bardzo zwracał uwagę na to, co się dzieje w domu. A moja macocha nie wiedzieć czemu ubzdurała sobie, że jeżeli ja i moja siostra będziemy trzymać się razem, to ona zostanie sama. Dlatego postanowiła nas ze sobą skłócić. Wybrała jedną z nas, którą faworyzowała, ja byłam tą drugą. Starsza była za wszystko chwalona, nieważne, co zrobiła – była mądrzejsza, zdolniejsza, ładniejsza. Ja byłam nazywana spaślakiem, wielorybem, kozojadem. Gdy pytałam o pozwolenie na cokolwiek, potrafiła mi powiedzieć: „Nie jesteś moim prawdziwym dzieckiem, zapytaj taty”. Najgorsze było jednak nastawianie całej rodziny przeciwko mnie. Cały czas musiałam słuchać, że jestem okropna, krzyczę na nią, nie doceniam tego, co dla nas zrobiła, że się nami zaopiekowała, gdy byłyśmy małe. Nikt nie chciał mnie do siebie zapraszać na wakacje, ferie. Wszyscy jej wierzyli. Jedynie babcia ze strony mojej prawdziwej mamy mnie zawsze wspierała. I tak jak inni rozpieszczali starszą siostrę, tak ona rozpieszczała mnie. Moją siostrę również kochała, jednak było widać, że chce mi wynagrodzić niesprawiedliwość reszty rodziny.
Siostry szczerze nienawidziłam, tłukłyśmy się o wszystko. Uciekłam w świat fantastyki. Odcięłam się od wszystkich i zaczęłam czytać, zostało mi to do dziś. W międzyczasie macocha urodziła trójkę dzieci, jednak jej niechęć do mnie nie zanikła. Dalej rozpowiadała kłamstwa, dalej szydziła. Jednak pod koniec gimnazjum zdarzyło się coś, co odmieniło moje życie. Moja starsza siostra wyjechała do liceum w innym mieście. Nie wiodło jej się tam, nie miała przyjaciół. I gdy któregoś razu wróciła na weekend do domu z internatu, po prostu musiała z kimś pogadać, a ja jak zwykle siedziałam w pokoju, czytając książkę. Przegadałyśmy razem 8 godzin. Od rana do wieczora, same. Rodzeństwo dobijało się do nas, ale zamknęłyśmy drzwi i nikogo nie wpuszczałyśmy. Wyszłyśmy z tego pokoju jako zupełnie inne osoby. Wyjaśniłyśmy sobie wszystko. To wtedy właśnie okazało się, że macocha specjalnie nas ze sobą skłócała, całe życie wmawiała nam nieistniejące zwady i kłamstwa.
Siostra jest obecnie moją najlepszą przyjaciółką. Macosze nawet w pewnym stopniu wybaczyłam. Resztę rodzeństwa również bardzo kocham
I wciąż pamiętam słowa mojej kochanej babci: „Macie tylko siebie, pogodzicie się, musicie trzymać się razem, bo nie macie nikogo innego”.
Mój kot to potwór.
Raz był zamknięty u mnie w pokoju na kwarantannie. Którejś nocy nagle obudził mnie syk i błysk. Pierwsze co poczułem, to przeraźliwy smród. Zapaliłem latarkę i szybko pobiegłem do komputera sprawdzić, czy się aby nie spalił. Na szczęście to nie komputer nawalił. Zapaliłem światło, odsunąłem biurko, a tam... Wieeeeelka plama przypalonego gówna na ścianie. Gówno to tak wsiąkło w ścianę, że łatwiej farba schodziła. Do dziś jest ślad, zastawiłem go szafą.
A co się stało? Po inspekcji okazało się, że kot niepocieszony faktem zamknięcia w pokoju wszedł na listwę, nasrał na nią, gówno ściekło do środka i spowodowało zwarcie, a to doprowadziło do eksplozji, która rozrzuciła gówno na ścianę. A po tym wszystkim kot jakoś dziwnie spokojnie siedział pośrodku pokoju i się przyglądał. Więc to raczej pewne, że to zaplanował.
Niezwykle denerwuje mnie, gdy widzę, że jak tylko ktoś w internecie wspomni, że kupił psa lub kota, to zawsze znajdzie się ktoś, kto krzyczy, ile jest biednych piesków i kotków w schroniskach. Nie umniejszam problemu bezdomnych zwierząt, jednak uważam, że zwierzę ze schroniska nie jest dla każdego. One często mają problemy z zaufaniem lub inne lęki, bywają agresywne lub płochliwe. Trzeba do nich specjalnego podejścia i według mnie nie nadają się często dla ludzi bez żadnych doświadczeń z psami. Ja kupiłam psa z hodowli. Bardzo długo wybierałam odpowiednią rasę i znalazłam taką, która spełnia wszystkie moje oczekiwania. Mój Buddy uwielbia długie spacery, kocha pływać, aportować, bardzo szybko się uczy, jest przyjazny wobec obcych dorosłych, dzieci i zwierząt. Nie boję się puścić go bez smyczy w parku, bo zawsze wraca na zawołanie i pilnuje się. Wiem, jakich ma rodziców i że jego przodkowie pozbawieni są wad genetycznych. Hodowca do teraz uwielbia dostawać zdjęcia naszego i innych piesków z hodowli. Zarówno ja, jak i pies jesteśmy ze sobą szczęśliwi. Pasujemy do siebie. Za rok planuję kupić Buddiemu braciszka.
Zamiast agresywnie bombardować ludzi twierdzeniami, że kupno z hodowli jest złe, proponuję uświadamianie, jak odpowiednio wybrać psa, zarówno ze schroniska, jak i hodowli. Należy skupić się na tym prawdziwym problemie – pseudohodowlach (i domowych, niezarejestrowanych „hodowlach” amatorów). Nietrudno jest znaleźć prawdziwego hodowcę, gdy zna się kilka sposobów, jak to sprawdzić. Nie wymuszajcie adopcji, bo może to mocno zrazić do posiadania zwierzaka. Psom w schronisku łatwo pomóc nawet bez adopcji. Można kupić środki na kleszcze i pchły, można zabrać na spacer, podarować dobrą karmę lub po prostu przesłać pieniądze. Rasowy pies z rodowodem nie jest lepszy lub gorszy od schroniskowych ciapków, a chodzi przecież głównie o szczęście wszystkich czworonogów.
Od czterech lat choruję na depresję. Przeszłam przez kilka prób i uzależnienie od samookaleczenia. Przez tę chorobę przed dwudziestką mam zaniki pamięci, no i ten typowy brak pasji, marzeń, pragnień czy po prostu rzeczy, które sprawiają jakąkolwiek przyjemność.
Na cholerę się tym dzielę?
Otóż pierwszy raz od czterech lat wiem, co chciałabym dostać na urodziny.
Chyba jestem trochę dumna.
Dodaj anonimowe wyznanie