Będzie trochę wstydliwie i obrzydliwie.
Parę tygodni temu wracałem z wakacji samolotem. Wiadomo, przez parę godzin podróży zachciało się jedynaczkę, a jako facet robiłem to na stojąco. Niestety nie przewidziałem nagłych turbulencji. Efekt? Spodnie, buty, podłoga oraz sam kibelek mokry, a głowa z guzem po spotkaniu ze ścianą.
Bardzo przepraszam serwis sprzątający, ale uderzenie w głowę tak odczułem, że skapnąłem się dopiero po paru minutach, co odwaliłem.
Zainspirowany wyznaniem sprzed kilku tygodni od osoby uwielbiającej robić pranie (pozdrawiam), piszę coś od siebie.
Jestem facetem, który uwielbia zajmować się domem. Pracuję na niepełen etat, a kiedy mam wolne, lubię gotować, sprzątać, robić zakupy spożywcze, a w szczególności załadowywać i opróżniać zmywarkę.
Jeśli moja przyszła żona będzie dużo zarabiać, poświęcać się karierze i zaproponuje mi rolę koguta domowego – będę zainteresowany.
Zawsze lubiłem brać długie kąpiele. Potrafiłem siedzieć w wannie, aż rodzice wołali, żebym wychodził. Nie nalewałem wody, ale siedziałem pod strumieniem z kranu, lejącym się na mojego małego. Nie wiedziałem wtedy ani co to podniecenie, ani co to orgazm. To były czasy sprzed internetu, a ja byłem za młody, żeby kupować świerszczyki. Mimo że nie kojarzyłem tego z seksem jako takim, to myślałem wtedy o dziewczynach i „całowałem z języczkiem” krawędź wanny, wyobrażając sobie koleżankę ze szkoły. Dochodziłem tak nawet kilka razy.
Nie zdałam matury.
Gdy ktokolwiek pyta mnie o studia, to zawsze ściemniam, że na nich jestem. Wymyślam sobie kierunek, który niby studiuję. Czasami, gdy ktoś zaczyna mnie bardziej wypytywać, to strasznie mi głupio, bo muszę wymyślać, czy zdałam sesję lub czy akurat trwa, a ja nic nie wiem. Czuję się gorsza, gdy słyszę coś o studiach albo jak ktoś akurat mówi, że je ukończył.
Musiałam po szkole iść do pracy i zrozumiałam, jak ważne są studia i jak ciężko jest pracować fizycznie za małe pieniądze.
Na swoje usprawiedliwienie dodam, że gdy byłam klasie liceum, to nie mieliśmy za bardzo gdzie mieszkać i ogólnie było nie za ciekawie w mojej rodzinie, w tamtym momencie nie chciałam nawet chodzić do szkoły. Teraz stanęliśmy na nogi i myślę o poprawce, nie mogę się jej doczekać.
Od kiedy pamiętam, strasznie irytuje mnie, gdy ktoś rozmawia na wykładach/lekach, przez co jest szum na sali. Uważam to za straszny brak szacunku do drugiej osoby.
Oczywiście mi też się zdarza mieć jakaś wymianę zdań z koleżankami obok, ale staram się robić to jak najciszej się da (w przeciwności do innych).
Co w tym anonimowego?
Kiedy ktoś tak rozmawia, odczuwam taką wewnętrzna furię, że wyobrażam sobie, jak biorę długopis/ołówek/cokolwiek i rzucam w stronę tej niewychowanej osoby – a ten przebija mu głowę. Mam ochotę wtedy wstać i po prostu przywalić takiej osobie. Po prostu zrobić jej krzywdę. Czasem zwracam uwagę, mówiąc cicho, oczywiście, ale często już nie mam na to sił.
Nie wiem, czy jest to wyznanie, czy po prostu przemyślenia 27-latki.
Kilka dni temu śniło mi się, że umarła moja mama. Jestem z nią tak związana, że na samą myśl o tym, że kiedyś umrze, rozpłakałam się i nie mogłam uspokoić. Wiem, że to jest nieuniknione, ale od tego snu nie potrafię przestać myśleć o śmierci. Boję się samego umierania, jak i tego, co będzie później. Podobno po stwierdzonym zgonie ma się jeszcze świadomość co się dzieje, słyszy się głosy ludzi obok. Przeraża mnie ta myśl, że będę wszystko słyszała, a nie będę mogła się ruszyć i czegoś zrobić, powiedzieć. No i co później? Nic? Sen? Czy jednak jest jakieś życie po? Ja wiem, że nikt mi tu na te pytania nie odpowie, ale myśl, że nie zobaczę już nigdy moich bliskich, mnie, delikatnie mówiąc, paraliżuje. Chciałabym wierzyć w to, że jest coś po śmierci, że widzimy się z bliskimi, żyjemy z nimi normalnie, czujemy spokój, miłość. Czytałam o ludziach, którym serce zatrzymało się na chwilę. Po powrocie opowiadali, że było tam tak pięknie, że nie chcieli wracać. Jedni mówią o tunelu, uczuciu spokoju, ciepła. Inni zaś o bliskich, miłości i również błogim spokoju. Jeszcze inni, że po drugiej stronie panował mrok.
Ja wiem, że nie mogę o tym myśleć, bo zwariuję. Ale tak się wkręciłam, że nie potrafię. Boję się okropnie samego umierania i tego, co będzie po tym. Boje się śmierci bliskich.
Ostatnio poszłam do sklepu z zabawkami, aby kupić jakiś mały gadżet dla córeczki mojej koleżanki. Chodziłam, oglądałam, nie mogłam się zdecydować, bo wybór naprawdę był olbrzymi. W międzyczasie pewne małe dziecko (3-4 lata max) chyba ze trzy razy szturchnęło mnie podczas biegania po sklepie. Ekspedientka próbowała uspokoić dziecko, ale na nic nie reagowało, a rodzica w sklepie nie było. Gdy dzieciak wbiegł we mnie po raz kolejny, nie wytrzymałam i zapytałam, gdzie są jego rodzice. Odpowiedział tylko, że jest tutaj sam i poszedł biegać dalej.
Podeszłam do babki za kasą, okazało się, że maluch chodzi po sklepie od około dziesięciu minut, a rodziców ani nie widać, ani nie słychać. Wyszłam więc przed sklep, aby poszukać ochroniarza. Wytłumaczyłam mu, że małe, paroletnie dziecko od około kwadransa jest bez opieki rodziców, biega, zrzuca zabawki po sklepie i nic nie można z tym zrobić. Ochroniarz zainterweniował i po chwili można było usłyszeć komunikat, że mały Alanek czeka na rodziców w sklepie z zabawkami.
Po około 5 minutach przyszła oburzona matka, szarpnęła dziecko i z krzykiem do niego: „Mówiłam ci przecież, że zaraz wrócę! Nawet po buty człowiek nie może w spokoju pójść, bo zaraz musisz coś wywinąć”. Strasznie się wkurzyłam. Zwróciłam tej babce uwagę, że nie wolno tak traktować dziecka, a ta zaczęła na mnie krzyczeć i szarpnęła mnie za kurtkę. Ochroniarz podszedł i odciągnął ją ode mnie. Chciałam już wzywać policję, gdy babka ze sklepu powiedziała, bym sobie odpuściła. Gdy kobieta sobie poszła, usłyszałam, że ta kobieta jest nienormalna i że to nie pierwsza jej krzywa akcja w tej galerii. Jej mąż jest dzianym prawnikiem i gdy mały zniszczył zabawkę w sklepie, a ekspedientka kazała za nią zapłacić, to oburzona żonka zadzwoniła do męża, pogroziła pozwem, a potem napisała skargę do galerii na ten sklep.
Zapytałam babki pracującej w sklepie dlaczego nie zabronią wchodzić im do sklepu, a ona odpowiedziała, że gdy raz poprosiła o opuszczenie sklepu, bo dziecko szarpało wszystkie pluszaki za uszy, to usłyszała, że ich pozwą za dyskryminację jej dziecka, bo przecież nie można dziecku zabronić do sklepu wchodzić.
Osobiście nie zostawię tak tej sprawy. Udało mi się wygooglować, jak nazywa się ten facet i jego żonka i gdzie mieszkają. Mam zamiar zgłosić sprawę do opieki społecznej.
Naprawdę nie wiem, ile jeszcze ma się stać dziwnych rzeczy, żeby w końcu ktoś zareagował na krzywdę dziecka.
Na wigilię klasową w technikum moi kumple – żeby nie było przypału – przynieśli słoik ogórków kiszonych. Usiedli w ostatniej ławce, na środku stołu postawili słoik ogórków i „zagryzali”. Wychowawczyni spojrzała, co tam się dzieje i od razu poszła do nich, żeby zabrać im wódkę. Tylko że to byli śmieszkowie nie pierwszej wody i wódki nie mieli, po prostu jedli ogórki. Wychowawczyni się pośmiała, wszyscy rozsiedli się w świątecznej atmosferze przyjaźni i życzliwości... i dopiero wtedy wyciągnęliśmy wódkę :)
Od dwóch tygodni jestem na zwolnieniu lekarskim, mam złamane trzy palce od nogi. Moi wspaniali znajomi śmieją się, jak można nie zauważyć szafy.
Ciekawe, co by powiedzieli, gdyby dowiedzieli się, że złamałem palce... zakładając buty.
Oglądałam jakiś czas temu z mężem, bratem i byłą bratową film „Wałęsa”.
Gdy doszło do sceny, gdzie Wałęsę bili, moja bratowa aż wstała i z oburzeniem pyta:
„Czemu oni go biją? Oni nie wiedzą, że on był prezydentem?”.
Musiałam drugi raz oglądać, bo wyliśmy ze śmiechu do końca filmu.
Dodaj anonimowe wyznanie