Nigdy sprzątając totalny bajzel w pokoju trzylatka nie marudźcie pod nosem: „Jeszcze tylko nasrać na środek”.
Jest duża szansa, że dziecko to usłyszy i potraktuje jako wyzwanie.
Krótka historia (miałem 7-9 lat).
Moi starsi bracia próbowali wmówić mi, że jestem adoptowany. Miał miejsce następujący dialog:
– Rodzice nie mówili ci, że jesteś adoptowany?
– Nie, nie mówili nic takiego.
– Pewnie pomyśleli, że jak ci dobrze jest, to nie będą ci mówić prawdy, żeby cię nie denerwować.
Z tym wszystkim poszedłem do mamy i spytałem:
– Mamo, czy ty byłaś przy moich narodzinach?
Tak tytułem wstępu warto zaznaczyć, że odbywam praktyki (jako pracownik młodociany) w pewnej cukierni.
Dzień jak co dzień, sprzątam sobie, gdy nagle jedna z pracownic zadaje mi pytanie: „Obciągałaś kiedyś?”. Przenoszę wzrok znad zlewu na nią, zmierzam od góry do dołu, czuję, jak ciśnienie mi się podnosi, pierwsze krople potu pojawiły się na mym czole i tysiąc myśli na minutę, typu „Jak ona śmie mnie o to podejrzewać, przecież mam tylko 16 lat”, ale czas namysłu dobiega już końca, wzrok kobiety niemal wywiercił we mnie dziurę, po chwili odsuwa się kawałek i widzę kostkę piernikową...
Nigdy nie przyznam się, o czym myślałam, a kobiecie chodziło o „obciąganie” kostki piernikowej w czekoladzie... Że też nie znalazła innego słowa.
Alkohol... Jest tyle wspaniałych używek, które nie każą ci robić z siebie idioty, a ludzie i tak sięgają po to cholerstwo. Potem żałują. Tak jak ja, właśnie.
Mieszkałem wtedy w takim dużym, studenckim domu. Dwa piętra, na każdym pięć mieszkań, do tego ogrodzony skrawek zieleni i duża wspólna kuchnia na parterze. Bardzo fajna opcja dla studencin z nieco pojemniejszym portfelem. Polecam.
Tego wieczora straszliwie się upiłem. Nie pamiętam jaka to była okazja. Mniejsza z tym. Wybitnie nabzdryngolony dotarłem taksówką do domu, zrzuciłem wszystkie ciuchy i momentalnie zaległem w wyrze cierpiąc z powodu tzw. "helikoptera". Na moje szczęście wynajmowałem pierwsze mieszkanie przy wejściowych drzwiach, więc nie raz już dziękowałem losowi za to, że nie musiałem nigdy wspinać się na drugie piętro.
Za przywilej mieszkania w tak dobrym miejscu musiałem jednak zapłacić. Do mnie należało otwieranie wrót sierotom, które zapomniały kluczy, albo nie miały breloczka do domofonu. To zrozumiałe - miałem najbliżej do drzwi i najbardziej narażony byłem na wkurzenie przez napierdzielający dzwonek.
No, więc po długiej walce z zawrotami głowy, wreszcie usnąłem. Koło trzeciej w nocy słyszę DRRRRYNŃŃ!
Dźwięk niczym wiertarka wierci w mym obolałym czerepie.
Półprzytomny chwytam za ręcznik, owijam się w pasie i człapię do drzwi. Otwieram. Nikogo nie ma. Wyglądam. Nikogo... Żarty jakieś? I wtedy... BAM! Drzwi za mną się zamknęły. Mało tego - jakimś cudem przycięły mi kawał ręcznika. No, więc szarpię, ciągnę coraz bardziej desperacko. Katastrofa. "Dobrze, że jest środek nocy" - pomyślałem - "Nikt nie zauważy golasa biegnącego dookoła domu."
Plan był taki - przemknę na drugą stronę i wejdę do środka przez okienko w kuchni. Ono zawsze jest otwarte. Skacowany jak diabli, lecę więc z fujarką na wierzchu. Udało się. Dobrze jest! - okienko otwarte. Cichutko więc je otwieram i niczym pijany ninja, bezszelestnie wchodzę na blat po drugiej stronie. Jeden kroczek, drugi. JEBUDUUU!!! - nadepnąłem na taki wielki rondel, straciłem równowagę i runąłem na posadzkę zrzucając po drodze szklanki, kubki i sztućce z suszarki. Tak mocno uderzyłem się w łeb, że przez moment nie wiedziałem jak się nazywam.
Otrzeźwiło mnie ostre, jarzeniowe światło zapalone przez kogoś. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że w drzwiach kuchni stoi kilkanaście dziewczyn z naszego bloku. Wszystkie z komórkami w dłoniach. Koło kuchni była świetlica, a tam (najczęściej w weekendy) odbywały się imprezy. Tym razem na nocne ploteczki zebrało się dziewczętom. Gdyby nie hałas, to pewnie by się nawet nie zorientowały, że przez okno pomieszczenia obok wlazł pijany golas.
A teraz leżałem rozkraczony po środku rozbitego szkła i rozrzuconych sztućców. Do tego utytłany byłem jakimś dżemem...
Filmiki nagrane tej nocy do końca moich studiów krążyły wśród studentów.
Byłam pulchnym dzieckiem, z dużą wadą zgryzu, a później też zaczęły się problemy z cerą. Możecie sobie wyobrazić, że okres podstawówki i gimbazy był dość trudny dla mnie. W szkole średniej, kiedy bardziej zaczęłam przypominać człowieka niż bezkształtną masę (schudłam, problemy z cerą ustąpiły, a aparat ortodontyczny wykonał kawał dobrej roboty), zawsze grałam rolę „tej brzydkiej koleżanki”, której wmawiano, że i tak jest szpetna, że nikt nigdy nie będzie jej chciał. Ja jednak nigdy się nie poddałam, dążyłam do swoich celów i mimo wielu przykrości zaciskałam zęby i szłam do przodu z podniesioną głową.
Ostatnio do firmy, w której pracuję, szukano nowego grafika. Poproszono mnie o pomoc w trakcie rozmowy rekrutacyjnej. Oczywiście zgodziłam się. Moim zadaniem było oszacowanie, czy ta osoba nadaje się do zespołu, natomiast kolega, który poprosił o pomoc, miał sprawdzić umiejętności praktyczne.
Możecie wyobrazić sobie moje zdziwienie, gdy wchodząc na ową rozmowę, zobaczyłam jedną z dziewczyn, która w LO wyjątkowo lubiła uprzykrzać mi życie.
Dziewczyna pracy nie dostała. Jeśli myślicie, że chciałam się na niej zemścić, to nie. Jestem ponad takie zagrywki. Moja opinia o niej była zgodna z moim sumieniem, czyli pozytywna. Nie dostała pracy, ponieważ – jak się okazało przy sprawdzeniu umiejętności praktycznych – jej CV potrafiło więcej niż ona sama.
Od tamtej pory laska skarży się dawnym znajomym, że ją upupiłam tylko dlatego, żeby się na niej odegrać, więc wszyscy na mnie krzywo patrzą. Na szczęście ich zdanie już dawno temu przestało mnie interesować, więc się tym nie przejmuję ;)
Od zawsze miałam problemy z matematyką i moja nauczycielka dobrze o tym wie.
Dzisiaj na lekcji poprosiła mnie, żebym podeszła do tablicy i rozwiązała zadanie z podręcznika.
Pochodzę do tej tablicy z podręcznikiem, zaczynam rozwiązywać to zadanie, nawet zaczęło mi wychodzić (chyba pierwszy raz), gdy pani w tym samym momencie zaczyna krzyczeć, że jak ja mogę zrobić zadanie dobrze, jak mam same dwóje, że na pewno ściągam (!).
I wstawiła mi niedostateczny.
Parę lat temu znajomi zbudowali dom. No i zorganizowali parapetówkę. Impreza się rozkręciła, miło było, tańce, alkohol i dobre żarcie. Był tam też nasz wspólny znajomy, akurat na zakręcie życiowym, w trakcie rozwodu albo tuż po nim, w każdym razie przyprowadził ze sobą nikomu nieznaną panią.
Pani - z wyglądu tirówka - szybko się znietrzeźwiła w stopniu znacznym i zaczęła odstawiać cyrki. Rozbierać się zaczęła, dla pań była chamska, dla panów wprost przeciwnie. Spacyfikować się nie dała, wyprowadzić też nie. No i niestety przyczepiła się do mnie. Coś jej się we mnie nie spodobało, bo zaczęła mnie atakować. Jak ją olałam, przyczepiła się do mojego męża - a to go pogłaskała, a to nóżkę zadarła na niego, a to cyckiem poświeciła. Mój mąż zniesmaczony w końcu poszedł sobie do innego pomieszczenia, a pani, z braku zainteresowania, poszła zapalić na taras.
Dom jeszcze z zewnątrz nie był wykończony, więc taras nie miał barierek. To był parter, a taras miał z 70 cm wysokości. Pani poszła zapalić, stanęła tyłem do drzwi, na samym brzegu tarasu. A ja niewiele myśląc wyszłam za nią i ją popchnęłam. Pani spadła w gęste krzaki, a że była mocno pijana, nie mogła wstać i w tych krzakach zasnęła. Nikt jej specjalnie nie szukał, wszyscy myśleli, że sobie poszła. Impreza trwała dalej.
Po paru godzinach pani się znalazła. A w jaki sposób? Jeden z panów postanowił się wysikać. Z tarasu, w krzaki. I naszczał na panią, obudził ją tym i pani się miotać zaczęła. Pomogli jej wyjść i objawiła się nam podrapana, ubłocona, obszczana i zarzygana. Damesa.
Wiem, że to nie było z mojej strony zbyt dojrzałe, ale satysfakcję miałam ogromną. Nigdy więcej tej pani nie zobaczyłam, jedynie na zdjęciu, które jej zrobiłam zaraz po wyjściu z krzaków.
Wersja oficjalna jest taka, że pani sama tam wpadła, nikt nie wie, że jej w tym pomogłam.
W 2012 roku u mnie w mieście był spory pożar kamienicy, w wyniku którego moja koleżanka doznała dużych poparzeń znacznej ilości ciała. Od czasu wypadku jeszcze bardziej zaczęłam się z nią kolegować, pocieszać. Chciałam być przy niej, pomagać jej, gdyż wiedziałam, że nie akceptuje swojego wyglądu i jest to dla niej bardzo trudna sytuacja. Nie przeszkadzały mi spojrzenia ludzi, kiedy szłyśmy razem chodnikiem, ani docinki ze strony innych.
Pół roku temu uległam wypadkowi w pracy, w wyniku którego niestety musiałam mieć amputowane wszystkie palce u lewej ręki.
Kiedy po dwóch tygodniach wyszłam ze szpitala (pomijając fakt, że koleżanka wcale przez ten czas się nie odezwała), koleżanka mi napisała, że teraz jej wstyd pokazać się ze mną na mieście, bo wszyscy się będą na mnie gapić.
Zabolało mocno.
Uniknęłam gwałtu. Było to jakieś 4 lata temu, gdy jeszcze studiowałam. Wracałam z imprezy w pewnym dużym polskim mieście. Była sobota, godzina coś koło 2 w nocy. Nie miałam daleko, więc uznałam, że szybko przejdę. Niestety trafił się jakiś napalony menel. Śledził mnie i dopadł w bramie. Był silny, zaczął mnie obmacywać. Byłam przerażona ze strachu i sparaliżowana. Jęknęłam. Bałam się cokolwiek zrobić i powiedzieć. Nagle przyszedł mi do głowy pewien głupi pomysł. Nie wiedziałam, czy zadziała, ale gdy poczułam, że jego ręka wędruje niżej, powiedziałam na cały głos: „Och, stanął mi”... Gość momentalnie krzyknął, odskoczył jak poparzony z przerażoną miną i zaczął uciekać szybciej niż struś pędziwiatr. Szybko zebrałam się i pobiegłam do domu.
Wiem, że z jednej strony miałam mega szczęście, bo gość łyknął i nie sprawdził... z drugiej strony jest to na tyle żenujące, że nikomu tego nie powiedziałam.
Będzie trochę wstydliwie i obrzydliwie.
Parę tygodni temu wracałem z wakacji samolotem. Wiadomo, przez parę godzin podróży zachciało się jedynaczkę, a jako facet robiłem to na stojąco. Niestety nie przewidziałem nagłych turbulencji. Efekt? Spodnie, buty, podłoga oraz sam kibelek mokry, a głowa z guzem po spotkaniu ze ścianą.
Bardzo przepraszam serwis sprzątający, ale uderzenie w głowę tak odczułem, że skapnąłem się dopiero po paru minutach, co odwaliłem.
Dodaj anonimowe wyznanie